Dzień 24
Pracownicy restauracji przyszli o 8. Ciezka pobudka, bo głowa i nogi i brzuch wciąż żyły wydarzeniami wczorajszego wieczora. Tyle co czułem w środku. Z zewnątrz musiałem wyglądać jak wietnamski zwiadowca - przygarbiony, unikający słońca i ze zmrużonymi oczyma.
Pracownicy restauracji byli przygotowani na to co zastana, wiec razem z serdecznym "Gamardzioba" wcisneli mi w reke chlodna wode. Chwala im!
I znowu nieznosny upal, ktory dzisiaj z wyzej opisanych powodow doskwieral jeszcze bardziej. Postanowilem znalezc jakies miejsce w cieniu, rozlozyc karimate i zapasc w drzemke. Jak pomyslalem tak zrobilem i zaleglem jak zabity.
Po pewnym czasie w moj sen zaczely zaburzac gruzinskie okrzyki, ale twardo nie zwracalem na nie uwagi. I to byl blad. Bo okazuje sie, ze czworka starszych panstwa, nie byla wstanie wejsc tam gdzie sie zbunkrowalem w swoim cierpieniu, wiec krzyczala, zeby sprawdzic czy zyje. Brak jakiejkolwiek mojej rekacji zmotywowal ich do wezwania policji, ktorej sygnal wyrwal mnie z letargu duzo skuteczniej. Jak tylko zeszedlem, wszyscy wybuchli smiechem, a rozbawiony policjant zapytal tylko o jedno "supra?" Dowcipnisie.
No ale zmotywowali mnie do kontunowania mojej podrozy w kierunku Monastyru w Gelati. Skwar nieziemski, ale ide. Po 30 min dotarlem, ale piekno klasztoru zdecydowanie zostalo podzielone przez moje samopoczucie.

Na miejscu spotkalem polakow z krakowa, z ktorymi pogadalem przez dobre 30 min i zostalem pozegnany stwierdzeniem - "Przez 4 dni przezyles, zobaczyles i poznales wiecej miejsc i ludzi niz my przez 2 tygodnie tutaj".
Po wyjsciu z klasztoru stwierdzilem, ze najmadrzej bedzie przeczekac 2h w cieniu, poniewaz slonce grzalo naprawde mocno, wiec usatysfakcjonowany dobrym pretekstem do kolejnej kac drzemki usnalem na karimacie pod drzewkiem.
O 15 juz calkiem oagrniety ruszylem w droge powrotna. 30 min jestem na drodze do Kutaisi. I mam dylemat. Jechac do miasta czy znalezc jakas rzeczke i sie wykapac. Problem rozwiazal policjant, ktory wyszedl do mnie z pobliskiego posterunku i powiedzial, ze 900m stad jest bardzo dobre miejsce na kapiel. W to mi graj!
Schodze w kierunku rzeki i zatrzymuje sie auto z pytaniem, czy potrzebuje pomocy i czy nad rzeke. No raczej! Ciagle nie moge uwierzyc w to co mnie spotyka. Okazalo sie, ze chlopak, ktory mnie wzial jechal spotkac sie ze znajomymi nad wskazane mi przez policjanta miejsce.
Lokalizacja rzeki miejsca byla idealna, polana, las i pole z kukurydza. Nie myslac za duzo wskoczylem do wody. Tak cieplutka, ze mozna w niej caly dzien siedziec.

No ale godzina bez przygody byla by nudna.
Po 30 minutowym moczeniu w wodzie slysze krzyk i widze, ze jeden chlopak kulejac wychodzi z wody. Podszedlem wraz z wszystkimi sprawdzic co sie stalo.
Chlopak klasycznie sobie rozcial kolano skaczac do wody. I znowu tak jak w przypadku malej Angeliki obudzil sie we mnie Dr Skokowski. Szybka ocena skaleczenia, siegniecie po apteczke i lecimy. Oczysczenie rany, przyczepienie szwow scalajacych rane, zatamowanie krwawienia, opatrunek, opaska, zeby sie nie zsuwal, klepniecie w plecy i oswiadczenie pewnym glosyem "bedziesz zyl"
Drugi raz w Gruzji zostalem ochrzczony ksywka "Jigari", co znaczy to samo co rosyjski "Pacanek"
Gdy zglodnielismy jeden z chlopakow podskoczyl na pole po kukurydze, a pozostali wzieli sie za przygotowywanie ogniska. Nasz obiad - kukurydza ogniskowa.

Po posilku pozegnalem sie z chlopakami i poszedlem na trase do Kutaisi. Wyciagnalem reke i zatrzymala sie pierwsze auto. Zaczynam sie przyzwyczajac.
Do miasta bylo blisko, wiec nie zawarlem specjalnie bliskiej znajomosci z 4 chlopakami w aucie, nie mniej jednak wysadzili mnie w samym centrum.Moj plan? Dotrzec na obrzeza i przenocowac w namiocie. No i znowu sie nie udalo.

Ide sobie glowna ulica miasta i z kazdej strony "Hello!", klaksony i usmiechy! Doslownie wszedzie! W pewnym momencie wola mnie jakis chlopak i pyta sie czy jestem glody. Na obiad byla kukurydza, wiec brzuszek byl pelny tylko w 40%, ale mimo to, wciaz pamietajac wydarzenia dnia wczorajszego ostroznie odpowiadam - "Troche tak". No to dawaj do nas!
I uwaga! W srodu obcego miasta zostalem zaproszony przez obcych ludzi do laboratorium, gdzie przygotowywane sa protezy zebow (sic!).Sredniej wiekosci pomiesczenie z roznorakim sprzetem pod scianami i stolem na srodku. A na stole mniej wiecej 2kg miesa i 5 litrow wina. W pierwszym momencie sie przerazilem, ale po chwili zobaczylem, ze jest tam okolo 10 mezczyzn, wiec po szybkiej kalkulacji stwierdzielem, ze nie bedzie, az tak ciezko.

I znowu toasty, spiewy, zapraszanie sasiadow, jedzenie. Gdy juz bylo nas mniej, czesc pracownikow wrocila do przygotowywania protez, wiec po prostu usiadlem z nimi i wypytywalem o szczegoly i caly proces ich tworzenia.

Gdy chcialem ruszyc dalej, wlasciciel mnie zatrzymal i powiedzial, ze nie mam mowy i dzisiaj spie tutaj, bo w nocy moze padac.
Tak wiec noc spedzilem na karimacie w pracowni, gdzie przygotowuje sie protezy zebow. Nice one!


Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.