Dzień 20
Moim pierwszym stopem okazał się strażnik graniczny. Pogadałem z nim i się okazało, że do gruzińskiej strony jest mniej niż 10km. Zacząłem z nim rozmawiać, jak to było tutaj podczas wojny i generalnie powiedział mi kilka ciekawostek. Przede wszystkim taką, że na wojnę przysłali żołnierzy z innych rejonów Rosji, ponieważ miejscowi bardzo często są spokrewnieni z rodzinami z drugiej strony gór i dobrze się znają od wielu lat. Dodatkowo często podkreślał, że jestem na Kaukazie, a nie w Rosji. Tutaj od wieków żyje blisko 150 różnych narodowości i jakoś potrafią żyć ze sobą w zgodzie, a centrale z Moskwy i Tbilisi mieszą tutaj niesamowicie.
Wysadził mnie w połowie drogi na główną trasę w kierunku Władykałkazu. Postanowiłem kupić coś na śniadanie i ruszyć dalej. Kolejny stop to groźnie wyglądający faceci w ciemnym aucie. Miałem złe przeczucia, które okazały się słuszne. Wysadzili mnie tam, gdzie chciałem, ale zażądali 2000 rubli za podwózkę. Miałem gaz w kieszeni, więc byłem przygotowany nawet na najtwardsze negocjacje. Na szczęście skończyło się na tym, że wyrzuciłem toboły przez drzwi i kulturalnie ich pożegnałem gestem kozakiewicza. Idioci chcieli ruszyć, jak wysiadałem. No cóż, na 100 przypadków musiał się w końcu trafić jakiś paskudny.
Kolejnym stopem okazał się ormiański samochód przewożący hurtowo nieboszczyków.

W przeciwieństwie do ładunku kierowca okazał się być pełnym życia, uśmiechniętym facetem z tysiącami żarcików i porad. Wysadził mnie na jednym z posterunków policyjnych na trasie. Przez 30 min miałem okazję oglądać sposób zarabiania pieniędzy przez rosyjską milicję. Zgodnie z zasadą - "Nieposmarujesz - nie pojedziesz" część kierowców była odsyłana na pobocze, a część po zbiciu 200 rublowej piątki z milicjantem jechała dalej. Chory system.
Plusem miejsca było pobocze, gdzie odsyłane były auta. Mogłem tam spokojnie pytać o dalszy transport.
Kolejnym kierowcą okazał się Czeczeniec. Jechałem z nim przez ponad godzinę, więc korzystając z okazji zacząłem wypytywać o atak na szkołę w Bieslanie, wojnę i mafię czeczeńską. Okazał się być strasznie doświadczony przez życie. Walczył w każdej wojnie czeczeńsko-rosyjskiej. Wielokrotnie był przesłuchiwany i ranny, a jego braci zabito podczas walk partyzanckich. Korzystając z okazji przeprowadziłem z nim krótki wywiad na postoju w ramach projektu, bo uznałem, że to człowiek, który naprawdę może coś ciekawego powiedzieć. Na pożegnanie podarował mi butelkę ciepłej i obrzydliwie słodkiej orenżady i uściskał z prośbą o promowanie Czeczeni, bo dla turystów to najbezpieczeniejsze miejsce na świecie.

Kolejnego stopa już bezpośrednio w kierunku granicy łapałem zaledwie 2minuty. Zatrzymało się dwóch facetów Siergiej i Drugi Którego Imienia Nie Pamiętam. Początkowo chcieli mnie podwieźć do miasta, ale zmienili zdanie.
Wzięli mnie do siebie do domu, nakarmili,

i pokazali swój warsztat.

W pierwszym momencie myślałem, że to klasyczna dziupla, ale okazało się, że zawodowo startują w rajdach ekstramalnych na terenie całej Rosji. Po wszystkim obwieźli mnie po mieście i zawieźli nad samą granicę.

Na granicy okazało się, że jest otwarta tylko dla ruchu samochodowego, więc podszedłem do pierwszego auta w kolejce i się zapytałem, czy nie ma nic przeciwko, żebym razem z nim przekroczył granicę. Nie miał, mimo że nie mówił ani po rosyjsku, ani po angielsku. Prawdziwe pacanki rozumieją się bez słów!

Mimo że byłem pierwszy w kolejce, przekraczenie jednej i drugiej granicy zajęło nam blisko 3h.
Pierwsze słowa, jakie usłyszałem w Gruzji to "Dzień dobry i jak się masz!". Chłopak, który powitał mnie w ten sposób, w Kazbegi, następnie przeszedł na płynny angielski, co było miłą odmianą po 3 tygodniach rosyjskiego
Kazbegi(a właściwie Stepancminda)to urokliwa miejscowość położona na 2000m. Jej główną atrakcją jest masyw góry Kazbek oraz jeden z ważniejszych ośrodków kultu w Gruzji - cerkiew Cminda Sameba usytuowana na 2500m n.p.m, którą miałem w planach zwiedzić.

Po dotarciu do miasta wziąłem się za poszukiwanie miejsca na nocleg. W pierwszym momencie w oko wpadł mi mały park nad strumieniem i tam też się dziarsko skierowałem. W parku miłe zaskoczenie - kilka namiotów i ognisko, dookoła którego sporo młodych ludzi. Postanowiłem zapytać się, czy mogę do nich dołączyć. Jasne, że mogę. Byli tak ucieszeni moją wizytą, że zaczęli mi pomagać rozbijać namiot, następnie karmić chlebem i kiełbasą, żeby w końcu zaprosić do wspólnego ogniska, gdzie po krótkim przedstawieniu mojej osoby zaczęły się śpiewy.

I to jakie! Gruzini mają to do siebie, że lubią dużo i głośno śpiewać. I nie są to hity typu "Call me maybe", ale klasyczne gruzińskie pieśni. I pozwolę sobie przypomnieć, że byli to ludzie w przedziale wiekowym 19-22 lata.
Przyznaję, że trochę komicznie to dla mnie wyglądało. Polsce czułbym się podobnie, jakby moi znajomi zaczęli śpiewać Bogurodzicę.
W końcu przyszła kolej na mnie. Poprosili mnie, żebym im zaśpiewał coś z polskiego repertuaru. Ogniskowe hity, które znam typu "Na Mazury" czy "Hej sokoły" średnio wpasowywały się w klimat, więc wahałem się między "Lulaj, że Jezuniu", a "Barka". Skończyło się na tym drugim, bo koniec końców kolęda dziwnie by brzmiała latem, w gruzińskim lesie.
Po pierwszej zwrotce kilku z moich nowych kompanów podchwyciło melodię i zaczęli mruczeć. Jak skończyłem, poprosili mnie, żebym ich nauczył refrenu. Przyznam szczerze. Podniośle nie było. Uśmiałem się przy tym nie mniej niż oni, ale po 20 min udało się i wyszło genialnie! 20 gruzinów śpiewających "Barkę" przy ognisku u podnóża Kazbegu. Niesamowite!
Po śpiewach część zaczęła się rozchodzić do domów. Okazało się, że większość z nich mieszka w Kazbegi na stałe i przyjechało do nich 3 znajomych z Tbilisi, Alex, David i Nino (Tak kazali mi się nazywać, bo ich gruzińskie imiona są niedowymówienia). Po krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że jutro ruszymy do Cerkwi w górach, która jest jednym z świętych miejsc w Gruzji.
Dzień 21
Z chłopakami umówiłem się, że ruszymy o 9, ale jak wyszedłem, to wciąż spali jak zabici. Nie mając specjalnie nic do roboty, poszedłem do miasta w poszukiwaniu internetu. Internet znalazłem, sprawdziłem wszystko, zjadłem śniadanie i wróciłem do namiotu. Chłopaki były już na nogach, więc spakowaliśmy menele i ruszyliśmy w góry. Było śmiesznie, bo był to mój pierwszy kontakt z Gruzinami, więc opowiedzieli mi mnóstwo historii, tradycji i zwyczajów panujących w ich ojczyźnie.

Po dotarciu na szczyt oniemiałem. Miejsce jak z baśni. Wyobraźcie sobie maleńki kościółek w otoczeniu potężnych gór, z których najniższa na grubo ponad 3500m.

Podeszliśmy wyżej posiedzieliśmy podziwiając widoki, zwiedziśmy wnętrze i byliśmy świadkiem rytualnego poświęcenia owcy. Tak poświęcenia. Wśród ludzi gór wciąż popularne są wierzenia, że jeżeli obejdzie się z owcą trzy razy cerkiew, poświęci ją mnich, a następnie ukatrupi i zje, to przyczyni się to wyzdrowienia, któregoś z członków rodziny.

Po zwiedzaniu wypogodziło się, więc po prostu zaległiśmy na trawie podziwiając góry, które autentycznie wyglądały jak z pocztówki.

Gdy wróciliśmy do parku, w którym zostawiliśmy namioty, okazało się, że chłopaki dzień wcześniej zastawili sidła na zające i skubańcy złapali jednego. Plan na kolację zając z ogniska! Poważnie, wpierw trzeba było uciąć głowę, później zdjąć skórę, wyjąć bebechy i nabić na dwa ostrugane patyki, które następnie ustawiliśmy nad rzazącym się paleniskiem. Gdyby Bear Grylls mówił po polsku, to pewnie by stwierdził, że "Nie ma lipy!"

Wieczorem znowu zeszli się znajomi i znowu to samo, śpiewy, rozmowy, tylko że z zającem w roli głównej. Wieczorem doszedł do nas jeszcze jeden podróżnik. Filip z Polski, który już dwa tygodnie zwiedzał Gruzję, więc pogadałem z nim godzinę, żeby się dowiedzieć, co i jak i gdy już wszystko zostało zjedzone, obgadane, położyliśmy się spać.

Dzień 22
Wstałem z rana spakowałem namiot, pożegnałem się z chłopakami i ruszyłem w stronę wylotówki z miasta. Przygotowałem tabliczkę z napisem "Ananuri" i ledwo się wyprostowałem, żeby łapać i już zatrzymało się auto. Para Gruzinów w olbrzymim terenowym mercedesie. Miałem szczęście, bo odcinek, który przyszło nam pokonać do Ananuri, należy do najgorszych dróg w kraju. Jest to nic innego jak szutrowa droga pełna dziur, z najwyższym punktem na wysokości 2500m i przepaściami po jednej albo drugiej stronie. Widoki zapierające dech w piersiach.

Po dotarciu do Ananuri okazało się, że jesto to mała miejscowość z urokliwym zamkiem nad zalewem. Zamek był praktycznie pusty. Żadnych turystów, kasy, ochrony. Nic! Bez problemu mogłem sobie wejść, gdzie tylko chciałem. Następnie zszedłem nad zalew wykąpać się i odpocząć przed dalszą podróżą.

Po trzech godzinach ruszłem na trasę. I znowu to samo. Ledwo przygotowałem tabliczkę z napisem Gori, a już mam transport. Autostopowa bajka. Gruzini podwieźli mnie do samego centrum. Tam postanowiłem znaleźć kafejkę internetową, żeby móc w końcu przygotować wpisy na bloga. O drogę zapytałem młode dziewczyny, które nie tylko mi pokazały drogę do kafejki, ale i również powiedziały, co warto zobaczyć i gdzie.
Zwiedzanie postanowiłem zostawić na jutro, więc po załatwieniu wszystkiego poszedłem kupić coś do jedzenia i usiadłem sobie na głównym placu przyglądając się ludziom.

Wieczorem pozostało mi tylko znaleźć miejsce do rozbicia namiotu. W sumie nie chciało mi się specjalnie ich za miasto, więc postanowiłem się rozbić zaraz koło zamku, który znajduje się w centralnej miejscu w Gori. Podczas rozbijania w moim kierunku zaczął się zbliżać policjant, którego wcześniej nie zauważyłem. W pierwszej chwili myślałem, że będą problemy, ale przyszedł tylko pogadać i powiedzieć, że jak coś by się działo, to całą noc będzie w budce, która jest 50m stąd. No i jak tu się nie uśmiechać?!


Starznie zazdroszczę, tylu odwiedzonych miejsc i tylu nowo poznanych ludzi. Iloma językami się posłujesz?
Tylko angielski i komunikatywny rosyjski:)
hej:) jesli moge cos doradzic w daleszej podroy to obowiazkowo Kachetia;) boscy ludzie;) Maly Kaukaz czyli okolice Bordzomi i Vardzie. w poblizu znajdziesz wiele boskich i dzkich sredniowiecznych twierdz oraz swietne pole namiote. rzeka tutaj jest dosc ciepla bo zasila ja dzikie zrodlo termalne. zreszta jak zagadasz z wlascicielem pola namiotowego to powie Ci o dzikim basenie termalnym:)
my na stopa po calej Armenii i Gruzji jezdzilismy rok temu (ja i moj chlopak Kuba:)) Gruzja i Armenia to piekny kraj a stop tam jest chyba najbardziej goscinnym i wspanialym sposobem poznawania kraju. zapytaj gruzinow o Osetie;) jak powiedzialam Gruzinom ze Polacy tez nie dogadaja sie z Rosjanami (chodzi mi o polityczne uklady) to glaskali mnie po glowie i wdziecznie kiwali glowami:)) Dobrzy ludzie bo przyszlo im zyc w wyjatkowo trudnych warunkach:))
powodzenia:)
GABI
hej:) jesli moge cos doradzic w daleszej podroy to obowiazkowo Kachetia;) boscy ludzie;) Maly Kaukaz czyli okolice Bordzomi i Vardzie. w poblizu znajdziesz wiele boskich i dzkich sredniowiecznych twierdz oraz swietne pole namiote. rzeka tutaj jest dosc ciepla bo zasila ja dzikie zrodlo termalne. zreszta jak zagadasz z wlascicielem pola namiotowego to powie Ci o dzikim basenie termalnym:)
my na stopa po calej Armenii i Gruzji jezdzilismy rok temu (ja i moj chlopak Kuba:)) Gruzja i Armenia to piekny kraj a stop tam jest chyba najbardziej goscinnym i wspanialym sposobem poznawania kraju. zapytaj gruzinow o Osetie;) jak powiedzialam Gruzinom ze Polacy tez nie dogadaja sie z Rosjanami (chodzi mi o polityczne uklady) to glaskali mnie po glowie i wdziecznie kiwali glowami:)) Dobrzy ludzie bo przyszlo im zyc w wyjatkowo trudnych warunkach:))
powodzenia:)
GABI
Tylko angielski i komunikatywny rosyjski:)