2015 · Autostopem przez życie

Koniec HappyHours

← Wszystkie wpisy

Dobre wiatry sprawiły, że do znajdującego się na południu wyspy San Miguel wpływaliśmy o świcie. Marina, w której postanowiliśmy zacumować jest jedną z trzech największych na Teneryfie. Otoczona sporych rozmiarów falochronem składała się z sześciu pontonów o długości około czterdziestu metrów każdy. Zacumowaliśmy do pontonu znajdującego się najbliżej wyjścia z portu i rozpoczęliśmy ostatni, wspólny dzień na „HappyHours”.

Michał i Teneryfa

Michał i Teneryfa

Zaczęliśmy (jakżeby inaczej) od rozpracowania butelki miodowego rumu z przypadkowo poznanym Czechem, a następnie zaczęliśmy planować co i jak dalej. Dla Michała był to ostatni dzień urlopu, a dla mnie ostatni dzień na HappyHours, więc ustaliliśmy, że ja dzisiaj sprzątam swoją części łodzi, a oni jadą zwiedzać wyspę.

W pierwszej kolejności wziąłem się za wylizanie (u mnie istnieją trzy kategorie sprzątania: ogarnięcie, sprzątnięcie i wylizanie) swojej koi. Wywaliłem materace na keje i zacząłem najpierw odkurzać, a później wycierać szmatką wszystkie powierzchnie. W czasie roboty otworzyłem też forlooka, od którego w końcu odczepiłem nieszczęsny ponton i mogłem go na oścież otworzyć.

Gdy wnętrze śmierdziało pronto już tak intensywnie, że nie dało się wytrzymać, wychyliłem się na zewnątrz i rozejrzałem po okolicy. Na lewo ode mnie, łódkę dalej, zauważyłem faceta w średnim wieku, który majstrował coś przy maszcie. Przez chwilę się mu przyglądałem, a gdy mnie zauważył, pomachał do mnie i zapytał tekstem, który momentalnie skojarzył mi się z serialem „Przyjaciele”:

- Hi! How you doin’?! – krzyknął z wyraźnym amerykańsko-filmowym akcentem.

- Hi! Nie narzekam. Dopiero co wpłynęliśmy, więc jest trochę roboty przy sprzątaniu, ale to tyle. A Ty jak tam? – zapytałem jednocześnie patrząc na jego łódź, która była bez mała o cztery metry dłuższa, z pokrytym drewnem pokładem, potężnymi hydraulicznymi kabestanami i masztem, który na oko miał około dwudziestu metrów.

- Przypłynęliśmy wczoraj, a że łódź dopiero od niedawna moja, to jest sporo trochę drobiazgów do naprawienia. Dzisiaj V-ły grota muszę wymienić – odpowiedział jednocześnie klepiąc imponujących rozmiarów maszt.

- Jakbyś potrzebował pomocy, to mów, bo jak skończę sprzątać, to nie będę miał specjalnie nic do roboty. Dokąd w ogóle płyniesz? A, i tak na marginesie, mam na imię Pasha!

- Matt! Płynę z rodziną na Karaiby, a później do Południowej Karoliny.

BUM! Mimo chłodnej bryzy poczułem, jak momentalnie robi mi się gorąco, a wnętrzności skurczyły się jakby ktoś w nie pięścią przywalił. Szybko jednak zszedłem na ziemie.

- Super! Sam z dziećmi?

- Z trójką dzieci, żoną i facetem, który pomaga mi przy łódce – odpowiedział.

- Sześć osób – pomyślałem – dużo. I do tego dzieci – moje nadzieje ostygły, ale nie chciałem drążyć tematu na raz.

- Dobra, Matt, wracam do sprzątania. Jakbyś potrzebował pomocy, to krzycz.

Schowałem się do swojej koi, oparłem o ścianę i zacząłem myśleć. To by było zbyt piękne. Zapytać pierwszą łódź i znowu trafić na kogoś kto płynie w moim kierunku i może mnie wziąć. Postanowiłem, że muszę spokojnie wybadać grunt i zobaczyć co da się zrobić.

Załoga, która pojechała wypożyczyć samochód, wróciła po dwóch godzinach, przepakowała się i pojechała zwiedzać wyspę. Przez chwilę się zastanawiałem, czy pojechać z nimi, ale po chwili namysłu podjąłem decyzję, że zostaję, bo czasu na zwiedzanie będę miał jeszcze sporo, a na blogu zrobiła się masa zaległości i chciałem połazić po marinie.

Gdy skończyłem sprzątać, przeszedłem się po każdym z pontonów i zagadywałem do każdej napotkanej osoby. A to że fajna łódka, że jaka długa, że też właśnie przypłynąłem i cumuję tam o, że ładna pogoda, że Pasha jestem,  a tak w ogóle, to gdzie płyną. Spisałem sobie na kartce łódki, które były czarterowe oraz te, których załoga po prostu w marinie mieszkała, a następnie te, które mogą płynąć gdzieś dalej. Wprawdzie udało się przepytać jedynie około 30% całości, bo nie wszyscy byli na pokładzie, ale stwierdziłem, że pukać i krzyczeć nie będę, bo czułbym się jak nachalny akwizytor. Głównym problemem były też regaty, które wystartowały z samego rana w kierunku sąsiedniej wyspy i ich uczestnicy wracali dopiero za trzy – cztery dni.

W czasie mojego spaceru po marinie natknąłem się w sumie na sześciu innych jachtostopowiczy. Począwszy od tych, których było stać na wynajęcie auta, przez tych co ledwo mówili po angielsku i kończąc na Kirilu, Bułgarze, który wydawał się z nich wszystkich najbardziej zdeterminowany. Wprawdzie łodzi szukał już od ponad dwóch tygodni, ale mówił płynnie po angielsku i niemiecku oraz miał przygotowane ładne ogłoszenie, wydrukowane na kartce A4, które zostawiał na każdej łódce i rozwieszał wszędzie gdzie się dało. Z każdym z nich podzieliłem się tym co sam wiedziałem, a wbrew pozorom okazało się, że wiem całkiem sporo.

Po pierwsze większość jachtów, które zmierzały na Karaiby wypłynęła z końcówką listopada, bo wtedy każdy dopływa na Karaiby na w pierwszej połowie grudnia, czyli tuż po sezonie huraganów co daje mu masę czasu na pływanie po okolicy. Sezon na przekroczenie Atlantyku, sam w sobie, trwa tak naprawdę do marca. Jednak czas, w którym tam byłem, był o tyle trudny, że większość jachtów chciała spędzić święta i sylwestra w porcie lub z rodzinami, więc kolejny większy (i tak naprawdę ostatni) rzut w kierunku Karaibów miał mieć miejsce dopiero po sylwestrze. Do tego dochodzi fakt, że najlepszym miejscem na łapanie jachtostopa jest Las Palmas, które po pierwsze jest względnie tanie dla jachtów (10e za noc, w porównaniu do 30e w Santa Cruz), a po drugie znajdujące się tam mariny należą do największych na Wyspach. Oczywiście jest tam też największa konkurencja w znalezieniu jachtu. Pod koniec listopada, kiedy startują największe regaty (Atlantic Rally for Cruisers) było tam blisko 100 osób, które szukały transportu przez Atlantyk. Co więcej należy pamiętać, że gros z nich ma doświadczenie żeglarskie lub mówi po francusku (francuzi stanowią blisko 30% jachtów na Kanarach).

Oprócz jachtostopowiczy spotkałem również Zuzę, Agatę i ich znajomą z Czech, które wpłynęły do portu na jednym z największych żaglowców jakie w życiu widziałem – La Grace

Jest to replika osiemnastowiecznego żaglowca o długości 28.5 metrów, wyporności 126 ton i o imponującym ożeglowaniu 364 metrów kwadratowych. Co ciekawe wszystko to pod banderą Czeską z macierzystym portem w Pradze. To co robi wrażenie, to nawet nie wymiary statku, ale fakt, że wszystko jest wierną repliką dlatego cały pokład jest zawalony linami, z których każda służy do kompletnie czegoś innego i bez fachowej wiedzy, czy przeszkolenia nie ma opcji, żeby ogarnąć jak tym kolosem żeglować.

Dziewczyny również spędzały swój ostatni dzień na Teneryfie, dlatego zaprosiły zarówno mnie jak i załogę mojego jachtu na wieczorne śpiewanie szantów i wznoszenie toastów.

Oczywiście momentalnie przeszło mi przez myśl, że wizyta na takim żaglowcu może być nie lada atrakcją dla dzieci Matta. Nie myśląc wiele zapytałem się dziewczyn, czy mogę również wziąć dodatkowe osoby, a gdy się zgodziły, pożegnałem się i zacząłem planować wieczór.

Wracając na jacht natknąłem się na Matt’a, jego żonę Molly, dzieci – Lilly, Henrego i Avery oraz Dale’a, który był pomocnikiem kapitana na jachcie.

- Hej Pasha! How you doin’?! – zapytał drugi raz tego dnia Matt

- So far so good! Matt, macie plany na wieczór? – zapytałem, modląc się, żeby nie mieli nic.

- Właśnie idziemy na kolację, więc wrócimy pewnie dopiero za jakieś dwie godziny – odpowiedział Amerykanin łapiąc za rękę najmłodszą z trójki Avery, która najwidoczniej była nieco nieśmiała.

- Ok, a czy jak wrócicie, to czy bylibyście zainteresowani wizytą na tym olbrzymi żaglowcu? – rzuciłem niedbale wskazując ręką miejsce gdzie zacumowany był drewniany kolos.

- Jasne! Nigdy na takim nie byliśmy, więc będzie to dla nas niemała atrakcja – odparł z uśmiechem Matt, a dzieciaki zaczęły dopytywać, czy są tam jacyś prawdziwi piraci. Powiedziałem, że muszą same pójść się przekonać, a następnie życzyłem im miłego wieczoru i pożegnałem, z uśmiechem wchodząc na pokład HappyHours.

Załoga powiedziała, że około siódmej wieczorem będzie z powrotem w porcie, ale z doświadczenia wiedziałem, że oznacza to mniej więcej tyle, że pojawią się po dziewiątej, więc rozsiadłem się w kokpicie z laptopem i pisząc czekałem na ich powrót.

DSC_1094

Koniec końców Amerykanie wrócili z kolacji przed Adamem, Basią i Michałem, więc zacząłem się nieco obawiać, czy z powodu późnej godziny nie będą chcieli kłaść dzieciaków spać. Na szczęście chwilę później usłyszałem dźwięk obijających się o siebie butelek w siatkach, który zwiastował nadejście moich rodaków.

- Sorry Przemo, że tak długo, ale pojechaliśmy jeszcze do Santa Cruz – przywitał mnie z uśmiechem Adam

- Przemo co pijesz? – zapytał niemalże w tej samej chwili Michał

Po szybkim przetarciu szklanek i przelaniu części zawartości butelek z Martini, wódką i rumem do każdej z nich okazało się, że do portu wpływają jacyś znajomi Adama i Basi. Po szybkiej rozmowie przez radio postanowiliśmy, że z wyjściem na La Grace czekamy również na nich. Jednak czas leciał, a nie było od nich żadnej odpowiedzi. Stwierdziłem, że czas przejąć inicjatywę i wyskoczyłem na keję, żeby w oczekiwaniu na resztę Polaków, zaprosić Amerykanów do nas na łódkę.

Początkowo Adam nie wydawał się być zadowolony z tego faktu, ale gdy po pięciu minutach cała rodzinka wraz z Dale’m przyszła się przywitać, z ulgą stwierdziłem, że atmosfera jest raczej przyjazna. Rozmowy toczyły się tym samym trybem jakim toczy się większość wieczorków zapoznawczych. A to skąd jesteście, gdzie płyniecie, gdzie byliście, jaką macie łódkę itp. Niestety, robiło się coraz to później. Znajomych Basi i Adama wciąż nie było, a ani Matt, ani Molly nie wyjawiali większej chęci do alkoholizacji w obecności dzieci, więc trzeba było w końcu się zebrać i wyjść, bo w przeciwnym razie wieczór mógł się posypać.

- Dobra, ja idę, bo już późno – powiedziałem w końcu – jak chcecie, to czekajcie na resztę i zobaczymy się na łodzi. Następnie przetłumaczyłem rodzinie Matta, że się zbieramy i wraz z Michałem, który przedstawił się jako Misza, w dobrych nastrojach ruszyliśmy w kierunku części mariny, gdzie zacumowana była La Grace.

Na żaglowcu przywitała nas cisza jak makiem zasiał. Na pokładzie ani jednej żywej duszy, a całość wyglądała jakby na opuszczoną. Sprawnie zeskoczyłem z kei na drewniany pokład i skierowałem się do drzwi prowadzących na dolne poziomy statku. W pierwszym momencie przeszło mi przez myśl, że być może jest to nieco nachalne, ale alkohol już robił swoje i stwierdziłem, że muszę spróbować. Na szczęście w przejściu natknąłem się na Zuzie, córkę jednego z dwóch kapitanów:

- Myślałam, że już nie przyjdziecie – odparła lekko zaskoczona – ale poczekajcie u góry, to obudzę resztę. Są dzieci? – zapytała. Odparłem skinięciem głowy – Okej, to przebierzemy się za piratów.

Roześmiałem się i podziękowałem i wyszedłem na pokład do lekko zdezorientowanych amerykanów i Michała, który nie specjalnie się czymkolwiek przejmując wyciągał zawartość siatek, które przyniósł ze sobą.

- Możemy pozwiedzać, a załoga zaraz pojawi się na pokładzie – powiedziałem, zauważając widoczną ulgę na twarzy Molly i Matta. Będą piraci, więc brace yourself!

W sumie amerykanie spędzili na łodzi około trzydziestu minut i po oprowadzeniu przez jednego z członków załogi podziękowali i pożegnali się wracając do siebie, a my, wspólnie z załoga La Grace, świętowaliśmy nasz ostatni wspólny wieczór.

Niżej parę zdjęć, a jeśli się podobało, to klasycznie proszę o wsparcie zbiórki dla podopiecznych hospicjum ks. Dutkiewicza w Gdańsku. Nawet symboliczną złotówką :)

http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

DSC_1096 DSC_1099 DSC_1105 DSC_1111DSC_1140DSC_1144

Komentarze (4)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.