2012 · Autostopem przez życie

Kijów

← Wszystkie wpisy

Dzień 5

O 7.00 obudziła mnie Oksana, która robiła sporo hałasu, krzątając się po domu. Stwierdziłem, że w sumie szkoda dnia i wstałem. Wychodzę z pokoju i oniemiałem. Na przeciwko pokoju znajduje się kuchnia, a tam bystrym okiem porannego głodomora, ujrzałem wielką stertę świeżych naleśników z nutellą! Upewniłem się, że to nie sen i razem z Oksaną wzięliśmy się za jedzenie. Dzień nie mógł zacząć się lepiej.

śniadanie i naleśniki po ukraińsku

Oksana wychodziła do pracy o 8.30, więc stwierdziłem, że wyjdę z nią i jak będzie wracać do domu, to da mi znać. Zaopatrzony w przewodnik ruszyłem w kierunku autobusu.

W ogóle komunikacja miejska na Ukrainie , to temat na książkę. W Kijowie jest metro, trolejbusy i tramwaje. I w sumie tylko one jeżdżą po stałej trasie. Kursy i trasy pozostałych pojazdów jakimi są autobusy i marszrutki, zależą od nastroju kierowców i obecnej sytuacji na drodze.

Marszrutka

W Marszutkach obowiązuje prosty system płatności, polegający w głównej mierze na uczciwości i uprzejmości współpasażerów. Jeżeli wsiadasz z tyłu, a jest zbyt dużo ludzi, żeby się przepychać, to po prostu podajesz pieniądze osobie obok, mówiąc jej ile biletów potrzebujesz. I w ten sposób, od jednej osoby do kolejnej, pieniądze trafiają do kierowcy, a ten wydaje bilet i resztę, która po chwili do Ciebie wraca.

W autobusach jest nieco inaczej. Biletów nie kupujesz u kierowcy tylko u kontrolerów, którzy siedzą w większości autobusów. Z reguły są to tęgie kobity po 50 z gardłem nie do zdarcia, bo co przystanek wykrzykują - "Bilety u mnie do kupienia", "Proszę kupować bilety". 30 min na siedzeniu obok niej i naprawdę, w całej mojej dobroci, szlag mnie trafił.

Kontroler biletów

Moim pierwszym przystankiem w trakcie zwiedzania była Katedra Włodzimierza. Jest to cerkiew, która uważana jest za najpiękniejszą w całym mieście. Nie będę się rozpisywał nad jej stylem i porównywał jej do innych, bo się na tym nie znam i prawda jest taka, że większość cerkwi (po za paroma wyjątkami) wygląda dla mnie tak samo. Katedra Włodzimierza własnie do takich wyjątków się zalicza. To co uderza po wejściu do środka, to freski na ścianach. O ile w prawie każdej cerkwi postacie przedstawione na malowidłach naściennych, bardziej kojarzą mi się z emotkami w różnego typu komunikatorach, tak tutaj byłem w szoku. Każda postać miała unikatowe cechy, które wyróżniały ją spośród innych i na każdej malowały się jakieś emocje, które można było zauważyć dopiero po bliższym przyjrzeniu.

Chrzest księcia Włodzimierza

Następnie skierowałem się ul.Chmielnickiego (mówię Wam, nazwisko Chmielnicki i Szewczenko jest wszechobecne) w kierunku Złotych Wrót, czyli rekonstrukcji murów obronnych sprzed najazdu Mongołów. W sumie nic ciekawego, bo tylko kilka metrów w górę i na boki. No ale fotki warte.

Złote Wrota

Prosto od tej uroczej bramy skierowałem się do Sofijakij ploszy, czyli wielkiego pałacu, z którego widać 3 interesujące rzeczy. Pierwsza to oczywiście pomnik Bogdana Chmielnickiego. Dwie pozostałe to Sobór Sofijski i cerkiew św. Michała o Złotych Kopułach. Do pierwszej nie wszedłem, bo miałem pecha i trafiłem na dzień kiedy jest zamknięta. Druga natomiast robi wrażenie nie tyle wnętrzem, które specjalnie się nie różni od innych, co całkiem zgrabną konstrukcją i kolorami.

Sobór Sofijski
cerkiew św. Michała o Złotych Kopułach

Po przejściu wszystkiego wzdłuż i wszerz podreptałem w kierunku Majdanu Niezależności. Wiele się o nim nasłuchałem podczas Pomarańczowej Rewolucji. Było to miejsce gdzie w kulminacyjnym momencie protestu zebrało się blisko milion osób, które sprzeciwiły się fałszowaniu wyników wyborów prezydenckich. O ile sam plac (ukr. majdan) mnie niczym nie powalił, bo to nic innego jak tylko deptak z neonami, setkami rekalm do okoła i centrum handlowym pod ziemią, to droga do niego była usiana pięknymi budynkami. Większość z nich przypominała mi te, które widziałem w Sankt Petersburgu, ponieważ charakteryzowały się one bogatymi zdobieniami i pastelową kolorystyką.

Jeden z wielu takich budynków w Kijowie

W centralnym punkcie Majdanu Niezależności znajduje się pomnik Niepodległości, który został postawiony na upamiętnienie pierwszej dekady niezależności od Związku Radzieckiego. Jeden z miejscowych, do którego się dosiadłem, złośliwie zauważył, że z jego budową pospieszyli się przynajmniej o dwadzieścia lat.

Pomnik Niepodległości

Mniej więcej o 14, wraz z narastającym małym głodem, zorientowałem się, że miałem ze sobą jedynie 20 hrywien na cały dzień(ok.8zl) i nie mam karty. Jak to moja babcia zwykła mówić - szałaput. W trakcie podróży mam porozdzielaną gotowe i karty w różnych częściach bagażu i tak się złożyło, że karty nie wypakowałem jeszcze.

Moim największym zmartwieniem był nie brak jedzenia (tu jak zwykle niezawodna okazała się bagietka z kiełbasą), ale brak wody. Chętnie bym się napił z kranu, ale świadomość, że 100km od Kijowa znajduje się świecący w nocy reaktor, znany bliżej jako Czarnobyl, skutecznie mnie do tego zniechęcił.

Spod Pomnika przeszedłem tam gdzie każdy szanujący się kibic powinien zawitać, czyli na stadion Olimpijski. Tak samo jak w Warszawie znajduje się on praktycznie w samym centrum, z tą różnicą, że go w ogóle nie widać. Dosłownie. Z każdej strony otoczony jest albo przez wieżowce, albo wzniesienia. W dodatku ani konstrukcja ani kolorystyka nie powala. Szaro i buro.

Stadion Olimpijski

W Kijowie fascynująca jest ilość parków i placów zabaw. a dosłownie wszędzie, a najwięcej ich nad rzeką Dniepr, która dzieli miasto na dwie części. Po 7 godzinach chodzienia byłem już dość padnięty, więc postanowiłem, że udam się do najsłynniejszego z nich - Hidroparku. Oczywiście na piechotę, bo na autobusy nie miałem pieniędzy.

Po drodze zahaczyłem jeszcze o pałac prezydencki, przy którym znalazłem jeden z najpiękniejszych budynków jakie kiedykolwiek widziałem. Przewodnik niby rekalmowany przez National Geografic, ale słowem o nim nie wspomina. Nie wiem co to jest, ani jak nazywa się ten styl, ale jaram się nieziemsko:

takie tam

Okazało się, że droga do parku jest dłuższa niż myślałem. Oczywiście w moim "super" przewodniku nie ma skali, ale dość dziarskim tempem szedłem ponad godzinę. Po dotarciu do parku marzyłem tylko o dwóch rzeczach: kąpieli i opalaniu/drzemce. Oczywiście z tego pierwszego zrezygnowałem z tego samego powodu co nie piłem wody z kranu, ale drzemkę miałem pierwszorzędną.

o 19 napisała do mnie Okasana, że już jest w domu, więc zebrałem się i pachnący tak, jak się pachnie po 10h w pełnym słońcu, wróciłem do domu. I znowu niespodzianka mojego super hosta. Wchodzę, a tam kolacja i tyle soku z świeżych pomarańczy ile zechcę.

kolacja <3

Żyć nie umierać!

Jutro czeka mnie zwiedzanie Ławry Kijowsko-Peczarskiej i wyjście na miasto ze znajomymi Oksany

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.