Na międzynarodowym lotnisku Santamaria, wylądowałem o 20 lokalnego czasu. Sprawnie minąłem tłumy czatujących na bogatych turystów taksówkarzy i znalazłem się na drodze prowadzącej do San Jose. W pierwszej kolejności nieco zaskoczył mnie ruch samochodowy, który mimo późnej godziny, na nieodległej drodze szybkiego ruchu, był niemalże, jak w godzinach szczytu.
Po chwili sprawdzania mapy, znalazłem na niej całkiem przyjemnie wyglądający park. Sprawnie przeskoczyłem dwupasmową ekspresówkę po której co chwilę, to w jedną to w drugą stronę śmigały potężne, niemiłosiernie głośne i niemalże na pewno sprowadzane ze Stanów TIRy i zacząłem się rozglądać w poszukiwaniu miejsca do rozbicia namiotu.
- Krzaków to tutaj niewiele – pomyślałem, zauważając, że średnio jest gdzie się schować z dala od wścibskich oczu. W oczy rzucił mi się pomnik nieco przypominający dumę Rzeszowa. Wprawdzie nieco niższy, ale dawał całkiem niezły cień, więc nie myśląc wiele rozbiłem się tuż za nim.
Gdy namiot już stał, przeszedłem się w promieniu 200 metrów od niego i z lekkim niepokojem zauważyłem, że dookoła maleńkiego parku znajdują się domostwa, których stan wskazywał, że nie należą do najbogatszych. Gdzieniegdzie, na werandach, niebieskim światłem tliły się telewizory, w pobliżu wyrzuconych na skrzyżowaniach śmieci, kręciły się psy, a gdzieś z oddali dudniła muzyka ze starego bumboxa. Nie wiem czemu, ale przez chwilę obleciało mnie niemiłe uczucie strachu. Co innego spać w krzakach przy drodze, a co innego w miejskim parku. Zwierząt się nie boję, ale z ludźmi, to różnie bywa. Zwłaszcza w piątkowe wieczory. Kładąc się spać, ze zdziwieniem stwierdziłem, że chyba się starzeję, bo zaczynam zbyt często zadawać sobie pytania – „Co jeśli?’. Z drugiej strony zdrowy rozsądek zawsze mi w takich sytuacjach podpowiada, że w najgorszym przypadku mnie okradną. Zabić to bez sensu, bo tylko większe problemy.
Noc minęła raz dwa i jak tylko zaczęło świtać wstałem i miejskim autobusem zjechałem do centrum. Wprawdzie miałem nadzieję nocować na Couchsurfingu, ale ten w Kostaryce zdaje się nie funkcjonować. Dostałem dwie, czy trzy odpowiedzi, ale wszystkie brzmiały bardziej jak płatne oferty przewodników, niż typowy CS. Nie pozostało mi nic innego jak zanocować w hostelu, które później już dość często odwiedzałem, a niestety, tanie nie są. Najtańsze opcje z reguły wahają się w widełkach od 6-12$. Ktoś powie, że to istna rozpusta i przecież mogę spać pod namiotem. Prawda. Jednak w Kostaryce jest problem podobny do tego, który miałem w Birmie, czyli upały i wysoka wilgotność. Godzina marszu z plecakiem i leje się z Ciebie tak, że koszulki zmieniają barwy na ciemniejsze nie tylko pod skrzydłem, ale na całej powierzchni. Nie wykąpiesz się przez dzień, czy dwa, to gwarantuję, że sam siebie będziesz miał dość.
Wysiadłem przy centralnej Avenidzie i w pierwszej kolejności swoje kroki skierowałem w kierunku hostelu. Chciałem najpierw zostawić plecak, a dopiero później powłóczyć się po mieście.
Już na pierwszy rzut oka zauważyłem, że w mieście ciężko się zgubić, bo centrum miasta wygląda jak kartka w kratkę składając się z równoległych do siebie alei (avenida) i prostopadłych ulic (calle). Po dwudziestu minutach marszu zapukałem w stalową bramę na nieciekawie wyglądającej ulicy.
Hostel Pangea, w którym spędziłem w sumie dwie noce, okazał się być trafem w dziesiątkę. Względnie tani (12$), z sześcioosobowym dormitorium, basenem, barem i genialnym tarasem z widokiem na wulkan Poas, który jest jedną z top atrakcji Kostaryki.
Check-in był dopiero od 11, więc zostawiłem plecak w magazynie i ruszyłem załatwiać swoje sprawy. Najważniejszą i najbardziej naglącą było śniadanie. Później musiałem załatwić gotówkę, markery, kijek do kamery, który mi się rozwalił i parę innych drobiazgów, w tym zaplanować zwiedzanie Kostaryki.
Zacząłem krążyć ulicami San Jose w poszukiwaniu jakiejś małej taniej knajpki, w której mógłbym zjeść w końcu coś więcej niż bułki, którymi żywiłem się na Karaibach.
Była sobota rano, więc spacer był całkiem przyjemny. Mijałem nieliczne osoby wśród których przeważali lekko skacowani imprezowicze z podkrążonymi oczami i z piwem w ręku. Co jakiś czas, pod ścianami, spali bezdomni, a tu i ówdzie powoli rozkładali się sprzedawcy ze swoimi stoiskami, którzy z coraz to większą częstotliwością zaczynali wykrzykiwać czym handlują. Oprócz nich, wraz z upływem czasu, niemalże na każdym rogu pojawiały się osoby sprzedające losy na loterię oraz doładowania do lokalnych sieci telefonicznych. Jedyne co drażniło, to niemożność zgubienia się w mieście, Prosty układ ulic powodował, że mimo że nie chciałeś, to wiedziałeś gdzie jesteś i gdzie iść, żeby w razie czego trafić z powrotem do hostelu. Główny deptak był zdominowany przez sklepy z odzieżą znanych marek, wiec zszedłem nieco dalej od centrum i się rozczarowałem. Dosłownie nie dalej jak kilkaset metrów od centralnej alei, budynki bardziej przypominały slumsy, aniżeli centrum jednej z ważniejszych stolic Ameryki Centralnej. Niskie, obdrapane betonowe bloki, z odpadającym tynkiem, z zamalowanymi graffiti ścianami i jeszcze większą ilością śpiących pod ścianami bezdomnych.
W końcu doszedłem do etapu, gdzie musiałem coś zjeść, żeby nie widzieć świata w samych negatywach. Wszedłem do małej „soda”, gdzie z reguły jedzą lokalsi i zamówiłem sobie coś, co przez resztę pobytu w Kostaryce, miałem jeść niemalże codziennie „Gallo pinto con hueves y platanos”.
Jest to tradycyjne danie tak zwanych „tico”, czyli mieszkańców Kostaryki, na które składa się ryż z fasolą, jajko w postaci jajecznicy lub sadzonego i banany smażone na patelni. Pożywne, tanie i smaczne.
Po opędzlowaniu potężnego śniadania i wypiciu kawy z mlekiem postanowiłem, że wracam do hostelu, żeby załatwić sprawy internetowe, a nosa wyszczubię dopiero, jak miasto w końcu zacznie żyć.
Wrzuciłem plecak na swoje łożko w dormitorium i poszedłem na taras, gdzie już po chwili poznałem swoją rówieśniczkę z Finlandii – Annę. Ze zdziwieniem stwierdziłem, że to pierwsza osoba w moim wieku, z która rozmawiam, od ponad miesiąca. Anna, jak sama stwierdziła, podróżuje po Ameryce bez większego celu i sensu, zatrzymując się w miejscach, które podobają jej się pod kątem ćwiczenia jogi. Poza nami w hostelu w godzinach około południowych nie było praktycznie nikogo, więc stwierdziliśmy, że można się przejść po mieście razem, bo ja mam swoje rzeczy do załatwienia, a ona swoje.
Spostrzeżenia po trzygodzinnym spacerze, prawie w ogóle nie różniły się od tych porannych. Z tą różnicą, że więcej ludzi, samochodów i dużo, dużo głośniej. Powłóczyliśmy się w poszukiwaniach plecaka dla Anny i mobilnego Internetu dla mnie. Gdy w końcu udało się załatwić większość rzeczy, kupiliśmy po wyciskanym soku owocowym i wróciliśmy do hostelu, gdzie resztę popołudnia spędziłem pisząc oraz rozmawiając z innymi backpackerami, którzy wraz z coraz to późniejszą porą zjeżdżali się do hostelu.
Byłem jedną z niewielu osób, które nie wiedzieć czemu postanowiły spędzić w San Jose dwa dni. Jako, że pierwszego zobaczyłem wszystko co było warte uwagi w samym mieście, a okoliczne parki narodowe chciałem zostawić na później, to na niedzielę nie miałem kompletnie żadnego planu.
Wczoraj wieczorem poznałem dwóch innych chłopaków, jednego ze Stanów, a drugiego z Kanady, którzy również w stolicy utknęli na dwa dni, wiec zgadaliśmy się, że jutro z rana kupimy sobie lokalny rum i będziemy go sączyć z colą nad basenem.
Zaczęliśmy z samego rana. Nie później jak o dziesiątej. Mniej więcej w połowie butelki dołączyli do nas dwaj Izraelczycy, a dla mnie, jak i Jasona, który pochodził z Teksasu i był nauczycielem historii, podziałało to jak intelektualna płachta na byka. Jak zaczęliśmy rozmawiać na temat aktualnej sytuacji na Bliskim Wschodzie i historii, to skończyć nie mogliśmy. Generalnie było głośno, wesoło i międzynarodowo, czyli typowo hostelwo (chociaż ostatnimi czasy zauważyłem, że to się zmienia i ludzie raczej siedzą z telefonami, niż spędzają czas na rozmowie). Jedyny problem polegał na tym, że nie piłem mocniejszego alkoholu od ponad sześciu tygodni, więc nieco przeceniłem swoje możliwości. Słońce, rum i basen okazały się zabójczą mieszanką, która sprawiła, że już o drugiej po południu spałem jak dziecko. Trochę wstyd i miałem nie małe wyrzuty sumienia, ale czasami się zdarza. Obudziłem się dopiero o północy, kiedy to bez kaca, ale z olbrzymim moralniakiem, poszedłem wziąć prysznic i umyć zęby z postanowieniem, że ruszam skoro świt. Nawet jak będę miał kaca stulecia.
Wstałem o szóstej. Właściwie to się najpierw obudziłem i zacząłem analizować stan organizmu. W brzuchu spokój, w głowie pokój. NICE! Spakowałem klamoty, które miałem na wierzchu i ruszyłem na wylotówkę.
Najśmieszniejsze, że wciąż nie miałem planu gdzie jadę. Paulina przylatywała do Kostaryki 29 stycznia, a z Marcinem się spotykaliśmy 3 lutego, więc miałem niecałe dwa tygodnie na zagospodarowanie. Na wolontariat za mało, na pracę też, więc stwierdziłem, że zobaczę co przyniesie kciuk.
Tylko, że mi się łapać nie chciało!
Na początku chciałem dojść tylko na przystanek autobusowy na wylotówkę. Minąłem go. Później na wylotówkę. Tę również minąłem. Do lotniska piętnaście kilometrów i też jakoś tak sprawnie poszło.
- No Skokowski, na wybrzeże 100km – zacząłem mówić sam do siebie – Dasz radę?
Przez pierwsze trzydzieści kilometrów dawałem, a później przypomniałem sobie, że marsz, to minimalizacja przygód, wiec po sześciu godzinach, które zajęło mi dosłowne dojście do tego wniosku, wyciągnąłem kciuka i dojechałem na wybrzeże Pacyfiku do Jaco.
Jaco, to jedna z bardziej turystycznych miejscowości w okolicy. Setki barów i hotelów okupowanych przez tysiące obcokrajowców. Miasto brzydkie, ale z prześliczną plażą i dobrymi falami dla początkujących surferów. Przejście miasta zajęło mi trzydzieści minut, a gdy skończyłem kupiłem mango i zaległem na plaży. Z opalania nici. Jak zwykle, jak już chcę zalec bez planu robienia czegokolwiek, to coś mi nie wychodzi. Tym razem nie wyszła mi pogoda. Niby pora sucha (czyt. gorąco i wilgotno, ale padać nie powinno), a tu czarne chmury na horyzoncie. Zebrałem manatki i ruszyłem w poszukiwaniu noclegu.
Jak na złość ciężko było znaleźć miejsce na namiot, bo Jaco, owszem, jest położone na wybrzeżu, ale dookoła są dość strome góry i dżungla. A w dżungli, jeśli nie masz przypadkiem maczety pod ręką, ciężko znaleźć dwa metry kwadratowe na namiot.
Chmury robiły się coraz ciemniejsze, a powietrze coraz cięższe. Za każdym razem, gdy odwracałem się za siebie widziałem zbliżającą się ścianę deszczu. Dosłownie ścianę. Deszcze tropikalne mają to do siebie, że to ściana wody, a nie deszcz. W pewnym momencie, pomiędzy palmami śmignął mi kawałek w miarę dobrze wyglądającego gruntu. Przeskoczyłem przez ogrodzenie i uważnie patrząc pod nogi, czy przypadkiem nie czycha tam na mnie żaden jadowity gad, przedarłem się przez gąszcz.
Miejsce wyglądało całkiem nieźle. Niewidoczne z drogi, z w miarę grząskim podłożem i ukryte pod palmami. W tym samym momencie, gdy zrzuciłem z siebie plecak zaczęło padać. Szybko odczepiłem namiot i zacząłem go rozbijać klnąc na producenta, któremu, jeśli nie zwróci mi pieniędzy za zakup namiotu, napiszę godną recenzję jego „ekspedycyjnego” namiotu. Moim największym w tym momencie problemem było to, że aby rozbić namiot, to trzeba było w pierwszej kolejności rozstawić jego wnętrze, a dopiero później nakryć je wodoodporną plandeką. Oczywiście taki system rozstawiania sprawia, że gdy pada, to całe wnętrze namiotu jest kompletnie mokre zanim rozstawimy nad nim plandekę.
Wrzuciłem plecak do środka i nie ufając tropikowi, przebiegłem się pod dach oddalonego o kilkaset metrów budynku.
Lało jak z cebra. Nie godzinę, nie dwie, a cztery. Cztery godziny ściany wody, która zamieniła ulice w rwące potoki i sprawiła, że powietrze, którym ciężko było oddychać , nagle stało się przyjemnie chłodne. Jednak po drugiej godzinie stania nagle zauważyłem, że okoliczne ogródki zamieniają się w stawy, bo grunt nie był w stanie chłonąc takiej ilości wody. Mimo deszczu pobiegłem z powrotem w kierunku namiotu. Ponownie przeskoczyłem przez ogrodzenie i wylądowałem w wodzie po kostki.
- No bez jaj – pomyślałem, dużymi susami przeskakując nad kolejnymi kałużami i kierując się w stronę palmowego lasu, w którym była moja polanka. – Jeśli tam jest tak jak tutaj, to mam przynajmniej 5cm wody w namiocie.
Na szczęście u mnie nie wyglądało to aż tak źle. Nie było sensu wracać pod dach, więc wskoczyłem do mokrego namiotu i przytuliłem się do mokrego plecaka, uważając, żeby nie dotykać mokrej plandeki i obsesyjnie kontrolując wysokość mokrej wody dookoła namiotu.
Na szczęście wieczorem przestało padać, a ja padłem jak zabity.
Nad ranem obudził mnie trzask gałęzi. Otworzyłem oczy i przed nosem zobaczyłem swój śmierdzący ręcznik, którym próbowałem się przykrywać, żeby nie zmarznąć. Znowu trzask. Tym razem jakby wyżej, ale głośniej. Dużo głośniej.
ŁUP!
Nagle coś spadło dosłownie obok mojego namiotu. Chwilę leżałem nieruchomy i nasłuchiwałem. Jako że coś, co wylądowało na ziemi obok mojego namiotu nie wydawało niepokojących dźwięków, zebrałem się w sobie i otworzyłem namiot.
- Klasyk. Zwykła gałąź, ale adrenalina skoczyła – mruknąłem pod nosem i zaczałem się rozglądać dookoła namiotu, które otoczyło sporych rozmiarów bajoro.
Nagle liście na drzewach nade mną głośno się poruszyły. Spojrzałem do góry i ze zdziwieniem stwierdziłem, że widzę małpę. Śmieszną małpę, z białą mordką, która z patykiem w buzi siedzi na gałęzi, nie dalej jak 4 metry ode mnie i się we mnie wpatruje.
Już chciałem wyciągać aparat, a ta jakby na złość, przeskoczyła na kolejne drzewo i znikła w gęstwinie zieleni.
- Niezły początek dnia, hehehe, małpi powiedziałbym. Prawie jak w domu – zarzuciłem sam do siebie niezrozumiałym żartem, który z rana jest w stanie rozbawić tylko mnie i wyczołgałem się z namiotu.
Mimo wczesnej godziny było już ciepło, ale namiot nie przejawiał większej ochoty do schnięcia. Postanowiłem, że się spakuję i przejdę na plaże , gdzie go wysuszę. Raz dwa zawinąłem klamoty i po kilkunastu minutach marszu byłem na plaży, gdzie powoli pojawiali się pierwszy plażowicze i surferzy. Był poniedziałek, ale w Kostaryce akurat wypadało jakieś święto, więc już o 9 plaża w Jaco była pełna Tico (.
Plaże mają to do siebie, że niespecjalnie jest na nich co robić. No chyba, że umiesz surfować i masz deskę. Posiedziałem, ale po godzinie zaczęło mnie nosić, wiec postanowiłem, że czas jechać dalej. Planowałem dojechać do Maunel Antonio, który wszyscy reklamują jako najlepszy park narodowy Kostaryki, ale z drugiej strony mijało się z celem zwiedzać miejsca, które planowałem później odwiedzić razem z Pauliną i Marcinem. Denerowował mnie brak koncepcji zagospodarowania czasu. Jak się później okazało – niesłusznie.
Jak tylko się upewniłem, że wszystko, włącznie z plecakiem i jego zawartością, jest już suche po wczorajszej ulewie, zebrałem klamoty i poszedłem na trasę wiodącą wzdłuż całego wybrzeża Pacyfiku aż do Panamy.
Stanąłem przy zjeździe na staję beznzynową i łapię. Pięć minut, dziesięć i ciągle nic. W sumie nie jest to jakiś długi czas, ale generalnie przyzywcziłem się, że po pięciu minutach już jadę. Piętnaście i ciągle nic. Prawie każdy samochód zapakowany po sufit i z rodzinką w środku. W końcu, po niemalże dwudziestu minutach obok mnie ostro zwalania duży pick-up z ładną dziewczyną w środku.
- Wskakuj szybko, bo jestem spóźniona! – Krzyknęła i ponownie sięgnęła po telefon, który trzymała w drugiej ręce – Mamo, będę za 10 minut!
Krysia (zdziwiłem się, jak usłyszałem jej imię) urodziła się w Kostaryce, ale dzieciństwo spędziła z rodzicami w Niemczech i obecnie pracowała jako przewodnik turystyczny dla niemieckich wycieczek. Wprawdzie zaczęliśmy rozmowę tak jak zwykle, czyli skąd jesteś, gdzie byłeś itp. Itd. Ale w końcu, po którymś z kolei wyprzedzaniu na czwartego przed zakrętem, zapytałem:
- Śpieszy Ci się gdzieś? – i jednocześnie mocniej zacisnąłem rękę na klamce.
- Noo, spóźniona do kościoła jestem – odpowiedziała, gwałtownie redukując na trójkę przy setce.
- Jak tak dalej będziesz zasuwać, to z pewnością zdążysz na spotkanie ze Świętym Piotem – odpowiedziałem próbując zażartować, ale Krysia tylko depła w opór pedał gazu i wyprzedziła potężną ciężarówkę przed kolejnym wzniesieniem.
- Spokojnie, znam tę trasę na wylot, wiec nie ma się czego bać. A tak w ogóle, to może masz ochotę przejść się na mszę do kościoła?
- Katolickiego? – zapytałem zdziwiony
- Nie, metodystów, ale dużo się nie różni – odpowiedziała Krysia.
W sumie nie robi mi specjalnie, gdzie i z kim się modlę. Wyznaję zasadę, że do momentu, gdy wszystko sprowadza się do modlitwy do jednego Boga, Jahwe, Allaha, czy kto tam jeszcze jest, to mogę to robić z każdym przedstawicielem innej religii czy jej odłamów. Dopiero, gdy zaczyna się coś, co kłóci się z moim postrzeganiem wiary, to dziękuję i przyglądam się z boku.
- Czemu nie. Czasu mam mnóstwo, a planu żadnego – podziałem i dosłownie po chwili skręciliśmy łagodnie w prawo na szutrową drogę w kierunku Esterillos Oeste.
Dwa kolejne kilometry jechaliśmy zostawiając za sobą tumany kurzu, aż po kilku gwałtowniejszych wejściach w zakręt zatrzymaliśmy się przed lokalną szkołą, gdzie zaparkowane było już kilka innych samochodów.
Niebieski budynek szkoły znajdował się w otoczeniu skromnych domków z jeszcze skromniejszymi ogródkami. Ogrodzony niskim murkiem z dziecięcymi malowidłami w każdym wolnym miejscu z jednej strony i plażą z niemalże czarnym piaskiem i błękitnym oceanem z drugiej, sprawiał wrażenie miejsca, gdzie nauka jest ostatnią rzeczą na którą ma się ochotę. Plecak zostawiłem na pace auta i razem z Krysią weszliśmy do największej Sali, z której dobywały się dźwięki strojonych instrumentów.
Salę, która liczyła sobie mniej więcej 10x20m szczelnie wypełnili ludzie w przeróżnym wieku ubrani raczej bardzo luźno, żeby nie powiedzieć plażowo. Królowały kwieciste koszule, szorty i klapki. W drugim rzędzie usiedliśmy dokładnie w momencie, gdy trzech chłopaków, jeden z gitarą, drugi z bębnem, a trzeci na banjo, zaczeli śpiewać i grać piosenki religijne. Mieli telent, to na pewno, ale przede wszystkim było wesoło, bo śpiewali wszyscy – dzieci, dorośli i turyści. Część piosenek była po hiszpańsku, a druga część po angielsku, więc każdy miał te, które rozumiał.
Po mniej więcej dwudziestu minutach śpiewania „na scenę” wszedł Denis, lokalny pastor. Na pierwszy rzut oka nigdy w życiu bym nie powiedział, że jest pastorem. Opalony i dobrze zbudowany przystojniak z żoną i trójką dzieci zaczął dowcipnie i z humorem przeskakując płynnie z hiszpańskiego na angielski. Słowem wstępu powitał wszystkich nowych i zapowiedział pastora Marco, który dzisiaj był z gościnnym kazaniem w Esterillos.
Generalnie całość polegała na opowiedzeniu historii swojego życia oraz odniesieniu się w niej do konkretnych cytatów z biblii, oraz tego czego uczy nas Bóg w danej sytuacji. Było ciekawie, ale na moje nie jest możliwym omówienie 3 fragmentów Pisma Świętego w niecałe trzydzieści minut. Niemniej jednak facet mówił mądrze i całkiem ciekawie.
Po kazaniu Denis podziękował za obecność i powiedział coś, co automatycznie przykuło moje zainteresowanie.
- Jeśli ktoś w tym tygodniu miałby czas, to wraz z wolontariuszami chcemy spędzić jeden dzień na pomocy przy budowie nowej klasy w tej szkole i wszyscy są mile widziani.
Plan na zagospodarowanie kolejny dwóch tygodni zaczął się klarować…
I zakończę jak zwykle swoja małą-wielką prośbą o wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum”. Wiem, że moje teksty nie są wysokich lotów, a zdjęcia z telefonu wołają o pomstę do nieba, ale będę wdzięczny, jak nawet z politowaniem kiwając głową przelejecie dowolną kwotę na dzieciaki w hospicjum. Wspólnie, z pomocą ponad 1700 osób, czytelników bloga, udało nam się zebrać ponad 50 tysięcy złotych, czyli przekroczyliśmy połowę celu, który chcę osiągnąć. Będę wdzięczny za pomoc w każdej postaci, a szczegóły akcji i sposoby jej wsparcia znajdziecie tutaj – „Autostopem dla hospicjum„

























no nie mow ze gallo pinto ci smakowalo…. :D ja po trzech razach nie moglam sie patrzec na ryz i jajka, a smazone plantany to kompletnie nie moja rzecz :D
Po trzech tygodniach mam już nieco dość, ale dramatu nie ma :D I podziwiam – zostawiać komentarze o 4:48, to już naprawdę kategoria oddanych fanów :D
Bomba! Jak towarzysz Przemek będzie potrzebował Couch’ów/hostów/porad lokalsów to niech się zgłasza towarzyszka ma na podorędziu dobre latynoamerykańskie dusze wzdłuż Panamericany :) Ahoj, niech moc będzie z Tobą:) Trzymam kciuki.
Dzięki śliczne! :) Jak coś to będę pisał :)
…chyba się starzeję, bo zaczynam zbyt często zadawać sobie pytania – „Co jeśli?”… a ja tak ma od zawsze:) Więc trzeba jednak urodzić się podróżnikiem, żeby żyć tak jak Ty. Nie każdy ma predyspozycje:) Fajnie, że są tacy ludzie, fajnie poczytać o takich przygodach. Wspieram i życzę powodzenia.
Beta
Trzeba mieć po prostu trochę samozaparcia, fantazji i wiary w ludzi :) Wtedy da radę wszystko :)
” Część piosenek była po angielsku, a druga część po angielsku, więc każdy miał te, które rozumiał.”
To celowo tak napisane? :P
Nie :D Mam ten problem, że jak po raz dziesiąty czytam tekst, który napisałem, to już błędów nie widzę :D
Poprawione :D
Ojjj, Przemek zaczynasz mnie dobijac :D Siedzę w domu „ucząc” się do sesji i czekając na wakacje i kolejną podróż, przez Ciebie jeszcze bardziej mnie nosi! Szerokości, zajebisty wpis :D
Jakbys potrzebowal namiarow na polskie kontakty na obu wybrzezach to pisz na kuba@mypielgrzymi.com . Pura Vida i do przodu!
Uwielbiam czytać Twoje wpisy, czekam na nie jak na kolejny odcinek ulubionego serialu! :D Cieszę się, że Twoje plany się wyklarowały, trzymam kciuki za dalsze przygody :)
Produkcja HBO, to to nie jest, ale dzięki śliczne za miłe słowa :D Plany już się wyklarowały, ale o tym w kolejnych wpisach ;)
Hej,
Odnośnik pod tekstem „Autostopem dla hospicjum” próbuje się otworzyć na Twojej stronie i wyrzuca błąd.
Pzdr
HT
„W pewnym momencie, pomiędzy palmami śmignął mi kawałek w miarę dobrze wyglądającego gruntu” –> extra, że to był tylko grunt, a nie jakiś dobrze wyglądający kawałek mięsa… Już myślałam, że głód Cię mocno przycisnął! :D
Świetna wyprawa, tylko pozazdrościć.