Dzień 46
Wstaliśmy dość wcześnie, bo pani domu zaczęła się już krzątać o 7.00, a jej mąż już był w pracy. Jak tylko wstaliśmy, zaczęliśmy czuć presję. Zamiast najmniejszego choćby śniadania dostaliśmy tylko herbatę(człowiek robi się dość wymagający po spotkaniu tylu wspaniałych ludzi).Po wypiciu herbaty byliśmy dosłownie popędzani i co śmieszniejsze okazało się, że kobieta chce od nas pieniędzy za nocleg, mimo że dzień wcześniej podkreślaliśmy, że takowych nie mamy i sypiamy w namiotach.
Po dość oschłym pożegnaniu o pustych żołądkach ruszyliśmy na wylotówkę. Jednak Iran ma to do siebie, że koniec końców jeśli jesteś podróżnikiem, to śniadanie samo do Ciebie przyjdzie.
Gdy tylko stanęliśmy na trasie, podszedł do nas kierowca ciężarówki, który zaprosił nas na wspólny posiłek z kolegami. Okazało się, że niestety panowie jadą w przeciwnym kierunku, ale nie przeszkodziło to im w przygotowaniu nam smacznej jajecznicy oraz podarowaniu melona na drogę.

Najedzeni zaczęliśmy łapać i już w sumie po 10 min mieliśmy podwózkę w naszym kierunku. Naszym kierowcą okazał się starszy kierowca TIRa, który nie dość, że poczęstował nas plackami ziemniaczanymi(które de facto Weronika uwielbia) ale również pozwolił posłuchać naszej muzyki, co było miłą odmianą po kilkunastu dniach słuchania non-stop irańskich hitów.
Nie mniej jednak znowu doszło do małego nieporozumienia, ponieważ kierowca oczekiwał pieniędzy. Od tej pory już za każdym razem pokazywaliśmy karteczkę, na której mieliśmy zapisane, że zwiedzamy ich wspaniały kraj "bez pieniędzy" i podobne problemy już się nie powtarzały.

Po drobnych kłopotach spowodowanych niedokładnością mapy, którą posiadaliśmy(skrzyżowanie zaznaczone na mapie w centrum miasta okazało się być położone 10km za nim) wysiedliśmy na trasie prowadzącej teoretycznie bezpośrednio do kolejnego naszego punktu podróży.
Pustynia i wielbłądzi znakJednak łapanie stopa na pustyni ma to do siebie, że mało kto tamtędy jeździ i tym samym dopiero po 30 min zatrzymaliśmy auto jadące do Khur. Znowu TIR.
Dziewczyny dość szybko ucięły sobie drzemkę, a ja podziwiałem pustynię (czyt. piasek, kamienie i góry), która ciągnęła się nieprzerwanie przez setki kilometrów.Po jakimś czasie okazało się, że nasz kierowca lekko zboczył z trasy, ale w sumie niespecjalnie nam to komplikowało sprawę.
PustyniaPo mniej więcej dwóch godzinach jazdy zrobił przerwę na posiłek, podczas którego miała miejsce dość śmieszna sytuacja. Otóż nasze auto miało wypaśny monitor do odtwarzania filmów, w razie gdyby ekscytacja pustynią się w końcu znudziła. I o ile w trakcie podróży leciały z niego jakieś teledyski do irańskich hitów, tak w przerwie na posiłek zmieniła się płyta. Nowym hitem okazał się bardzo stary film dla dorosłych. Najśmieszniejsze jest to, że o ile ja siedziałem na fotelu pasażera i niewiele widziałem, to dziewczyny siedziały naprzeciwko i widziały wszystko. Chcąc uniknąć krępującej sytuacji, dziewczyny po prostu starały się udawać, że nie zauważają filmu, ale było im niezmiernie trudno zachować powagę. W końcu kierowca zorientował się, że wskoczyła mu prywatna płyta i szybko wyłączył film.
Po trzech godzinach jazdy wysadził nas tam gdzie się umówiliśmy. Byliśmy najedzeni, wypoczęci i staliśmy na dość uczęszczanej (jak na warunki pustynne) trasie.

Po 10 minutach mieliśmy kolejny transport z dość dziwnym facetem w starym mercedesie, który non stop gapił się na dziewczyny z głupio otwartymi ustami.
Stary mercedesW trakcie jazdy przejeżdżaliśmy kontrolę policyjną, która oczywiście, widząc na siedzeniu cztery osoby, zgarnęła nas do kontroli. Mało tego. Oprócz kontroli jednemu służbiście zachciało się przetrzepać plecaki dziewczyn. Ja osobiście widząc jak wyciąga z plecaków dziewczyn lakier do paznokci czy też chusteczki higieniczne z takim namaszczeniem jakby spodziewał się tam znaleźć broń, nie mogłem się powstrzymać od śmiechu. Całości dopełnił młody chłopak stojący obok służbisty, który z rozbawieniem mrugnął do mnie okiem.
Okazało się, że policjanci nie mogli pojąć, po co trójka europejczyków z Lachistanu jedzie autostopem na pustynię. Nie próbowaliśmy nawet tłumaczyć.
PosterunekPóźniej okazało się, że znowu nas zawiodła niedokładna mapa i znowu przegapiliśmy zjazd do Mesh, który jest ostatnią wiochą przed pustynią, ale na szczęście zgarnął nas facet, który nie dość, że dowiózł nas na skrzyżowanie, które minęliśmy, to jeszcze zawiózł nas do Mesh, które było oddalone od drogi o 45km. Tym samym o 16.30 dotarliśmy do ostatniej wiochy przed marszem na pustynię.
Tam uzupełniliśmy zapasy wody i wzięliśmy kąpiel, korzystając z węży zamontowanych przy dziurach toaletowych, a następnie po upewnieniu się, że w sklepie nie ma totalnie nic, ruszyliśmy na pustynię.
Nasz marsz trwał niecałe 20 min, bo maszerowanie po rozgrzanym i zapadającym się pod naszym ciężarem piasku, nie należało do najłatwiejszych. Znaleźliśmy miejsce otoczone przez wydmy, rozbiliśmy namioty,zebraliśmy drewno na ognisko, a następnie każdy z nas poszedł w swoim kierunku, żeby odpocząć od pozostałych i delektować się wszechobecną ciszą.
Weronika i chilloutOgólnie na pustyni spędziliśmy noc PRAWIE idealną. Prawie, bo wszystko prawie było idealnie. Mieliśmy prawie prawdziwe ognisko, tylko że zamiast kiełbaski i ziemniaczków, mieliśmy melona od TIRowców z rana. Na niebie była prawie pełnia(brakowało dwóch dni), a pustynia była prawie prawdziwa, bo było na niej za dużo krzewów.
ObozowiskoTak czy inaczej, gdy już słońce znikło z horyzontu, spotkaliśmy się wszyscy przy ognisku, gdzie dyskutowaliśmy o naszych definicjach szczęścia i miłości oraz o życiu generalnie.
Rozmowy przy ogniskuDzień 47
Z namiotów wyciągnęło nas słońce. Jak to zwykle bywa, po prostu było za gorąco, żeby spać dłużej. Spakowaliśmy plecaki i postanowiliśmy jeszcze podejść kawałek dalej, żeby zobaczyć absolutną pustkę. Dotarliśmy po 15 minutach i zrobiliśmy kilka zdjęć. Niestety, robiło się już zbyt gorąco, a piasek zaczynał palić stopy, więc postanowiliśmy znikać jak najszybciej.
Pustynia i góry w tleI znowu po 20 minutach marszu trafiliśmy do wioski, gdzie znowu wzięliśmy prysznic i upewniliśmy się, że w sklepie ciągle nic nie ma. Następnie mieliśmy chyba jedyną sytuację podczas całego naszego wspólnego podróżowania, w której doszło do małego sporu.
Wioska była naprawdę zapadłą dziurą, gdzie były chyba jedynie dwa czy trzy auta i autobus, który jechał do głównej trasy. Oczywiście kierowca widząc turystów nie zawahał się ich naciąć. Normalnie bilet autobusowy na 40km kosztuje maksymalnie około 50 groszy, ale nasz kosztowało to 3 złote.
busikO ile ja byłem gotowy zapłacić te 3 złote bez namysłu, to dziewczyny się targowały - bezskutecznie i zdecydowały się na łapanie stopa(co w tym miejscu naprawdę graniczyło z cudem). Oczywiście koniec końców wzięliśmy busa, który zatrzymał się koło nas, gdy szliśmy na trasę.No ale dziewczynom chodziło o zasady, czyli niesprawiedliwość naciągania turystów.
Na wylotówce dość szybko zabrał nas kierowca ciężarówki, który nie dość, że zafundował nam śniadanie(pamiętajcie - w Iranie śniadanie przyjdzie do Was same), to jeszcze chciał nas zaprosić do siebie do domu w Esfahanie, ale nie było to nam po drodze. Dziewczyny miały plan jechać w przeciwnym kierunku, a ja na północ do Armenii.

Kierowca wyrzucił nas w Nain, gdzie wiedząc, że się dzisiaj rozstaniemy, dziewczyny postanowiły znaleźć kawiarenkę internetową, w której będą mogły przerzucić wszystkie zdjęcia i filmy, które miałem na swoim aparacie i kamerze z ich udziałem. Kawiarenka internetowa okazała się być zamknięta, ale lokalny kierowca, który nam pomagał wyrzucił nas w centrum. Dziewczyny dość szybko sobie poradziły z przerzucaniem zdjęć w pobliskim biurze, a ja siedziałem na zewnątrz przygotowując tabliczkę "Tehran.No money".
W pewnym momencie przed moim nosem zatrzymał się motor, a jego kierowca zaczął mówić po angielsku. Okazało się, że był nim właściciel kawiarenki internetowej i jednocześnie przewodnik opisany w przewodniku "Lonley Planet". Nie dość, że pozwolił nam na szybkości skorzystać z internetu(dosłownie 15 min, po czym nas wygonił), to zrobił nam krótką wycieczkę po Nain, uwzględniającą zwiedzanie podziemnych warsztatów, w których ręcznie przygotowuje się perskie dywany(albo wycieraczki).
Pracownia w podziemiachPo wszystkim wyrzucił nas na wylotówkę, gdzie po 5 minutach zatrzymaliśmy stopa. Niestety okazało się, że ma zawalony bagażnik, więc postanowiliśmy, że w tym miejscu po siedmiu dniach wspólnej podróży pożegnamy się.
W trasieDziewczyny poleciały, a ja łapałem dalej sam. Po 10 minutach zatrzymała się ciężarówka jadąca bezpośrednio do Tehranu. Moim kierowcą okazał się niepozorny ciapciak, który później był sprawcą najniebezpieczniejszej sytuacji, z jaką kiedykolwiek miałem do czynienia i która rozpoczęła mój najgorszy dzień w historii autostopowania.
Niepozorny ciapciakNo ale o tym już w kolejnym wpisie, który opublikuję już jutro;)


There is definately a lot to know about this issue.
I like all of the points you made.
Podziwiam WAS !!!!! Planuję teraz własną wyprawę autostopem dlatego przeglądam waszego bloga ale myślę że nocował będę w hostelach.