2012 · Autostopem przez życie

Odessa i Krym

← Wszystkie wpisy

Dzień 9

Wstałem o 7.00, bo robiło się już zbyt gorąco, żeby wytrzymać w namiocie. Spakowałem toboły, a w międzyczasie obudził się Juri i oznajmił mi, że koniecznie muszę zjeść z nimi śniadanie. Okazało się, że na śniadanie były ziemniaki ze śmietaną i koperkiem. Pyszne, ale straciłem dwie godziny. Dopiero 9.30 w końcu się ogarnąłem, pożegnałem i ruszyłem na trasę.

Ledwo podniosłem tabliczkę z napisem Odessa, a już zatrzymało się auto ze starszym małżeństwem jadącym do centrum. Mili Państwo uprzejmie wypytujące mnie o doświadczenia związane z Ukrainą, a ja równie uprzejmie odpowiadałem, że Ukraina to krasna kraina. Po drodze zatrzymaliśmy się na straganie, których przy drogach jest po prostu multum i nabyliśmy moją nową miłość – dynię.

Do miasta dotarłem o 11 i dziarsko zabrałem się za zwiedzanie, tak aby uniknąć największego skwaru, który między 12 a 14 jest po prostu nie do wytrzymania.

Odessa

Niestety, szybko jednak okazało się, że nie specjalnie jest co zwiedzać. Jedynym punktem wartym uwagi okazały się schodzy znane z filmu „Pancernik Potomin“, po których schodzili oddziały carskie i strzelały do ludzi zgromadzonych u ich podnóża. Według przewodnika ciekawe są również katakumby niedaleko miasta, w których ukrywali się wszyscy począwszy od przemytników do powstańców w czasach wojny, ale niestety były zbyt daleko żebym mógł je zobaczyć.

Schody

Największy skwar przeczekałem w miejscu, gdzie spotykają się wszyscy podróżnicy, spragnieni dostępu do Internetu – MacDonaldzie. Po upewnieniu się, że mam gdzie podładować telefon i nikt na mnie nie patrzy, wyciągnąłem dynię. Trochę dziwnie smakowała w miejscu gdzie pachniało Big Macikiem i frytkami, ale głód i pragnienie zaspokojone kosztem 5zl.

Osiołek

Po sprawdzeniu w telefonie Google Maps miałem niewesołą minę. Przede mną 18km marszu do wylotówki z miasta, a temperatura na zewnątrz bliska 40 stopniom. Teoretycznie mógłbym pokonać ten dystans komunikacją miejską, tylko jak skoro na żadnym przystanku nie ma ani rozkładu, ani lini?

Ruszyłem więc pytając każdego po drodze, czy wie jaka marszrutka jedzie na wylotówkę. Oczywiście nikt nie wiedział.

No i tak idę, idę mijam stacje. Idę, Idę mijam parki, Idę, idę mijam place, Idę, idę, mijam osły. Tak! Ni mniej ni więcej w środku miasta stały dwa osły i spokojnie pasły się na chodniku. Zaprawdę Ukraina to krasna kraina.

W końcu po blisko 4h marszu, w popołudniowym słońcu, dotarłem do wylotówki.

Oprócz paskudnego zmęczenia irytowała mnie jedna rzecz, Marszrutka nr. 130. Numer ten towarzyszył mi od praktycznie połowy trasy, ale oczywiście nikt nie wiedział dokąd ona jedzie. Nosz aż mi się zebrało na siarczyste KURDE.

Nie tak znowu daleko

Podreptałem jeszcze chwilę i zapytałem pierwszy samochód stojący na poboczu, czy jedzie może do Chersonia. Okazało się, że jechał.

Eksplozja radości!

Po czym okazało się, że cche kasy i „taxi,taxi“.

Rów mariański i dwa metry mułu rezygnacji i rozczarowania.

Idę dalej i słyszę klakson. Patrzę i ten sam kierowca macha żebym wracał. Weźmie mnie za darmo!

Eksplozja radości x2!!!

Musiałem wyglądać naprawdę żałośnie, bo Igor powiedział, że zostawi mnie aż na prostej drodze na Kym.

Po 3h jazdy jestem. Dobre miejsce, ale myślę tylko o śnie. Wypakowałem się z auta i poczłapałem w poszukiwaniu noclegu. Jedynym dobrym miejscem okazało się zaorane pole w dość odsłoniętym miejscu, gdzie wiało dość mocno.
Czułem się dosłownie jak kupa. Odciski na całych stopach, pięty zdarte, głowa boląca od słońca i ciało śmierdzące jak stare skarpety wpakowane do mikrofalówki.
To był jeden z tych dni kiedy chce się wszystko rzucić i wrócić do domu.

Dzień 10

Znowu pobudka o świcie, bo za gorąco na sen. Dalej czuję się paskudnie, dlatego stopa zaczynam łapać dosłownie 20m od miejsca gdzie spałem. Postanowienie na dzisiaj – dotrzeć nad morze i odpocząć.

Mam szczęście, bo po 10 min zatrzymuje się auto jadące na Krym. Kierowca non stop rozmawiał przez telefon i palił fajki przy zamkniętym oknie. Miałem już tak dość, że me wszystko po mnie spływało. Pęcherze spuchły i do tego rozcięcie, którego się dorobiłem na kajakach zaczęło się paskudzić od brudu. Bajka. Byle nad morze!

Telefonowy ziomek wysadził mnie na trasie „prostej“ trasie do Tarhankut, gdzie planowałem spędzić najbliższe dni, ale okazało się, że przez godzinę nikt się nie zatrzymał, więc o 13 zdecydowałem się iść na busa. I wtedy jest! Kierunkowskaz i auto zwalnia. Z klimatyzacją!

Okazało się, że jadą do Eupatorii, W ogóle mi to nie po drodze, ale jadę z nimi dla tych kilku pięknych chwil w chłodzie.

W przewodniku wyczytałem, że w Eupatoria są piękne piaszczyste plaże. Możliwe, że tak jest, ale ciężko było zauważyć cokolwiek pomiędzy tysiącami osób leżącymi, stopa w stopę, bark w bark. Królestwo za cichą plażę z piaszczystym dnem.

Kupiłem dokładną mapę Krymu i zobaczyłem, że droga do Tarhankut wcale nie jest taka prosta, jak myślałem. Kilka różnych wariantów, ale wszystkie przez malutkie wioski, więc prawdopodobnie mało będzie osób jadących bezpośrednio na klify. Stwierdziłem, że chrzanić to i znalazłem dworzec, a na nim bus w okolice Tarhanku

Wilgotność w autobusie 99%, temperatura w okolicach 50, a zapach taki jakby każdy od tygodnia się nie mył. Dodatkowo nie wiem czemu, ale całą drogę towarzyszył mi zapach gotowanych kartofli.

Gdy wysiadłem z “autobusu” (bo równie dobrze mógł służyć za komorę gazową) pod skrzydłem miałem Niagarę w wersji mini. Na pocieszenie jeszcze informacja, że do plaży 3km. Co to dla mnie? Kupiłem arbuza na kolację i w drogę.

Mniej więcej po 200m miałem w głowie jedną myśl – “błagam niech mnie ktoś zastrzeli, bo mam dość”. No ale jakoś się dowlokłem.

Jak tylko zobaczyłem morze i kawałek miejsca, gdzie mogę rozbić namiot, miałem wrażenie jakbym bym w filmie. Czemu?

Ano kojarzycie scenki pod koniec filmów kiedy wyczerpany wojaczką mężczyzna wraca po wielu latach do domui i widzi w progu swoją ukochaną? Robi rozmarzoną i niedowierzającą szczęściu minę, plecak powoli zsuwa się mu z ramion i rusza, i przyspiesza, aby w końcu wpaść jej w ramiona. Całość dopełnia piosenka Celine Dione w tle albo motyw muzyczny z “Glagiatora”.

Mniej więcej tak wyglądałem wbiegając jak wariat w cichach do morza, chociaż mój wzrok był pewnie bliższy opętanemu niż rozmarzonemu. 15 min później usiadłem na plaży i wziąłem się za konsumpcję arbuza.

Gdy podniecenie opadło zacząłem się rozglądać dookoła. Typowo ruski dziki camping. Mnóstwo zdezelowanych aut z muzyką na full regulator, grill i wszyscy w samych gaciach. Nagle usłyszałem Polaków. Patrzę i nie wierzę! Ci sami autostopowicze, których spotkałem 3 dni temu pod Kijowem, czyli jakieś 700km stąd! Pomogłem im rozbić namiot i wziąłem się za rozpakowywanie swojego. I wtedy usłyszałem krzyk rozdzierający duszę.

Patrzę, a tam białogłowa na ziemi, a nad nią starszy człowiek dzierżący w dłoni nóż. Szybka ocena sytuacji i sięgam po apteczkę, bo wiem, że bez tego się nie obejdzie, i biegnę na ratunek. Z pewną miną oferuję pomoc przy wyciągnięciu 2cm drzazgi z nogi 6letniej Angeliki. Szarmancki uśmiech na twarzy i pytanie „Kak Ciebie zawut?“, a następnie dwa ruchy sterylną igłą i zarówno drzazga jak i dozgonna wdzięczność białogłowej były moje.

Resztę wieczoru spędziłem rozmawiając z Darkiem i Paulą i naszych autostopowych doświadczeniach i o 22 położyłem się na karimacie podziwiając gwiazdy przy techno remixie piosenki „Ai Se Eu Te Pego“, donoszącej się z remizy odległej o kilka kilometrów.

Dzień 11

Miałbyc dzień lenia i nie wyszło.

O 7.00 znowu skwar nie do wytrzymania, więc wygramoliłem się z namiotu i leżę. Po 20 min leżenie zaczęło być nudne. Ruszyłem się do wsi w poszukiwaniu pożywienia.

W podróży ważna jest zróżnicowana dieta, więc zafundowałem sobie kefirek i czekoladę. Jak szaleć to szaleć.
Po powrocie na camping pożegnałem się z Paulą i Darkiem i z zapałem wziąłem się za leniuchowanie. 20 min na brzuchu, 20 min na plecach i brak koncepcji co dalej. Postanowiłem się ruszyć w poszukiwaniu urwisk, z których słynie Tarhankut.
Darek i Paula

O! i zapomniałem wspomnieć, że nie spakowałem spodenek do pływania, więc po prostu, bez stresowo poszedłem w samych slipkach. Sami swoi, więc czułem się jak w domu.

Po 30 min dotarłem do klifów. Piękne! Pierwsza myśl – “Musisz skoczyć”

Ja na klifie

Przechadzając się zostałem zaczepiony przez młodą parkę prośbą o zrobienie zdjęcia. Mam gest, więc zrobiłem im nawet trzy. Po chwili patrzę, że auto obok nich jest na mołdawskich numerach. Pytam więc „Do you speak english?“ odpowiedź „Yes, we do“. Nie jakieś “so, so” czy “little a bit” tylko “Yes, we do” – zwariowałem

Pogadaliśmy 10 min i zapytałem czy mogę z nimi pojeździć wzdłuż urwisk. Zgodzili się, więc pobiegłem wszystko spakować i po 50 mi miałem plecak w ich aucie.

Oleg i Elena, bo tak się nazywali, byli parką z Mołdawi tuż po ślubie na swoim miodowymi miesiącu. Zwiedziłem z nimi całe wybrzeże i skoczyłem z klifu.

Tarhankut

Kochana rodzinko(bo pewnie Wy się najbardziej przejmiecie)! Czasami staram się zachować pozory odpowiedzialności , więc zanim skoczyłem to podpłynąłem zobaczyć czy jest wystarczająco głęboko i czy nie ma żadnych skał. Nie było, a przede mną też skakali, więc stwierdziłem, że raz się żyje i poleciałem 30m w dół. Żyję, jestem cały nic nie złamałem, a wspomnienia pozostaną.

Po kilku godzinach pływania i zwiedzania wybrzeża Elena i Oleg zaprosili mnie do siebie, gdzie zjedliśmy dynię i arbuza, a następnie przez 2h opowiadali mi o Mołdawi, o swoim ślubie i o życiu generalnie.

U Eleny i Olega nad mapą Krymu

Już wtedy zacząłem czuć, że słońce zrobiło swoje i zaczynają mnie piec ramiona. No cóż, bywa. Trzeba przecierpieć

Wieczorem poszliśmy na plażę, gdzie zaproponowali mi, że jak chcę to mogę z nimi pojutrze pojechać do Jałty. W sumie czemu nie?
Zakochance

Po pożegnaniu się z nimi rozbiłem namiot i zasypiałem w rytmie "Ai Se Eu Te Pego dum dum Ai Se Eu Te Pego". Nowe miejsce noclegowe okazało się w bezpośrednim sąsiedztwie remizy, którą słyszałem wczoraj.

To była długa noc.

Komentarze (4)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.