2012 · Autostopem przez życie

Najgorszy dzień w historii autostopowania

← Wszystkie wpisy

Dzień 48

Wczoraj dojechaliśmy do obrzeży Tehranu, gdzie mój kierowca miał mieć rozładunek. Niestety dojechaliśmy tam dopiero o 23, wiec wszystko było pozamykane. Po upewnieniu się, że jutro po rozładunku będzie się kierował w stronę centrum postanowiłem zostać z nim na noc, ponieważ europejczyk spacerujący nocą po południowym Tehranie wzbudzałby co najmniej sensację i niezdrowe zainteresowanie spacerujących czy też leżących w kątach uzależnionych od opium.

Kierowca zatrzymał się miedzy wielkimi hangarami i bramami wjazdowymi na tereny różnego typu przedsiębiorstw. Na początku myślałem, że będziemy spać w kabinie, ale okazało się, że plan jest inny. Irańczyk wyciągnął dywan, dwa koce i poduszki i przygotował posłanie na ziemi pod murem. W pierwszym momencie byłem nieco zdziwiony, ale w sumie w Iranie, spanie na ulicach jest całkiem normalne, wiec postanowiłem zaryzykować kładąc się w pełnym ubraniu i z gazem na wierzchu. Przykryłem się i spać.

I o 1 w nocy rozpoczął się najgorszy dzień mojego autostopowego życia.

W pewnym momencie coś mnie obudziło. Otwieram oczy i czuje, że facet mnie obejmuje. Wstaje jak oparzony odwracam się i widzę, że facet leży rozebrany do rosołu dłonią przykrywając swoje berło. Wyrwała mi się wiązanka przekleństw w ojczystym języku i widzę jak typ wstaje. Myślę sobie "Co za pederasta!Trzeba wyrwać chwasta!" dlatego obaliłem typa na ziemie i zgarnąłem kluczyki do maszyny.

Otwieram drzwi do kabiny, wchodzę i biorę plecak. W tym momencie usłyszałem za sobą dzwięk osoby wchodzącej po schodkach do kabiny. Odwracam się, a tam moj kierowca wciąż nagi, wspina się wściekły do kabiny z typowym nożem kuchennym. Szybko ustawiłem się tak, ze między nim a mną znalazł się mój plecak i po prostu wypchnąłem go z kabiny razem z plecakiem, którego ciężar sprawił, że mój przeciwnik potknął się i wypadł z kabiny. Zyskałem dokładnie dwie sekundy w ciągu, których sięgnąłem po gaz. Gdy tylko zobaczyłem, że Irańczyk ponownie zaczął wskakiwać do kabiny, wyciągnąłem rękę z gazem i z odległości dosłownie 50 centymetrów strzeliłem mu gazem po oczach. I Wtedy wydarł się tak przerażająco, że aż mnie ciarki przeszły. Ponownie go wypchnąłem używając tym razem nogi, zatrzasnąłem drzwi i wyskoczyłem z drugiej strony. Obiegłem przód ciężarówki, żeby wziąć plecak i uciekać, ale mój przeciwnik mimo, że darł się w wniebogłosy i pocierał oczy, to wciąż trzymał w ręku nóż. Gdy tylko usłyszał, że zabieram plecak zamachnął się nim na ślepo i mało co nie trafił. Nóż dosłownie o centymetry minął rękę, którą sięgałem po plecak. Cofnąłem się szybko i znowu użyłem gazu. Tym razem z większej odległości i opróżniłem puszkę do samego końca. Wtedy mój przeciwnik wypuścił nóż i desperacko krzycząc wycierał oczy i zaczął zbliżać się do drzwi do kabiny. Korzystając z okazji szybko zarzuciłem na siebie plecak, kopnąłem nóż z całej siły pod naczepę, kabine zamknąłem pilotem i kluczyki wyrzuciłem za pobliską bramę. I wtedy zacząłem biec jak najszybciej potrafiłem, bo kwestią czasu było, jak krzyki mojego byłego kierowcy wzbudzą zainteresowanie.

Biegłem z duszą na ramieniu dobre 10 minut. Nie miałem pojęcia gdzie biegnę, ani w jakim kierunku. Jedyne co miałem w tym momencie w głowie, to uciec jak najdalej od ciężarówki i ukryć się gdzieś do świtu. Było to o tyle proste, że kryjówek nie brakowało i jedyne ryzyko, to trafić na taką co jeszcze nie będzie zajęta przez lokalnego ćpuna lub bezdomnego.

W końcu znalazłem ciemny zaułek otoczony krzakami i kartonami, gdzie usiadłem na plecaku i z otwartym scyzorykiem czekałem świtu.

Teraz wszystko brzmi nieco śmiesznie, ale powiem Wam, że jeszcze nigdy w życiu nie byłem tak przestraszony. Facet miał nóż, którego gdyby wcześniej użył, to pewnie nie miałbym szans. Gdy dobiegłem do mojej kryjówki nogi miałem jak z galarety, a adrenalina bez problemu utrzymała mnie aż do rana. No ale to nie koniec tego paskudnego dnia, a jedynie jego początek.

Gdy tylko na ulicach pojawili się ludzie wyszedłem z ukrycia i dotarłem do głównej ulicy. Tam wziąłem taksówkę i po krótkiej rozmowie okazało się, że do centrum jest ponad 40km, wiec postanowiłem podjechać tylko do jakiegoś większego skrzyżowania i tam łapać stopa.

I się w sumie szło całkiem łatwo mimo, że były to tak naprawdę obrzeża wielkiego miasta.

Już po nieco ponad godzinie Tehran miałem za sobą i byłem na trasie do Armenii, która miała być kolejnym przystankiem mojej podróży.

Gdy dojechałem do Karaj, to postanowiłem sobie zrobić przerwę na śniadanie. Kupiłem wodę, chleb i pomidory i położyłem się w cieniu, żeby odpocząć.

W pewnym momencie dosiadł się do mnie młody Irańczyk, który był strasznie ciekawy tego co robię w jego mieście. Oczywiście nie mówił po angielsku, więc nasza rozmowa ograniczała się do rysowania i pokazywania tego co robię. Na pewnym etapie tego całego tłumaczenia postanowiłem ubrać plecak i pokazać mu jak łapię stopa. Schylam się po plecak i podnoszę się zarzucając go na plecy i wtedy bum! Jak żem łbem przydzwonił, to mi sie ciemno przed oczyma zrobiło. Ale stoje. Upewniam się, ze generalnie nie boli, aż tak mocno i patrze w co uderzyłem. Moim kolejnym przeciwnikiem tego dnia okazał się znak "ustąp pierwszeństwa". Zły na swoje niechlujstwo i ślepotę poczułem coś na nosie. Zrobiłem zeza zbieżnego i zobaczyłem, że na nosie mam krew. Po chwili to samo uczucie na skroniach. Zez rozbieżny i okazało się, że krew cieknie mi po skroniach. Dotykam lekko ręką włosów i okazuje się, ze są całe we krwi.

W pierwszym momencie panika, bo krwi naprawdę dużo, a fakt, że leciała mi z głowy nie napawał optymizmem. Na szczęście już kiedyś miałem rozwaloną głowę i wiedziałem, że generalnie w tego typu ranach, jest po prostu dużo krwi i jeżeli uderzenie było mocne, to grozi wstrząs mózgu.

Szybko uklęknąłem przed plecakiem i wziąłem się za wyciąganie apteczki. Chciałem, żeby obecny przy mnie Irańczyk mi pomógł ale generalnie był blady na twarzy i z tego co tłumaczył bał się krwi. Kląłem pod nosem. Dałem mu aparat, żeby zrobił zdjęcie i mi pokazał jak źle to wygląda.

Po spojrzeniu na zdjęcie nie wyglądało to dobrze ale szybko stłukłem lusterko i użyłem dwóch zwierciadeł, żeby rozgarnąć włosy z rany. Następnie obficie spłukałem rane wodą utlenioną,nakleiłem prowizoryczne szwy i próbowałem zatamować krwawienie. Po 5 minutach ciągle krwawiło, więc się zapytałem czy może zadzwonić po karetkę, ale okazało się, że nie funkcjonują tu takowe i w takich wypadkach jeździ się taxi. Przekląłem i zadzwoniłem do taty, który jest chirurgiem. Na szczęście po kolejnych 5 min krwawienie ustało. Umyłem twarz i lekko spłukałem włosy, ale bałem się dotykac cokolwiek w okolicach rany, żeby znowu jej nie otworzyć dlatego cały czubek głowy miałem czerwony od krwi.

Tak czy inaczej gdy opanowałem już sytuację postanowiłem sobie zrobić zdjęcie z jeszcze lekko ufajdaną twarzą. Biorę aparat od chłopaka i stanęło mi serce. Irańczyk, prawdopodobnie przypadkiem, skasował mi wszystkie, WSZYSTKIE zdjęcia z wyprawy. No myślałem, że się rozpłaczę. Ubrałem plecak i uważając, żeby go nie zwyzywać poszedłem na trasę.

Totalnie załamany stwierdziłem, że wykorzystałem już swój limit szczęścia na tą wyprawę i postanowiłem kierować się w kierunku domu zanim stanie się coś jeszcze gorszego. I miałem rację.

Dzień 49

Podróż za mną na granice prawdopodobnie nie należała do najprzyjemniejszych ponieważ nie dość, że byłem zmęczony, to jeszcze okrutnie wściekły i zły na wydarzenia ostatnich kilkunastu godzin.

400km przed granicą zabrał mnie kolejny kierowca TIRa, który okazał się znać sześć języków: angielski, niemiecki, hiszpański, rosyjski, francuski i arabski. Najbardziej fascynujący w tym jest fakt, że nauczył się tych języków samodzielnie korzystając jedynie z filmów i kaset dostepnych w internecie. Średnio nauka jednego języka zajmuje mu 8 miesięcy, a miał dopiero 31 lat.

Postanowiłem zapytać go jakie ma marzenia i to właśnie to co powiedział zaważyło na wydarzeniach, które miały miejsce na granicy. Okazało się, że mój poliglota ma delikatnie mówiąc negatywny stosunek do rządu i panującego systemu politycznego, który uniemożliwia mu zrealizowanie marzenia, którym jest zwiedzenie krajów, których języki już zna.

Wysadził mnie 100km przed granicą, na którą dotarłem już po kolejnej godzinie.

Na teren granicy dotarłem o 2 w nocy i wtedy zaczęły się problemy. Okazało się, że moje krwistoczerwone włosy wzbudziły zainteresowanie celnika, który postanowił wziąć mnie na szczegółową kontrolę.

Byłem o tyle spokojny, że przechodziłem przez to samo gdy wjeżdżałem do Iranu, ale tym razem było gorzej. Okazało się, że wypakowali cały mój plecak, calutki. Każdą rzecz położyli osobno na wielkim stole. Oprócz tego pojawiły się pytania co mi się stało w głowę itp. I wtedy stało się najgorsze. Jeden z celników (jak na ironię płynnie mówiących po angielsku) włączył kamerę, na której ostatnią nagraną rzeczą był wywiad z moim kierowcą. Gdy tylko go odsłuchali zaczęła się nerwowa rozmowa. Kto to był? Skąd? Gdzie go spotkałeś? Jak się nazywał itp? Skłamałem w odpowiedzi na każde pytanie, bo wiedziałem, że jedyne co mam związane z nim, to kilka ujęć z wywiadem. I wtedy oznajmili mi, że muszą mi skonfiskować kartę. Mało tego zaczęli mnie wypytywać o różnego typu zgody potrzebne na działalność dziennikarską. Oczywiście waliłem głupa, że nie jestem żadnym dziennikarzem, a te wywiady są robione na potrzeby moich studiów.

Chciałem się skontaktować z ambasadą, bo w pewnym momencie zaczęli mi mówić, że za brak takiej zgody można wylądować w więzieniu. Oczywiście w miejscu gdzie mnie przetrzymywali nie było zasięgu. Gdy powiedziałem, że żądam się z ambasadą celnicy stali się jeszcze bardziej szorstcy i po prostu zostawili mnie w pokoju i wracali mniej więcej do 15-20 min, żeby dalej pytać o wywiad z moim kierowcą.

Koniec końców "skonfiskowali" mi całą kartę pamięci, na której miałem wszystkie wywiady przeprowadzone w ramach projektu "Miłość,szczęście i marzenia" i prezent dla mamy i brata w postaci ręcznie robionych przedmiotów. Po 10 godzinach kończąc zmianę wcisnęli mi pieczątkę do paszportu i wyrzucili na stronę turecką.

Przez dobrą godzinę siedziałem na ziemi i wciąż nie mogłem uwierzyć jak tyle złych rzeczy może się przydarzyć jednej osobie w ciągu jednego dnia. Byłem zmęczony po dwóch nieprzespanych nocach pod rząd.

Oczywiście gdy się w końcu dodzwoniłem do domu, to okazało się, że większość zdjęć da radę odzyskać, dlatego to był jedyny promyk nadziei w tym beznadziejnym dniu.

W tym momencie do głowy przyszła mi złota myśl, którą kiedyś gdzieś usłyszałem - „Podróż to czas, gdy głupota zbiera żniwa”. Całkiem sporo w tym prawdy.

P.S

95% zdjęć udało mi się odzyskać:)

Komentarze (6)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.