2017 · Autostopem przez życie

MasterLife – gdy życie po prostu Ci nie wystarcza

← Wszystkie wpisy

Wszystko zaczęło się od tego, że obudziłem się jeszcze kompletnie pijany. Dzień wcześniej trafiłem na imprezę, gdzie był nielimitowany alkohol i zbyt dużo rozmów w stylu „Hej kim jesteś i co robisz?” z ludźmi, których w większości przypadków widziałem pierwszy raz na oczy.  Do tego wszystkiego knajpa z wyższych sfer, a każdy elegancki. Tu krawat, tam mucha. Wizytowniki się nie zamykały, a garść różnej gramatury i wzorów papierów urosła mi w kieszeni szybciej, niż paragonów na przedświątecznych zakupach. Prezes zarządu, starszy konsultant, prawnik, założyciel i właściciel. Niby na poważnie, mądrze i dostojnie, a jednak średnia wieku nie przekraczała trzydziestki. Ludzie, którzy naprawdę, jak na swój wiek osiągnęli naprawdę sporo, ale mimo to rozmowy nie różniły się od tych przy automacie z kawą w korpoświecie. Każdy tak każdego wąchał, żeby przypadkiem  nie walnąć jakieś towarzyskiego faux pas, więc alkohol w sporych ilościach wydawał się być na początku rozsądnym urozmaiceniem. Przynajmniej dla mnie.

Jednak tego ciężkiego, sierpniowego poranka, w ciszy bezlitośnie pulsujących skroni, wciąż miałem wspomnienie rozmowy jedną z osób. Na tyle interesującą, że była pierwszą, o której pomyślałem zaraz po przebudzeniu. Mimo helikoptera w głowie, sięgnąłem po telefon. Wybrałem numer zapisany „Zapytaj o imię – od pomysłu”, zadzwoniłem i zapytałem – „Siema, Przemek z tej strony. Robimy startup?”

W ten sposób zaczęła się moja przygoda, która trwa do dzisiaj. Początkowo jako prosty pomysł w głowie dwóch chłopaków, którzy postanowili, że przedstawią go znajomym. Jedna, druga, trzecia weryfikacja koncepcji. Wszystkim się podobało. Nie pozostało nic innego, jak zadzwonić do potencjalnych klientów i sprawdzić, czy nasze oprogramowanie będzie rzeczywiście czymś czego potrzebują. Jedna, druga, trzecia firma odpowiada twierdząco. Jest pomysł, jest potencjał. Nic tylko rozwijać po godzinach. Przecież tak to jest w większości historii sukcesów, prawda? Pracowali w korporacji i po nocach stworzyli produkt, który zmienił świat. Czy nie?

Pierwszy miesiąc potwierdził nasze obawy – nie da się stworzyć programu w 10 osób, jeśli każdy ma poświęcać dziennie te 2h. Trzeba podjąć ryzyko i zwyczajnie zatrudnić trzy z nich, które będą robiły to w pełnym wymiarze czasowym, ale porządnie. Setki godzin spędzonych na planowaniu, ciągłych zmianach, presji wywartej przez informację, że dwie znane na rynku marki również wchodzą z podobnym produktem. Myśleliśmy, że zaraz złapiemy Pana Boga za nogi, a tu Ci psikus, bo okazuje się, że starsi koledzy mają dużo bliżej.

Pierwszy porządny kryzys przychodzi, gdy okazuje się, że produktu jednak nie stworzymy, tak jak planowaliśmy, w trzy miesiące. Wykrusza się pierwsza osoba. Trzeba podjąć decyzję, czy wyłożyć pieniądze na kolejne drugie tyle czasu pracy zespołu. Mało tego. Stworzenie działającego produkt, to jedno cholernie trudne zadanie. Sprzedać go na rynku, który niekoniecznie jest gotów na rewolucję, to drugie. Zrobić to bez jakiejkolwiek marki, bez doświadczenia, to trzecie.  Do pieca rozgoryczenia dowala Ci jeszcze klient, który mówi, że widział produkt, konkurencji i są dwa kroki przed nami. Źródełko oszczędności kurczyło się w zastraszającym tempie. Wariackie marzenia zostały brutalnie zweryfikowane przez szarą rzeczywistość. Wykrusza się kolejna osoba.

Do tego wszystkiego praca etacie po x>200h miesięcznie. Lekko nie było ani tu ani tam. Dodatkowo wiadomo, że zawsze bardziej komfortowo zapracować na tysiące peelenów na koncie co miesiąc, niż tysiące wykładać bez podobnej pewności zwrotu w najbliższym czasie. Zresztą praca w IBM, to był nie tylko prestiż, ale również potężna dawka wiedzy i świetni ludzie w zespole. Ba, rewelacyjni, o szefie nawet nie wspominając – Michał, jeszcze raz dzięki za wszystko!

Zaczęły się problemy ze zdrowiem i zmęczenie organizmu. Oprócz pracy polegającej na realnym dostarczaniu aplikacji mobilnych dla klienta, papierologii i biurokracji przybywało w postępie geometrycznym. Do domu wchodziłem po 20 z reguły ze słuchawkami na uszach. Jedną ręką coś jadłem, a drugą w zależności od potrzeb, albo sprawdzałem rozwój swojej firmy, albo dalej produkowałem papiery dla IBM. Zasypiałem dobrze po północy ze świadomością, że kolejny dzień spędziłem na komputerze i telefonie 16 godzin. Frustracja i zmęczenie rosło, aż w końcu po wielu rozmowach z najbliższymi oraz paru dodatkowych czynnikach zewnętrznych w grudniu padła decyzja. Wypowiedzenie. Po 16 miesiącach pożegnałem się z biurem na Krakowiaków 32.

Powrót do domu. Ładowanie baterii i pytanie – co dalej?

Sam się wielokrotnie zastanawiam co sprawiło, że pomysł wypalił. Czy to, że konkurencja koniec końców miała problemy takie podobne do nas, ale sobie gorzej poradziła? Czy to, że podjęte zostały trudne decyzje o wyrzuceniu do kosza wcześniejszego systemu i stworzeniu nowego będąc bogatszym o doświadczenie. Czy to, że wykonujemy ponad sto telefonów dziennie? Czy to, że przez zespół przewinęło się około 10 osób i zostali Ci z największą pasją, zaparciem, pracowici tak, że brak tu odpowiedniej metafory, a jednocześnie tworzący niesamowicie uzupełniający się kolektyw od A do Z. Czy może to, że jednak też klienci zobaczyli w nas potencjał, który z każdym miesiącem rósł.

Na horyzoncie pojawił się fundusz inwestycyjny i anioł biznesu. A jednak po długich tygodniach rozmów stwierdziliśmy, że biorąc pod uwagę wszystkie za i przeciw  oraz to, jak bardzo wierzymy w swój produkt, gdzie udało nam się dojść, to chcemy samodzielnie podbić jeszcze wycenę spółki, która wtedy była już wyceniana na potężne dla nas kwoty.

W swoje dwudzieste siódme urodziny ze śmiechem zacząłem sobie przypominać, na jakim etapie życia byłem w kilku poprzednich urodzinach. Przeprowadziłem się do Anglii, mam wciąż tych samych przyjaciół,  fenomenalnych wspólników, z którymi nie tylko tworzę coś, co zmienia codzienność wielu firm, ale są to ludzie, z którymi chętnie wychodzę na miasto lub zwyczajnie piwkuję w/po pracy.

Takie tam z zaskoczenia w pracy

W swoje dwudzieste szóste urodziny byłem zachłyśnięty pracą w IBM tworząc aplikacje mobilne przy współpracy z firmą Apple. Kierowałem pracą kilkunastu osób w Indiach, Polsce i za Atlantykiem. Jeździłem po świecie, chłonąłem wiedzę w olbrzymich ilościach, a oprócz tego trafiłem na zespół, za którym można było iść w ogień.

W swoje dwudzieste piąte urodziny siedziałem w Kolumbii będąc akurat w połowie trasy po Ameryce Południowej. Zdążyłem przepłynąć jachtem Atlantyk, podpisać kontrakt na drugą książkę, a na koncie gdańskiego hospicjum było już ponad 50 tysięcy złotych, które zbierałem w ramach akcji „Autostopem dla hospicjum”. No i uczciwie skończyłem studia

W swoje dwudzieste czwarte urodziny byłem tuż przed promocją swojej pierwszej książki z nagrodą Blog Forum Gdańsk. Nominowany po raz drugi do Kolosów za podróż roku i projekt „Pocztówki z Europy”.

Moje życie się zmieniło. Jest inne. Przestałem publikować i epatować historią każdego dnia na prawo i lewo. Zacząłem sobie cenić prywatność. Odpuściłem sobie blogosferę i ze śmiechem przysłuchiwałem się jednemu z wykładów, na który trafiłem przypadkiem, gdzie wykładowca opowiadał o monetyzacji bloga na moim przykładzie powtarzając, że nie rozumie czemu zrezygnowałem. Przestałem wyjeżdżać na długie weekendy, podróżować. Przestałem pisać o przygodach na całym świecie, a jednak mam wrażenie, że życie wyżymam, jak szmatę. Kręci mnie to tak niesamowicie, że przy moim codziennym rytuale picia porannej kawy na parapecie, coachingowo sobie powtarzam – „Jaram się. No jaram się okrutnie!”.

Tego bloga swojego czasu czytały dziesiątki tysięcy osób. Być może jesteś jedną z tych osób, które śledziły moje podróże jeszcze w 2012 r. gdy bujałem się gdzieś po Iranie. Może trafiłaś tutaj, gdy byłem gdzieś w Azji, albo jak stopowałem w Ameryce Południowej. Nieważne. To co w jakiś sposób próbuję tu napisać (kasując kolejne linijki tekstu raz po raz), to że wbrew pozorom, życie nie kręci się wokół podróży i życia od jednej do drugiej. Dopiero gdy zaczynasz próbować nowych rzeczy i łączysz kolejne elementy układanki, zaczynasz czuć ile czeka na Ciebie do spróbowania robi się naprawdę ciekawie. I nie mówię o nowych widokach, czy smakach, ale o uczuciach, zdobywaniu wiedzy i nauce, poczuciu rozwiązywania problemów i realizowania siebie i pomysłów, które jeszcze nie tak dawno miałeś tylko w głowie. Mam szczerą nadzieję, że gdzieś tam w Waszym życiu też przez te ostatnie kilka lat też doszło do podobnych małych rewolucji i zmian. Kto ich doświadczył, to na pewno rozumie, co tak nieudolnie próbuję napisać.

Trzymajcie się i pamiętajcie – życie to podróż, ale nie z samych podróży się składa, a czasem przegapienie właściwego zjazdu na autostradzie, to naprawdę sporo wracania ;)

Przemek

Dla zainteresowanych szczegółami tego co robimy zapraszam na stronę – www.masterlifecrm.com a jak ktoś chce dać lajka to – https://web.facebook.com/masterlifecrm/

Komentarze (21)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.