2015 · Autostopem przez życie

Miasto pokoju i wybuchowe Potosi

← Wszystkie wpisy

Noc nie była lekka, bo w dormitorium liczącym dwanaście łóżek ciężko o wspólną porę kładzenia się spać Co innego dotyczy wspólnego kładzenia się do łóżka. Hotel, w którym wylądowałem wprawdzie nie należał do sieciówki Wild Rover, ale nad wejściem do recepcji widniała wielka tabliczka informująca gości, że jest to zakwaterowanie typu „Party hostel”. Oznacza to mniej więcej tyle, że dość często w dormitoriach słychać całą gamę dźwięków. Chrapanie, wymioty, wodę pod prysznicem, amory podpitych, skrzypiący materac, trzaskanie drzwi, krzyki pijanych, szukanie rzeczy w plecaki, mycie zębów.

Największym plusem takich hosteli jest to, co następuje każdego dnia z rana. Cisza absolutna. Nie licząc obsługi przygotowującej wliczone w cenę śniadanie dla gości i nielicznych osób, które albo wczoraj nie balowały, albo musiały wstać na autobus, nie było kompletnie nikogo. Po wczorajszej imprezie został tylko ból głowy, który widoczny był na twarzach osób w cichym cierpieniu popijących kawę nad świeżutkimi bułkami z dżemem.

Przy śniadaniu jedną z kilku osób bez worków pod oczyma była wysoka blondynka, która siedziała przy oknie z otwartym przewodnikiem. Rozejrzałem się po sali i mimo dużej ilości wolnych miejsc zapytałem:

- Hej, mogę się dosiąść?

Dziewczyna uniosła wzrok znad książki i z uśmiechem odpowiedziała:

- Jasne siadaj. Mam na imię Maarika.

- Miło, Pasha jestem. Planujesz może pozwiedzać dzisiaj La Paz? – zapytałem siadając i wskazując kiwnięciem głowy na jej charakterystyczny przewodnik w niebieskiej okładce.

- No własnie wstałam tak wcześnie, żeby zobaczyć możliwie najwięcej zobaczyć, bo jutro chcę jechać do Santa Cruz.

- No to bajka. Masz coś przeciwko, żebyśmy połazili razem? – zapytałem – Zawsze raźniej.

Maarika, ku mojej uldze, zgodziła się bez jakichkolwiek obiekcji i umówiliśmy się, że o ósmej wychodzimy.

La Paz położone jest w kanionie i na jego szczycie przez co różnice wysokości pomiędzy poszczególnymi częściami metropolii są znaczące. Dolne partie miasta (tj. 3100m n.p.m.) zamieszkane są przez zamożniejsze warstwy społeczeństwa. Im wyżej (El Alto) tym więcej można spotkać domów i mieszkań ludzi ubogich, których gros stanowią Indianie Keczua oraz Ajmara. Wpływ na takie rozmieszczenie ma przede wszystkim klimat. Najwyższe części miasta położone są na wysokości około 4100 metrów, więc jest tam zdecydowanie chłodniej i wietrzniej w porównaniu do łagodniejszych warunków niemalże kilometr niżej. 

 Samo miasto nie zachwyca. Razem z Maariką przeszliśmy w pierwszej kolejności na Plaza Murillo, które jest chyba najpiękniejszym miejscem w La Paz. Jest to nic innego jak plac nazwany tak na cześć Pedro Domingo Murillo, przywódcy powstania niepodległościowego, który skończył powieszony przez Hiszpanów w tymże miejscu. Wszystko zadbane, ładne i czyściutkie, bo dookoła niego znajdują się pałac prezydencki, gmach parlamentu, kongresu, katedra i Narodowe Muzeum Sztuki.

Główny plac

Plaza Murillo

I budynki dookoła

I budynki dookoła

Pałac Prezydencki

Dalej ruszyliśmy w kierunku Plaza San Francisco, gdzie znajduje się najcenniejszy zabytek miasta  - Kościół św. Franciszka. Poza nim w mieście nie ma specjalnie nic więcej do zobaczenia. Główne ulice są zakorkowane i zasmrodzone, mniejsze zaniedbane i brudne. Jedyne co zwraca uwagę, to liczni pucybuci w czarnych kominiarkach, i sklepy, w których można kupić dosłownie wszystko. 

Jedna z najbardziej turystycznych uliczek

Jedna z najbardziej turystycznych uliczek

Klasyka

Klasyka

Jedyna zadbana uliczka w La Paz

Jedyna zadbana uliczka w La Paz

Ta sama uliczka

Poza tym większość turystów odwiedza La Paz, żeby zaliczyć rowerowy zjazd „Drogą Śmierci” oraz  wizytę w „Dolinie Księżycowej”, które są obowiązkowymi punktami zwiedzania. Mnie ani jakoś nie ciągnęło ani na jedno czy na drugie,  ani nie było mnie już na to stać. Czterysta złotych, które w głupi sposób straciłem zabolało portfel na tyle, że już do powrotu musiałem ostro pilnować się z wydatkami.

Kolejną rzeczą, z której słynie La Paz, to zagrożenia dla turystów. Internet jest pełny miejskich legend o turystach wsiadających do taksówek i nigdy więcej z nich nie wysiadających. Historii o policjantach podrzucających kokainę i wyłudzających łapówki, czy morderstwach w ciemnych uliczkach. Jednak na pytanie o bezpieczeństwo chłopak w recepcji hostelu roześmiał się tylko i powiedział:

- Jak zwykle bywa w przypadku metropolii liczących sobie ponad dwa miliony mieszkańców, trzeba być po prostu ostrożnym.

Wieczorem planowałem jeszcze wjechać kolejną linową do El Alto i zobaczyć po raz drugi panoramę miasta nocą, ale nieco zmieniłem plany. Mając wolne popołudnie postanowiłem się przejść na dworzec autobusowy, żeby zapytać po ile jest nocny autobus do Potosi – miasta, które planowałem odwiedzić po La Paz.  Po wejściu na dworzec i znalezieniu odpowiedniego okienka, okazało się, że kosztuje dokładnie tyle ile noc w moim hostelu, czyli trzydzieści boliwiano tj. około piętnastu złotych.

Nie zastanawiając się wiele wróciłem do hostelu i zapytałem, czy mimo że jest już niemalże wieczór, to czy wciąż mogę się wymeldować nie płacąc. Normalnie, gdy ktoś chce się wymeldować o 19, to każe się mu płacić, ale miałem szczęście, bo na recepcji była dziewczyna, która uświadomiła mnie wczoraj, że mam fałszywe banknoty. Powiedziała, że nie ma problemu pod warunkiem, że samodzielnie pościelę łóżko w nowe poszewki.

Szybko uwinąłem się z zadaniem, pożegnałem z Maariką i ruszyłem w kierunku dworca autobusowego.

Spodziewałem się, że będę miał sporo trudności przy ogarnięciu wszystkiego, ale ku mojemu zdziwieniu poszło gładko. Bez problemu kupiłem bilet autobusowy, nadałem plecak i po chwili szukania siedziałem już na swoim fotelu. Czekało mnie jakieś dziesięć godzin jazdy, więc zawinąłem się w polar i zasnąłem z planem obudzenia się dopiero w Potosi.

Był to pierwszy raz gdy w tej podróży zdecydowałem się podjechać autobusem i uczyniłem to z banalnego powodu – czasu. Początkowo zakładałem sobie, że tydzień w zupełności mi wystarczy na dojechanie z Boliwii do Sao Paulo, ale z każdym kolejnym dniem zaczynałem się coraz bardziej stresować zarówno odległością, ruchem samochodowym, ale przede wszystkim książeczką szczepień. Wprawdzie mógłbym pojechać bezpośrednio z Santa Cruz w kierunku Sao Paulo, ale w podróż nie wziąłem swojej książeczki, a w teorii jest ona wymagana na granicach. Zwłaszcza w Brazylii, która jest najbardziej rozwiniętym krajem regionu a wszystkie kraje ościenne (za wyjątkiem Paragwaju i Urugwaju) są na jej liście krajów zagrożonych żółtą febrą. Gdyby rzeczywiście odmówiono mi wjazdu z powodu braku książeczki byłbym w kropce, dlatego postanowiłem pojechać przez Argentynę i Paragwaj. Oznaczało to, że w chwili obecnej od lotniska dzieli mnie około 3500 kilometrów. Do tej pory byłem w stanie przejechać dziennie maksymalnie około 600 kilometrów, więc założyłem, że jestem w stanie utrzymać takie tempo. 3500/600 daje niecałe sześć dni w trasie. Jeśli dodamy do tego co najmniej jeden dzień na zwiedzenie Asuncion i dwa na Sao Paulo wychodzi dziewięć dni. Oprócz tego trzeba wziąć przynajmniej dwudniowy zapas, gdyby coś się stało.

Idąc w kierunku hostelu liczyłem w myślach, że jeśli samolot mam za trzy tygodnie, to zostało mi już tylko kila dni na Salar de Uyuni i czas zawijać w kierunku Brazylii. Przez chwilę nawet się ucieszyłem, że już w końcu do domu, ale z miejsca dotarło do mnie, że przede mną przecież jeszcze co najmniej dwa tygodnie w trasie.

Do Potosi przyjechałem w jednym celu – zobaczenia jednej z największych (jeśli nie największej) kopalni srebra na świecie, ulokowanej w górze o wdzięcznej nazwie „Cerro Rico de Potosi”. Do wnętrza góry, do której prowadzi blisko pięćset wejść nie można oczywiście wchodzić indywidualnie, ale w mieście u jej podnóża, organizowane jest całe mnóstwo wycieczek.

Początkowo miałem opory przed tego typu wycieczką, ale chęć zobaczenia wnętrza czynnej kopali srebra wygrała.

Było wcześnie rano, więc po zameldowaniu w hostelu, szybko zjadłem śniadanie i czekałem na przewodnika zbierającego gości hostelu na eskapadę.

Antonio, bo tak się nazywał, był górnikiem, który po pięciu latach w kopalni postanowił zacząć oprowadzać po niej turystów. Jak sam mówił takich jak on są setki, ale we wnętrzu góry wciąż pracują tysiące innych. 

Po zebraniu dziesięcioosobowej grupy wsiedliśmy do busika, którym w pierwszej kolejności pojechaliśmy do siedziby firmy Antonio. Tam każdy z nas dostał górniczy komplet ciuchów, butów oraz kask z latarką. Nie wiem czemu, ale początkowo wydawało mi się to zwykłą przesadą, ale całość doceniłem dopiero w kopalni. Jednak zanim do niej pojechaliśmy odwiedziliśmy jeden ze sklepów, gdzie każdy z nas musiał kupić prezenty dla górników. Do wyboru mieliśmy napoje, dynamit i liście koki. Co ciekawe koszt pałki dynamitu to niecałe 10zł. Czemu trzeba było kupować podarunki? Ano temu, że wchodząc do kopalni będziemy obserwować pracę ludzi, którzy spędzają tam większość swojego życia w warunkach, których bym raczej nikomu nie życzył. W zamian za możliwość obserwowania ich pracy, wycieczki zawsze przynoszą ze sobą napoje, dynamit oraz liście koki. Czemu nie wolno przynosić jedzenia? Odpowiedź jest prosta – w kopalni nie ma toalet, a jakiekolwiek wychodki w miejscu, gdzie i tak jest już duże stężenie gazów nie wchodzą w grę. Głód powstrzymywany jest właśnie dzięki liściom koki.

W sklepie Antonio opowiedział nam też historię Potosi, kopalnii i tego jak życie mieszkańców zostało z nią nierozłącznie związane. Gdy już każdy z nas miał kupiony podarek i byliśmy święcie przekonani, że teraz jedziemy do kopalni, okazało się, że przed nami jeszcze jeden punkt wycieczki, czyli odwiedzenie miejsca, gdzie wypłukuje się srebro. Nie dam rady opisać całego procesu, który obserwowaliśmy, ale srebro, które w moim wyobrażeniu miało wielką wartość, można na miejscu kupić w cenie 100zł za kilogram.

Płukanie srebra

Płukanie srebra

Prawie jak dziara

Prawie jak dziara

Odpadki chemiczne

Potosi

Górnicy

Gdy w końcu zostało nam wytłumaczone co i jak byliśmy gotowi na punkt kulminacyjny wycieczki, czyli wizytę w kopalni. Zdezelowanym busikiem wjechaliśmy niemalże na sam szczyt Cerro Rico, gdzie znajdowało się jedno z setek wejść i wyjść z góry. Zapakowaliśmy prezenty dla górników do worka Antonio i po starych torach ruszyliśmy w kierunku grupy pchającej wózki zawalone gruzem.

Przed wejściem Antonio zamienił dwa słowa z górnikami, którzy nas przeliczyli a następnie po kolejnym wózku wyjeżdżającym z tunelu, który według Antonio ważył dwie tony, weszliśmy do wnętrza kopalni.

Pierwsze co dało się wyczuć, to wszechobecny pył unoszący się w powietrzu i utrudniający oddychanie i będący jednocześnie cichym zabójcą płuc pracujących tu ludzi. Niby nic strasznego przy jednorazowej wizycie, ale większość grupy korzystając z rady Antonio przewiązała sobie twarze pamiątkowymi chustkami, które w prowizoryczny sposób filtrowały powietrze. Drugą rzeczą, która rzuciła się w oczy, to charakterystyczne drewniane filary podtrzymujące stropy i zbutwiałe tory, które momentami znikały w sięgającej po kostki wodzie.

Pierwszym punktem związanym z poznawaniem kopalni był El Tio, czyli małych rozmiarów figurka, ozdobiona konfetti, liśćmi koki oraz zadziornie wystającym jej z ust papierosem. Jak łatwo można było się domyśleć, figurka oraz oddawana jej cześć miała zagwarantować górnikom szczęśliwe powroty na powierzchnię.

Antonio i El Tio

Następnie skierowaliśmy się w głąb kopalni, gdzie trafiliśmy do groty, która była wyłącznie na użytek chłopaka w wieku dwudziestu sześciu lat i jego rodziny. Co ciekawe w kopalniach w Boliwii panują reguły dotyczące ich użytkowania. Góra sama w sobie należy do państwa i muszą wykupywać pozwolenia na jej użytkowanie. Jednak, żeby takie uzyskać, należy najpierw przepracować pięć lat jako szeregowy górnik w jednym ze „stowarzyszeń” górników. Dopiero po tym czasie można zacząć drążyć samodzielnie, lub wkupić się w stowarzyszenie jako górnik o pełnych prawach kopalnianych.

Grota Lusia (bo tak się nazywał) była dwupoziomowa. O ile pierwszy poziom był raczej skromny, to drugi był już olbrzymi. Całość była ze sobą połączona wątpliwej jakości drabiną, którą na naszych oczach chłopak naprawiał stalowym drutem.

Gdy Antonio uznał, że już jest wystarczająco  stabilna, cała wycieczka wspięła się po niej na drugi poziom jaskini. Tam wśród całej masy gruzu, Antonio pokazał nam zarówno żyły srebra jak i złoto głupców, czyli piryt. W międzyczasie Luis przygotowywał odwierty, w które zamierzał wsadzić laski dynamitu.

Początkowo nie spodziewałem się, że będzie chciał wysadzać cokolwiek w obecności turystów, ale okazało się, ze specjalnie mu to nie przeszkadzało. Jak tylko ostatnia osoba zeszła po drabinie z powrotem na parter. Odpalił zapłon i szybko zszedł do nas. Chwila nerwowego oczekiwania i bum! Jak grzmotnęło, to aż podskoczyłem. Powietrze zadrgało, a ze wszystkich stron nagle uderzył nas pył. Chwilę później druga i trzecia eksplozja. Po ostatniej słychać było już tylko hałas odrywających się od skały kamieni, które następnie spadały na parter groty Luisa.

Kolejnym etapem pracy Luisa była segregacja odłamków, ale tutaj już trzeba było dużo więcej czasu, więc w podziękowaniu zostawiliśmy mu kilka pałek dynamitu, dwa litry soku oraz liście koki i ruszyliśmy dalej.

Drugim i ostatnim punktem zwiedzania kopalni było dosłowne doczołganie się po gruzie do kolejnego górnika Gonzo, który pracował w dużo cięższych warunkach aniżeli Luis. Samo dotarcie do niego zajęło nam ponad dwadzieścia minut wspinaczki po drabinach, przeciskania się wąskimi gardłami zasypanymi gruzem, aż w końcu dotarliśmy do małej wnęki pełnej pyłu, gdzie Gonzo, który przypominał bardziej wapienną postać, z pomocą potężnego wiertła drążył 16 otworów, które planował pod koniec dnia wysadzić.

W przerwie pomiędzy odwiertami Antonio zapytał Gonzo:

- Gonzo, ile masz lat?
- 45.
- Od ilu pracujesz w kopalni?
- Od 28.
- Ile średnio żyje górnik w Potosi?
- 54

Znajdź Gonzo

Znajdź Gonzo

 Po chwili obserwowania mocowań z kolejnymi odwiertami, zaczęliśmy drogę powrotną ku wyjściu z kopalni.

Naszą wycieczkę skończyliśmy w miejscu, gdzie ją zaczęliśmy, czyli w siedzibie firmy, w której zostawiliśmy umorusane stroje i zostaliśmy rozwiezieni do hosteli. Wprawdzie, jak to zwykle bywa, grupa umawiała się na jakieś wieczorne piwo, ale nie miałem najmniejszej ochoty przechodzić po raz kolejny przez szablonowe rozmowy, więc wróciłem do hostelu wziąć prysznic i przejść się po mieście.

DSC_6026 DSC_6032 DSC_6033 DSC_6041

Samo Potosi było dużo ładniejsze niż większość miast, które odwiedziłem wcześniej. Niezbyt duże i jak najbardziej do przejścia na piechotę. Zabudowane niskimi jednolitymi budynkami wśród których wyróżniają się budowle kolonialne oraz liczne kościoły. Jest to też miasto, które reklamuje się najwyżej położonym stadionem na świecie oraz innymi „najwyżej” ponieważ położone jest na wysokości 4000m n.p.m.

Gdy słońce powoli zaczynało się chować wróciłem do hostelu, gdzie schowałem się pod kilkoma kocami i zabrałem się za robotę.

Zdjęć z kopalni, podobnie jak w poprzednim wpisie, nie ma za wiele. Głównym tego powodem jest duża ilość filmów, które opublikuję w najbliższym czasie na blogu i zamieszczę również pod tym wpisem :)

Co do zbiórki, to jak pewnie część z Was pewnie wie została przedłużona do końca listopada, więc wciąż jest czas, żeby wspomóc hospicjum :) O ile udało nam się zebrać kwotę niezbędną do zakupu sprzętu dla dzieci będących pacjentami hospicjum, to wciąż zbieramy na Fundusz Dzieci Osieroconych :) Akcję można wesprzeć pod tym linkiem – Autostopem dla hospicjum

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.