2015 · Autostopem przez życie

Panama i Darien

← Wszystkie wpisy

Ani ja z Marcinem za daleko nie zajechaliśmy, ani Paulina daleko nie poleciała. Ale zacznijmy po kolei.

Paulina miała lot powrotny do Gdańska przez Nowy Jork i Monachium. W Niemczech miała na przesiadkę cztery godziny. W stanach tylko niespełna dwie. Na normalnym lotnisku pewnie by wystarczyło, ale nie w Stanach. Wcześniej o tym nie wiedziałem, ale okazało się, że aby w ogóle lecieć przez USA trzeba mieć wizę. Jaśnie Obamy nie obchodzi, że lecimy tranzytem i nawet nie wychodzimy z lotniska. Każdy musi mieć wizę, a co za tym idzie, każda wiza jest sprawdzana przez urzędnika imigracyjnego. Właśnie przez to półtorej godziny na przesiadkę, to nieco za mało.

Na lotnisku w San Jose pojawiliśmy się wcześniej, żeby załatwić wszystkie formalności i się na spokojnie pożegnać, ale już od początku nie wszystko szło, tak jak powinno. Zaczęło się od informacji na tablicy odlotów, że samolot z San Jose do Nowego Jorku jest opóźniony o 20 minut. Później było już tylko weselej. Gdy Paulina przeszła bramki, usiadłem z komputerem i sprawdziłem aktualne informacje pogodowe w Nowym Jorku. Jedna strona, druga strona i nagle śmignęła mi przed nosem informacja, że wieczorne loty odwołane. Kolejna strona i BUM! Lot Pauliny do Monachium odwołany. I być może nie byłoby problemu, gdyby nie fakt, że linie lotnicze nie gwarantują noclegów i wyżywienia w razie, gdy przyczyną odwołania lotu jest pogoda. Na szczęście szybkie obdzwonienie rodziny i znajomych poskutkowało i Paulina nie musiała koczować dwudziestu czterech godzin na lotnisku. Ba, mając 24h pospacerowała po zaśnieżonym Manhattanie.

Tymczasem ja z Marcinem spędziliśmy trzy dni w Quepos. Byliśmy już tu wcześniej, ale wróciliśmy nie dlatego, ze bardzo nam się podobało, ale żebym w końcu rozwiązał problem z telefonem. Ale o tym już pisałem, wiec nie ma sensu, żebym się powtarzał. Problem jak był, tak został, a jak w końcu trzeciego dnia odebrałem go nienaprawionego z serwisu, byliśmy gotowi jechać.

Artysta

Artysta

Gdzieś po drodze

Gdzieś po drodze

Z Marcinem, który został w hostelu, podczas gdy ja pojechałem do odległej o dwadzieścia kilometrów Parrity odebrać telefon, umówiłem się, że dam mu znać, jak będę wyjeżdżał. Jak tylko miałem telefon w dłoni, wysłałem mu wiadomość, że już jadę.

Stopa złapałem po mniej niż pięciu minutach łapania. Wprawdzie początkowo chciałem dojechać tylko do Quepos, ale okazało się, że małżeństwo, które mnie wzięło, jedzie prawie aż nad samą granicę z Panamą. Od słowa do słowa namówiłem ich, żeby nie tylko podwieźli mnie do Quepos do Marcina, ale również 250km dalej z Marcinem.

Dodatkowo zaczęła się sprawdzać moja teoria, że „im mniej osób na stopa, tym ciekawiej”. Zaczęliśmy dość nieśmiało, bo małżeństwo zaprosiło nas na obiad. Niby nic, ale prawdopodobieństwo, że na obiad zaprosiliby trzy osoby było mniejsze.  Później, po nieco długim przekraczaniu granicy, złapaliśmy stopa z miłym kierowcą, który nie tylko nas podwiózł, to jeszcze przedstawił obecną sytuację w Panamie. Najciekawsze miało jednak dopiero nadejść.

Pierwszy autostopowy obiad

Pierwszy autostopowy obiad

Stopa łapaliśmy tak

Stopa łapaliśmy tak

Granica

Granica

W końcu opuszczamy Kostarykę

W końcu opuszczamy Kostarykę

Do miasta David dojechaliśmy chwilę przed zachodem słońca, ale postanowiliśmy próbować łapać aż do momentu kiedy się ściemni. Szło kiepsko, bo mimo, że do Panama City prowadziła tylko i wyłącznie jedna droga, to jakoś się nam nie szczęściło. Gdy już kompletnie się ściemniło zdecydowałem, że ostatnią szanse na złapanie czegoś mamy  na stacji benzynowej. Wprawdzie znajdowała się po drugiej stronie drogi i większości zatrzymywały się na niej auta jadące w kierunku Kostaryki, ale postanowiliśmy dać jej szansę.

 Na stacji stał akurat jeden TIR, a przy nim dwóch, wyglądających na kierowców, mężczyzn.

- Idź, czyń swoją magię – zażartował Marcin, a ja nie specjalnie przejmując się swoimi łamanymi podstawami hiszpańskiego zagadałem do kierowców.

- Hola! Nazywam się Pasha jestem Polakiem! Jedziemy do Panama City?

Pytanie, zadane prawdopodobnie niezbyt poprawnie, wywołało zmieszanie na twarzach mężczyzn, ale już po chwili zrozumieli, że szukamy transportu do stolicy Panamy.

Wprawdzie poza okrzykiem „Mariusz Pudzianowski” zrozumieliśmy niewiele, ale z tego co ustaliliśmy, to panowie mieli jakiegoś znajomego z Polski, który prowadził ciężarówki i pracował w Panamie. Nie mieliśmy lokalnej SIM Karty, ale jeden z nich wyciągnął telefon, wybrał numer i podał mi telefon powtarzając „Amigo Polaco!”

Nie do końca docierało do mnie, że w Panamie może być jakiś Polak, więc niespecjalnie wiedziałem co mam robić, ale wziąłem do ręki telefon i czekałem na głos po drugiej stronie.

-Halo?

- Dobry wieczór Panu, właśnie dostałem pana numer od jakiegoś innego Pana, który powiedział, że być może jedzie Pan do Panama City i pytanie brzmi, czy nie chciałby Pan wziąć dwóch autostopowiczów? – zapanowałem mu aż za bardzo.

- Od kogo masz mój numer – zapytał dość niegrzeczny nieznajomy głos po drugiej

- Od Pana, który stoi obok mnie – w tym momencie spojrzałem na niego chcąc mu dać telefon, ale ten zaczął przecząco machać rękoma – ale nie wiedzieć czemu nie chce rozmawiać.

- No dobra, podjadę po Was za chwilę – powiedział i się rozłączył

Po mniej więcej dziesięciu minutach czekania, obok nas zatrzymało się duże auto terenowe z starszym mężczyzną, który wysiadł z auta i się z nami przywitał, a po krótkim przywitaniu wsiedliśmy do auta i ruszyliśmy w blisko trzygodzinna trasę z David do Santiago.

Wprawdzie już nawet nie pamiętam jak się nazywał nasz nowy polski znajomy, ale był osobą nieprzeciętną. Okazało się, że blisko dwadzieścia lat temu wyjechał z Polski do pracy do Panamy. Zaczynał jako hodowca z małą farma, nie znając nawet hiszpańskiego, a obecnie posiadał dużą rodzinną firmę transportową. Mieliśmy szczęście, bo okazało się że akurat wyjeżdżał skontrolować jednego ze swoich kierowców, który mówiąc najogólniej wydawał pieniądze w trasie na rzeczy, które sprawiały, że ostatnio coraz częściej się spóźniał. Nasze pierwsze spostrzeżenia były raczej średnie, bo nasz kierowca miał więcej wspólnego z niemieckim wojskowym (później okazało się, że rzeczywiście służył w polskich wojskach desantowych) strasznie rzeczowy i wymagający wobec swoich podwładnych, ale jednocześnie posiadający szeroką wiedzę dotyczącą Panamy jak i ogólnej sytuacji w kraju i na świecie.

Na początku rozmowy przerobiliśmy całą jego historię, aż w końcu dotarliśmy do historii współczesnej kraju, w którym się właśnie znajdowaliśmy. Gdy usłyszałem historię Manuela Noriegi, to aż mi się wierzyć nie chciało, bo jego życie to scenariusz dobrego filmu. Zwłaszcza okres, gdy przejął władzę i popadł w konflikt ze Stanami Zjednoczonymi.

Zdaję sobie sprawę, że nie każdego interesuje szczegółowa historia, ale pozwolę sobie opisać ją po łebkach niczym właśnie wspomnianą fabułę filmu.

Gdy myślimy o Panamie, to większości z nas przychodzi na myśl Kanał Panamski. Niesamowicie istotny z punktu widzenia handlu światowego miejsce, które de facto wpłynęło na całą historię kraju. Jednak Panama to też gigantyczna korupcja, junta wojskowa, narkotyki i pranie brudnych pieniędzy w dziesiątkach różnych banków, dość często nie specjalnie przejmujących się skąd pochodzą duże sumy pieniędzy wpłacane w gotówce.

Ortega zaczynał, jak typowa marionetka w rękach Stanów Zjednoczonych. Współpracował z CIA przy walkach z komunistycznymi partyzantami, czy partiami w regionie Ameryki Centralnej, a ta w zamian sowicie mu płaciła i pośrednio pomagała awansować w armii. Gdy w 1983 roku dorwał się do władzy, to nie dość, że jak typowy dyktator nie chciał jej oddać, fałszując kolejne wybory i pozbywając się przeciwników, to jeszcze wypiął się na Stany Zjednoczone. 1989 r. dziesięć lat przed oddaniem kanału w ręce Panamy (od czasów wybudowania był kontrolowany przez USA) zaczął się burzyć i grozić jego zajęciem przy użyciu wojska. Urzędujący w tym czasie G. Bush nie pozwolił sobie w kasze dmuchać i nakazał przywrócenie porządku w Panamie oraz obalenie Ortegi, który zdążył już awansować na jednego z największych wrogów Amerykanów. 20 grudnia rozpoczęła się operacja Just Cause. Amerykanie oczywiście rozbili wojsko panamskie w niecałe 48h, ale dorwanie dyktatora zajęło im nieco więcej czasu.

Ortega wiedząc, że jego czas dobiegł końca poprosił o azyl Ambasadę Watykanu, z którym miał niezgorsze układy (W latach 80 Bank Watykański był jedną wielką pralnią pieniędzy). Amerykanie po ustaleniu gdzie się znajduje, nie mogąc go wyciągnąć siłą, wykorzystali istnie filmowy motyw. Generał nadzorujący inwazję rozkazał rozstawić dookoła ambasady dziesiątki głośników i puścić na full regulator heavy metal. Oficjalnie po to, żeby zagłuszyć możliwość podsłuchiwania negocjacji, ale prawda jest taka, że do dzisiaj jest to jedna z metod używana do torturowania więźniów. W końcu 3 stycznia Ortega poddał się szeregowcowi (początkowo żądał równego stopniem tj. generała) i poprosił o osądzenie w USA, bo skupiony wokół ambasady tłum chciał go powiesić na wzór Mussoliniego. Koniec końców został osądzony za przemyt narkotyków i pranie brudnych pieniędzy, a następnie skazany.

Do Santiago dojechaliśmy blisko północy, więc nie było sensu męczyć się z jazdą dalej i po szybkiej kolacji w chińskiej knajpie zostaliśmy na noc w średnio ciekawym hostelu.

Darien, Darien, Darien. Nie ukrywam, że jestem trochę rozczarowany tym, jak wszystko wyszło. Miałem sprzęt, wiedzę, ekwipunek i kondycję, ale koniec końców, z Marcinem ograniczyliśmy się do odwiedzenia Darien, a nie jego przekroczenia. Czemu? Z tego samego powodu, dla którego większość ludzi rezygnuje z jego odwiedzenia – bo niebezpiecznie. Straszyli wszyscy – internauci, podróżnicy, rodzina i każdy kogo spotkaliśmy na drodze. Nie jeździe, bo niebezpiecznie, bo ludzie wyjęci spod prawa, bo przemytnicy, bo dzikie zwierzęta, bo gorąco, bo brak wody i dziesięć tysięcy innych powodów. Co jeden, to wiedział więcej, bo słyszał, że ktoś przeczytał, bo ktoś widział, bo ktoś coś gdzieś kiedyś powiedział. Jak było w rzeczywistości? Normalnie.

Z Panama City ruszyliśmy w kierunku Yavizy, która jest ostatnim miastem na północnej części Panamericany. Szło opornie, bo im bliżej końca drogi byliśmy, tym mniej samochodów nią jechało. Co ciekawe, wcale nie było bardziej niedostępnie, a raczej co raz bardziej sielankowo. Ładne, zadbane domy, małe miasteczka, zielone łąki i gdzie człowiek nie spojrzy, to pola. Wprawdzie jadąc do Yavizy, trzeba przejechać przez trzy punkty kontrolne czegoś na styl służb specjalnych tzw. Senafront, ale poza nimi, nie było żadnych oznak zbliżania się do jednego z większych punktów przerzutowych narkotyków na świecie. Ludzie sympatyczni, policjanci z uśmiechem reagowali na autostopowy karton, a lokalni mieszkańcy zagabywali uprzejmie.

DSC_2938

Azjatycki klasyk

śmiertelnie groźni przemytnicy zaprosili nas na obiad

śmiertelnie groźni przemytnicy zaprosili nas na obiad

Grunt to marketing

Grunt to marketing

"Ja tylko na chwilę"

„Ja tylko na chwilę”

Na lewo punkt przerzutowy kokainy

Na lewo punkt przerzutowy kokainy

Do Yavizy dojechaliśmy po zmroku. Spodziewaliśmy się maleńkiej wsi na końcu świata, a tymczasem powitały nas uliczki pełne ulic, pań krzyczących „Hello bjutyful boj”, barów z głośną muzyką, zapachów pieczonego na ruszcie kurczaka i dzieciaków grających w siatkówkę na betonowym boisku, które kończyło jedną z najbardziej znanych dróg na świecie.

Za każdym rogiem czyhało niebezpieczeństwo

Za każdym rogiem czyhało niebezpieczeństwo

 

Z pomocą jednego z mieszkańców znaleźliśmy hotel, który mało tego, że był w przystępnej cenie, to jeszcze miał klimatyzację. Zostawiliśmy w nim bagaże i poszliśmy się rozejrzeć po mieście, w którym przeważały ceglane budynki i wyłożone betonowymi płytami ulice.

Zjedliśmy obiad, a następnie nie mając specjalnie planów na wieczór pograliśmy w jednym z barów w bilard (poniosłem sromotną porażkę).

Z rana obudziła mnie rozmowa prowadzona po angielsku. Zerwałem się z łóżka, i po narzuceniu na siebie spodni, wszedłem przed hotel, gdzie właśnie do terenowego auta pakowała się grupa amerykanów.

- Hey guys! Did you visit Darien National Park? – zapytałem siwiejącego mężczyznę i jednocześnie czując, jak soczewki kleją mi się do powiek.

- Hey! Tak, właśnie się pakujemy i wracamy spowrotem do Panama City, a Ty? – odpowiedział, chowając do bagażnika coś co wyglądało jak potężny statyw.

- No właśnie z kumplem planujemy się wybrać, ale jak już byliście, to może macie jakieś porady?

- W sumie, to nic wielkiego. Macie zezwolenia? – zapytał zatrzaskując bagażnik

- No właśnie jeszcze nie, ale wiem, że można je wyrobić tutaj na miejscu. – powiedziałem ze świadomością, że dobrze, że odrobiłem pracę domową i wyczytałem wszystko co niezbędne. – generalnie rozważamy przekroczenie Darien w stronę Kolumbii.

Mężczyzna się tylko uśmiechnął pod nosem i powiedział.

- No to albo macie głębokie kieszenie, albo jesteście szaleni – i po chwili na namysłu dodał – ewentualnie jesteście kryminalistami i musicie wiać z Panamy.

Roześmiałem się uprzejmie i postanowiłem pociągnąć go za język.

- Generalnie zezwolenie wykupicie za jakieś grosze (czyt. 10$), ale jeśli chcecie pojechać dalej niż Yaviza, to liczcie się ze sporymi kosztami. Dodatkowo jeśli nie macie specjalnego celu wizyty w parku (byli ornitologami z papierami), to prawdopodobnie narzucą Wam przewodnika, który będzie odpowiedzialny za Wasze wejście i wyjście z parku. Normalnie to kwestia około 60$ od osoby za dzień, a do tego dochodzą jeszcze koszty transportu łodziami, bo jeśli chcecie iść pieszo, to musicie się urwać Senafront, a to już nie jest do końca legalne.

Gdy już musieli jechać, podziękowałem mi za rozmowę i mimo, że słońce jeszcze się nie pojawiło na nieboskłonie.

Początkowo poszliśmy ogarnąć port, w którym życie toczyło się już w najlepsze, a liczne łodzie zrobione z wydrążonych pni drzew kłębiły się przy drewnianym pomoście. Przy nich i na każdej z nich tłoczyli się ludzie, którzy to pomagali załadować lub rozładować tony owoców, czy warzyw.

Już na wejściu pojawił się problem w postaci wojskowego, który powiedział, że bez pozwolnia nie może nas puścić dalej. Nie myśląc wiele, po zjedzeniu śniadania, przeszliśmy się do głównej siedziby Seanfrontu, w którym miano nam wystawić zezwolenie.

surowa juka przed ekspedycją

surowa juka przed ekspedycją

Szałasy indian

Szałasy indian

Przez wioskę prowadziły zarośnięte dziką roślinnością ścieżki pełne niebezpiecznych zwierząt

Przez wioskę prowadziły zarośnięte dziką roślinnością ścieżki pełne niebezpiecznych zwierząt

Po wejściu na teren jednostki zostaliśmy skierowani do biura, gdzie przywitał nas jeden z żołnierzy siedzących za biurkiem. Wytłumaczyliśmy, że chcemy odwiedzić Park Narodowy Darien i potrzebujemy pozwolenia. Na początku nie specjalnie rozumiał o co nam chodzi, ale gdy w końcu załapał, to wytłumaczył, że musimy udać się do nieodległego punktu wydawania takich pozwoleń. Jednak korzystając z okazji, że już się u niego pojawiliśmy poprosił nas o paszporty, z których dane wpisał do opasłego tomiska z listą osób odwiedzających Yavize.

W czasie, gdy sympatyczny żołnierz męczył się z wpisywaniem naszych danych, zacząłem się rozglądać po biurze. Proste wnętrze z tylko niezbędnymi elementami, takimi jak krzesła, stół i wielka mapa Darien zawieszona na ścianie. Jednak moją uwagę przykuła wielka czarna tablica, która znajdowała się na ścianie w głębi pomieszczenia. Podzielona był na wiersze i kolumny, jak w Excelu. Wiersze zajmowały nazwy posterunków wojskowych, a kolumny opisane były nazwami krajów. Somalia, Sudan, Afganistan, Irak, Sierra Leone, Nigeria i wiele innych afrykańskich krajów. Całą tabelę wypełniały natomiast liczby, które wahały się od 1 do nawet 35. Gdy żołnierz skończył, zadaliśmy mu pytanie, na które już w sumie znaliśmy odpowiedź.

- Te liczby to ilość osób, które zatrzymaliście na poszczególnych posterunkach?

Zołnierz odwrócił się za siebie, spojrzał na tablicę i skinięciem głowy potwierdził.

- Sporo imigrantów, którzy do USA chcą się przedostać i zaczynają u nas.

Nigdzie nie znajdowała się całkowita liczba zatrzymanych, ale na oko było to około pięciuset osób, które próbowały się przedrzeć przez Darien i zostały złapane. Co ciekawe w górnej części tablicy była zapisana data: 2015.

Gdy spełniliśmy wszystkie wymogi formalne przeszliśmy się w kierunku miejsca, gdzie miały nam zostać wystawione pozwolenia. Jednak wszystko szlag trafił, bo była niedziela, więc biuro było zamknięte. Wróciliśmy z powrotem do jednostki wojskowej i powiedzieliśmy jaka jest sytuacja. Teoretycznie bez zezwolenia nie mogliśmy się nigdzie ruszyć, ale zostaliśmy poinformowani, że nie potrzebujemy takowego, żeby dopłynąć do El Real odległego o mniej więcej godzinę drogi rzeką od Yavizy. Nie mieliśmy wyboru i wróciliśmy do portu.

Nieustraszony reporter w AirMax'ach opuszcza ostatnią przystań cywilizacji

Nieustraszony reporter w AirMax’ach opuszcza ostatnią przystań cywilizacji

Za każdym zakrętem rzeki kryło się nieznane

Za każdym zakrętem rzeki kryło się nieznane

Dość sprawnie zapakowaliśmy się do jednej z łódek i po mniej więcej godzinie rejsu dostaliśmy się do El Real, które wprawdzie było dużo mniejsze niż Yaviza, ale w niczym nie przypominało czegoś co sobie wyobrażaliśmy. Oczywiście jak tylko wyszliśmy z łódki zostaliśmy przywitani przez wyjątkowo tępego przedstawiciela Senafrontu, który spisał nasze dane i powiedział, że musimy wrócić, bo jest za nas odpowiedzialny. Nie mając specjalnie planów powrotnych przeszliśmy się po okolicy, która nie była w żadnym stopniu wyjątkowa. Ot, normalna wioska, być może nieco zapomniana, ale wciąż z cywilizacją w postaci budki telefonicznej, z której dodzwoniłem się do siostry do Polski.

Szałasów ciąg dalszy

Szałasów ciąg dalszy

Nieprzebyta dżungla

Nieprzebyta dżungla

Powrót w niezmoczonych AirMax'ach

Powrót w niezmoczonych AirMax’ach

Czy Darien można przekroczyć. Tak.

Jak? Opcji jest kilka. Począwszy od najtańszego samolotu (70$ Panama-Bogota), przez nieco droższą łodź (około 150$, 2 dni), na przepłynięciu jej jachtem za 550$. Jeśli jednak chcemy przekroczyć Darien Gap, to można to zrobić na łodziach i wtedy zajmuje, to około dwóch, trzech dni i paru godzin marszu ścieżką na stronę Kolumbijską. Wtedy jest jednak niezbędny większy zapas gotówki w kieszeni. Czy da radę przejść na piechotę? Przykład setek zatrzymywanych imigrantów pokazuje, że owszem, ale cholera wie ilu przechodząc ginie. Teoretycznie największym zagrożeniem są bojówki FARC oraz przemytnicy, ale Ci pierwsi już raczej nie porywają obcokrajowców (no chyba, że idziesz obładowany sprzętem za tysiące dolarów, to wiadomo, że będzie Cię stać na niemały okup), a Ci drudzy to loteria. Albo kulka w łeb, albo Cię oleją.  Tak czy inaczej, jest to temat na osobny wpis, bo dość dogłębnie zbadałem temat pozwoleń, tras, map i przewodników, więc kto wie, czy kiedyś nie wrócę w okolice tylko i wyłącznie z planem przekroczenia Darien. Jednak jak już, to z kimś, kto będzie przygotowany na wyprawę, a nie na wycieczkę.

Jak można się domyśleć do Kolumbii dostaliśmy się samolotem, bo była to opcja najtańsza i najszybsza. Jednak zanim wsiedliśmy na pokład samolotu mieliśmy jeszcze czas zwiedzić Panama City, które jest jednym z miejsc, które mnie zaskoczyły.

Po pierwsze dlatego, że jest to zderzenie wartych miliony dolarów posiadłości, strzelistych, szklanych, wieżowców i kilku pasmowych dróg z zapomnianą, podniszczoną starówką.

DSC_3004 DSC_3009 DSC_3037 DSC_3028 DSC_3026

Poza zwiedzaniem samego miasta, które ograniczyło się do kilkugodzinnego spaceru odwiedziliśmy również Kanał Panamski, czyli kolejną rzecz, która zrobiła na mnie przeogromne wrażenie. Już pomijam same śluzy i proces przepływania statków, ale muzeum kanału, jego historii i wpływu na Panamę było warte piętnastu dolarów, które zapłaciliśmy za wstęp.

Pacyfik

Pacyfik

Kanał

Kanał

Atlantyk

Atlantyk

Bez patentu też dałem radę

Bez patentu też dałem radę

Kolega z muzeum

Kolega z muzeum

26 lutego wylądowaliśmy w Bogocie, gdzie się rozdzieliliśmy. Marcin chciał jak najszybciej jechać do Peru na surfing, a ja postanowiłem podszkolić swój żałosny hiszpański na tyle, żeby móc się bez problemu dogadać śmigając dalej samotnie autostopem. I dopiero po wyjeździe z Bogoty zaczęło się to, czego tak bardzo mi brakowało, czyli przygody śmieszne, niebezpieczne, zapraszanie na noclegi, wizyty w nieznanych miejscach i normalne temperatury, które umożliwiały noclegi pod namiotem. Ale o tym już w kolejnych wpisach

Kończąc klasykiem – jeśli się podobało, to jak zwykle przypominam o akcji „Autostopem dla hopsicjum”, którą można wesprzeć pod tym linkiem – LINK. Wpisów nie było przez prawie dwa tygodnie, więc tempo wpłat drastycznie zmalało i wiem, że to moja wina. Przyznaję się, że przez ostatnie pięć dni mimo że miałem wieczorami trochę czasu, to jednak nie miałem ani weny, ani chęci pisać. Po prostu czułem jakieś takie zmęczenie i brak weny. W podróży stuknęło mi już ponad 5 miesięcy, a w tak długiej podróży człowiek czasem chce się po prostu polenić, odpocząć i być taką leniwą bułą, która nic nie musi Na szczęście ten etap już za mną, więc jak tylko będę miał trochę czasu, to będę pisać i nadrabiać

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.