2015 · Autostopem przez życie

Na drodze El Diablo

← Wszystkie wpisy

Ostatnie trzy dni w Quito były pełne deszczu. Budzisz się rano – deszcz. Chcesz wyjść z domu – deszcz. Jesteś na mieście – deszcz. Siedzisz w toalecie i słyszysz deszcz. Non stop deszcz. Pora, w której ten stan skupienia wody miał niepodzielnie rządzić miastem zbliżał się do Ekwadoru wielkimi krokami. Wprawdzie myślałem, żeby może przełożyć wyjazd o jeszcze jeden dzień, ale wszystkie prognozy mówiły to samo – deszcz. Nie tylko w Quito, ale w praktycznie całym Ekwadorze. Dlatego, chcąc nie chcąc ruszać się z chłodnego mieszkania Marzeny, we wtorkowy poranek zmobilizowałem swoje cztery litery i ruszyłem „na wylotówkę”.

O tą w Quito było nieco ciężko, bo miasto będąc położone w dolinie pomiędzy górami sięgającymi kilka tysięcy metrów, ciągnęło się kilometrami. Po raz trzeci, w przeciągu kilku dni, dotarłem na drugi koniec miasta korzystając z transportu publicznego, którego zrozumienie graniczy z cudem. Pomijając coś co można nazwać autobusami miejskimi, istnieją dziesiątki mniejszych lub większych przewoźników, którzy pajęczą siecią, ale bez większego składu i ładu, pokrywają swoimi liniami ulice stolicy Ekwadoru.

Dotarcie autostradę prowadzącą na południe zajęło mi blisko dwie godziny, a gdy w końcu tam trafiłem, zaskoczył mnie deszcz. Dopóki tylko kropi, to nie jest to większy problem, bo zarówno kurtka, jak i plecak sobie poradzą, ale do tej mżawki dochodzą dziesiątki samochodów, które mijają Cię z prędkością kilkudziesięciu kilometrów na godzinę, rozbryzgując znajdujące się w wyżłobionych w asfalcie koleinach kałuże, to nie jest już przyjemnie. Pięć minut w takich warunkach i człowiek już wie, że nie łapie stopa na uśmiech, tylko na litość.

W moim przypadku trwało to co najmniej kilkanaście, ale i mój niebieski brystol i ja wyglądaliśmy mniej więcej tak samo. Jak zmokłe kury. Wybawicielką okazała się miła Ekwadorka, która, ku mojemu zdziwieniu, znała całkiem sporo słów po angielsku, więc gdy się zawieszałem ze swoim hiszpańskim, to chętnie mi pomagała.

Pogoda taka piękna

Pogoda taka piękna

W Ekwadorze nie miałem zamiaru spędzać za dużo czasu, bo też pogoda nieco mnie odstraszała. Może być zimno, może być gorąco, wietrznie, słonecznie i Bóg wie co jeszcze, ale jak zaczyna padać, to szlag wszystko trafia. O ile można się cieszyć ciepłym, letnim deszczem przez pięć, dziesięć minut, to po kilkudziesięciu godzinach, gdy Twoje jedyne długie spodnie zaczynają śmierdzieć wilgocią, przestaje być wesoło.

W przypadku swojego drugiego celu podróży w Ekwadorze miałem nieco szczęścia. O ile w Quito lało i prognozy na Bańos były podobne, to im bardziej zbliżałem się do nich zbliżałem, tym było lepiej. Gdy miła Pani wysadziła mnie niecałe siedemdziesiąt kilometrów od Bańos, pogoda nieco się poprawiła, chociaż niebo wciąż było zasnute szarymi, niskimi, chmurami. Na kolejnego stopa też długo nie musiałem czekać, bo zatrzymał się kompletnie zjarany, około 50-letni Niemiec, który wiedział, gdzie ma dojechać, ale niespecjalnie wiedział jak. Po prostu wiedział i w swej wiedzy utwierdzał się z każdym kolejnym blantem, którego spalał w aucie. Po drobnych przebojach związanych z objazdami nakierowałem go na właściwą trasę i równiutko po godzinie byłem u celu podróży.

Bańos słynie tak naprawdę z kilku rzeczy. Pierwszą jest coś co można nazwać szlakiem wodospadów. Urokliwe położenie w dolinie pomiędzy wysokimi górami i w pobliżu wciąż czynnego wulkanu sprawia, że okolica pełna jest spływających z gór potoków, które z hukiem kończą swój żywot w rzece. Drugą rzeczą są, dość popularne w Ameryce Południowej, gorące źródła, których zbawienny wpływ na cerę, zdrowie i życie jest podkreślany w przypadku każdych z osobna. Trzecia sprawa, to stosunkowo tanie atrakcje takie jak zjazdy na linie, canooing, czy też kajaki górskie. A na sam koniec, wisienką na torcie jest tak zwana „huśtawka na końcu świata”, czyli nic innego jak zwykła huśtawka, ale gdy zrobi się zdjęcie z odpowiedniej perspektywy, to rzeczywiście wygląda spektakularnie.

W jednym z dziesiątek, jeśli nie setek, hosteli w tym małym „gringo town”, zameldowałem się po południu. Plan na wieczór nie był specjalnie ambitny, bo postanowiłem się jedynie przejść po okolicy, coś zjeść, a wieczór spędzić z piwem w dłoni i laptopem na kolanach. Zwyczajnie pisząc kolejny post na bloga, bo chcąc lub nie, to w przeciwieństwie do ostatniej podróży, ich przygotowanie zajmuje mi o wiele więcej czasu. Swoją drogą jest też o niebo inaczej. Ostatnio przygotowywałem posty dosłownie na kolanie podczas kolejnej długiej jazdy autostopem. Nie były ani poprawne składniowo, ani gramatycznie i też dość często ograniczały się do opisywania kolejnych podwózek i dróg, które nie były też specjalnie ciekawe. Każdy wpis długi na nie więcej niż dwie strony A4 i koniec. A teraz jak już siądę, to płodzę po kilka stron i opisywania podwózek w nim tyle co nic, bo zwyczajnie dość często nie jest to ciekawe. No i druga sprawa. Jak pewnie też cześć z Was wie, ta podróż również będzie przedstawiona w postaci książki, która ma się ukazać w listopadzie. Jednak będzie o tyle inna w stosunku do poprzedniej, że rok temu wszystkie przygody, które można było znaleźć na blogu zostały opisane również w książce. Tym razem już od początku wiem, że powstanie książka, więc staram się zostawić też sporo ciekawostek na lekturę, żeby uniknąć zarzutów „przedrukował bloga”. Tak czy inaczej, przygotowanie postów zajmuje mi o niebo więcej czasu niż rok temu, wiec też piszę rzadziej, bo wolny czas dość często jest luksusem, na który mnie nie stać.

Kolejny dzień swoim zwyczajem zacząłem wcześnie rano. W cenę pięciu dolarów za nocleg miałem wliczone również śniadanie, więc już równo o siódmej trzydzieści stałem pod stołówką, wprawiają w niemałe zakłopotanie gospodynię, która gorączkowo przygotowywała posiłek.

Plan miałem prosty zobaczyć wszystko co się da w ciągu jednego dnia. Wprawdzie większość turystów korzysta z małych busików, które robią objazdówkę po okolicznych wodospadach, to jednak, mimo sporych dystansów, zdecydowałem się na wypożyczenie roweru reklamowanego jako górski, ale z górami to miał wspólnego tyle co nazwę wypożyczalni. Od najsłynniejszego i jednocześnie największego wodospadu Bańos dzieliło około 25 kilometrów w jedną stronę. Nie specjalnie dużo, ale postanowiłem pokonać ten dystans rowerem, bo zapowiadała się ładna pogoda.

Łysy z rowerem

Łysy z rowerem

Droga do słynnego „El Diablo” minęła dużo szybciej niż się spodziewałem, bo po niecałej godzinie byłem już na miejscu. Ładna asfaltowa trasa z widokami, niewiele aut i delikatna pochyła. Jechało się tak przyjemnie, że nieopatrznie ominąłem zjazd do wodospadu i musiałem się wracać. Minięcie go było o tyle proste, że o tej porze nie było tam jeszcze nikogo, więc poza kilkoma domami, skromnym mostem i maleńkim parkingiem, nic nie wskazywało na umiejscowienie tutaj jednej z większych atrakcji Ekwadoru.

Witamy

Witamy

Sprawnie przypiąłem swojego „górala” zardzewiałym łańcuchem do pobliskiego płotu i zacząłem schodzić kamiennymi schodami w kierunku rzeki. Początkowo, mimo znaku z napisem „El Diablo”, nie byłem pewien, czy idę w dobrym kierunku. Dopiero, gdy z oddali usłyszałem donośny szum wody zacząłem schodzić w dół szybciej i pewniej. Tuż przed wejściem znajdowała się mała restauracja oraz kasa, gdzie należało kupić bilety, a dalej już tylko kamienne schodki ku wodospadowi. Im bliżej potężnych mas wody spadających z wysokości ? tym głośniej, wilgotniej i piękniej. W pierwszym miejscu, gdzie można było podziwiać wodospad, na małym balkonie, zatrzymałem się na chwilę nie mogąc ogarnąć wzrokiem tego olbrzymiego cudu natury. Głośny tak, że nie można było usłyszeć własnych myśli. Wysoki na kilkadziesiąt metrów nie tylko sprawiał wrażenie potężnego, ale nijako niezniszczalnego. Im bliżej niego się podchodziło tym więcej unosiło się w powietrzu małych drobinek wody, które momentalnie osadzały się każdym możliwym miejscu. Do tego wrażenie, że się nimi oddychało. Po kilku minutach spędzonych na górnej i dolnej platformie zauważyłem, że w zboczu skały, z której spływa wodospad znajduje się coś na kształt maleńkiego tunelu, czy też groty. Nie zastanawiając się wiele i nie zwracając uwagi na zdziwione spojrzenia pierwszych pojawiających się na górnym tarasie turystów, zacząłem na kolanach pokonywać kolejne metry zbliżając się coraz to bardziej do ściany wody. Prawdę mówiąc, ten mały tunel był chyba największą atrakcją wodospadu, bo pozwalał zbliżyć się do niego na tyle blisko, że można było go niemalże dotknąć ręką.

El diablo

El diablo

Łysy i wodospad

Łysy i wodospad

W drodze powrotnej zauważyłem jeszcze, że z drugiej strony wodospadu znajduje się coś na kształt mostu linowego, z którego również może być nieziemski widok, dlatego sprawnie wspiąłem się z powrotem na parking, gdzie zostawiłem rower i zabrałem się za poszukiwania drugiego wejścia.

Po kilku próbach i spotkaniach trzeciego stopnia z agresywnymi psami znalazłem i most linowy, z którego widok był równie piękny. Aż sam byłem szoku, że jedna rzecz widziana z dwóch różnych perspektyw może aż tak zaskakiwać.

Domek na drzewie

Domek na drzewie

Kolejeczka

Kolejeczka

9469108610_8f617be370_b

Gdy się doczekałem

Gdy się doczekałem

Całość skończyłem tuż przed południem, czyli mniej więcej w momencie kiedy zaczyna się pojawiać większość turystów. Była piękna pogoda, więc nie zważając na coraz to bardziej palące słońce, zacząłem powrót w kierunku Bańos.

Kolejnym punktem, który chciałem odwiedzić byłą słynna huśtawka, ale wizyta na miejscu mnie nieco rozczarowała, bo o ile na zdjęciach wygląda to naprawdę fajnie, to w rzeczywistości jest nieco podobnie jak w przypadku zdjęcia na słynnym klifie w Norwegii. Niby przepaś, niby widoki i niby kompletna pustka, ale w rzeczywistości do podobnego zdjęcia ustawia się kilkanaście osób czekających w kolejce poza kadrem.

Wieczorem jeszcze tylko wizyta w pobliskich gorących źródłach (czyt. basenami z ciemną wodą, która pachniała siarką), które okazały się być pełne pijanych obcokrajowców, niespecjalnie wiedzących jak się zachować lokalnych turystów i mieszkańców Bańos, którzy nie przejmowali się niczym i siedzieli we własnym gronie.

Gdy kładłem się wieczorem do łóżka byłem już pewny, że co miałem zobaczyć, to zobaczyłem i czas ruszać dalej. W kierunku Peru.

Wiem, że mam solidne zaległości, ale przez ostatnie dwa tygodnie byłem niemalże non stop w drodze (nie mówiąc o idiotycznym pomyśle przejścia Salar de Uyuni na piechotę), więc czasu na pisanie miałem niewiele. W najbliższym czasie już jednak będę miał dużo częściej dostęp do internetu, więc wezmę się za nadrabianie.

Kolejna sprawa, to oczywiście zbiórka dla podopiecznych Hospicjum ks. Dutkiewicza w Gdańsku. Im mniej wpisów tworzę tym rzadziej ktoś odwiedza stronę zbiórki, więc jeśli dość dawno się tam nie pojawiliście, to zachęcam. Wprawdzie mamy już niemalże 60 tysięcy złotych, ale z każdym dniem coraz to bardziej powątpiewam w końcowy cel i dochodzę do wniosku, że chyba jednak przeliczyłem się z tymi 100 000 zł :) Ale tak czy inaczej nie ma tragedii :)
Dlatego jeśli ktoś jeszcze chce wesprzeć zbiórkę to może to zrobić pod tym adresem Autostopem dla Hospicjum

Komentarze (5)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.