Autostop w Peru zakwalifikowałbym jako prosty. Jedynym minusem było dość częste wysadzanie przez kierowców w centrum miasta, więc trzeba było na piechotę drałować na wylotówkę. Drugim problemem była duża ilość mototaxi oraz samochodów jeżdżących tylko i wyłącznie po okolicy. To co jednak zdarzało się dość często w porównaniu do innych krajów, to podwózki przez duże, luksusowe autobusy. Za darmo oczywiście.
Początkowo, gdy taki kolos zatrzymywał się obok mnie, a pilot, czy też kierowca szybko kazał wskakiwać cieszyło mnie to i nie miałem kompletnie żadnych obaw. Do czasu, gdy mojego czwartego dnia w Peru zobaczyłem, czym jest katastrofa lądowa z udziałem nie jednego autobusu, ale trzech.
Dzień zacząłem zwyczajnie. Pobudka tuż przed świtem, szybkie złożenie namiotu i przed szóstą stałem już gotowy na trasie. Ruchu praktycznie o tej porze jeszcze nie było, ale po pięciu minutach machania kciukiem obok mnie zatrzymał się dwupiętrowy niebieski autobus. Bez wahania wskoczyłem do środka i po wskazaniu przez pilota miejsca, rozłożyłem się zapadając w wygodny fotel.
Było stosunkowo wcześnie, więc większość podróżnych spała w najlepsze. Nie mając specjalnie nic do roboty cieszyłem się przyjemnym chłodem klimatyzacji i ze słuchawkami w uszach śledziłem monotonny krajobraz za oknem.
Piach, kamienie i skaliste pagórki towarzyszyły mi już od niemalże sześciuset kilometrów, a jedynym urozmaiceniem był pojawiający się od czasu do czasu Pacyfik po prawej stronie drogi. Co jakiś czas mijaliśmy maleńkie miejscowości, które podobnie jak wcześniej – kompletnie się od siebie nie różniły i zdominowane były przez ceglane, parterowe domki z masą śmieci, wśród których królował gruz przeplatany foliowymi reklamówkami i kartonami.
W pewnym momencie autobus zatrzymał się na po środku niczego. W porannym otępieniu myślałem, że może jakaś kontrola policji, które w Peru są codziennością, ale moją uwagę przykuli pasażerowie, którzy zaczynali się przebudzać i z ekscytacją na twarzy szturchać pozostałych. Z każdą chwilą coraz więcej osób przyklejało nos do szyb, więc zaciekawiony zdjąłem słuchawki i zacząłem się przysłuchiwać rozmowom. Ciężko było zrozumieć wszystko, bo coraz więcej osób zaczynało mówić podniesionymi głosami i się przekrzykiwać ale najczęściej powtarzanymi słowami były: wypadek, śmierć, policja, tragedia, autobusy.
Z zaciekawieniem próbowałem dostrzec coś przez okno, ale z mojej strony mogłem zauważyć jedynie około 30 samochodów, które stały przed nami oraz około kilkudziesięciu osób, które chodziły to w jedną, to w drugą stronę jezdni. Ułatwiał to kompletnie wstrzymany ruch, bo wyglądało na to, że pas w druga stronę jest również zablokowany. Po mniej więcej dziesięciu minutach od zatrzymania minął nas mający już najlepsze lata za sobą ambulans na sygnale, a zaraz za nim dwa wozy strażackie. W tym czasie w autobusie panował już absolutny harmider. Ludzie głośno dyskutowali, krzyczeli, żeby otworzyć drzwi, a jeszcze inni z zamkniętymi oczami recytowali modlitwy. W pewnym momencie kierowca pod presją pasażerów otworzył drzwi i kto mógł dosłownie wybiegł na zewnątrz. Poczekałem aż wszyscy wyjdą i po upewnieniu się, że w tym zamieszaniu nikt mi nie gwizdnie plecaka, wyszedłem z autobusu.
Pierwsze co mnie uderzyło, to gorące i suche powietrze, które mimo wczesnej pory już falowało nad rozgrzanym asfaltem. Oprócz tego cisza, którą po chwili przerwał kolejny ustawiający się w korku samochód. Spojrzałem w kierunku początku zatoru i zobaczyłem około sześciu wozów strażackich, dwa ambulansy i kilka wozów policyjnych. Oprócz tego około setki osób. Zdawałem sobie sprawę, że musiał mieć miejsce dość duży wypadek, ale jakoś nie docierało do mnie, że mogę zobaczyć coś, czego zobaczyć nigdy nie chciałem i czego bym zobaczyć nikomu nie życzył.
W miarę zbliżania się do epicentrum wydarzeń zauważałem coraz więcej szczegółów. Najpierw ludzie. Część biegała, część stała, część klęczała, a jeszcze inni wisieli na telefonach a to rozmawiając, a to robiąc zdjęcia. Chwilę później pobocze drogi zaczynało być bardziej niż normalnie zaśmiecone. Różnica polegała na tym, że nie były to śmieci takie jak zwykle, czyli reklamówki, kartony, gruz, ale różne metalowe elementy oraz torby podróżne. W pewnym momencie zobaczyłem czerwony fotel, który nie wiedzieć czemu leżał na poboczu pomiędzy zaparkowanymi samochodami. Tuż za fotelem zaczynał się swoisty kordon służb, które w takich sytuacjach z reguły w jakiś sposób zabezpieczają teren wypadku. Jednak w tym przypadku nic takiego nie miało miejsca, a dookoła panował dziwny spokój. Minąłem pierwszy pusty ambulans i wóz strażacki a tuż za nimi moim oczom ukazało się coś, czego na początku nie byłem w stanie zidentyfikować. Przypominało to zwykłą kupę metalu, przy której, jak w ukropie uwijali się ludzie. Wtedy dotarło do mnie, że to przewrócony i zmiażdżony autobus. Co najstraszniejsze pierwszy. Nie dalej jak pięćdziesiąt metrów dalej leżał drugi i trzeci. Oba w nieco lepszym stanie, ale również na boku i powyginane tak, że ciężko było ustalić, gdzie przód a gdzie tył pojazdu.
Po chwili, za kolejnym wozem strażackim zobaczyłem coś co nie przypominało mi scen z wypadków, ale z jakieś egzekucji dokonanej przez religijnych maniaków i opublikowanej w Internecie. Na skraju drogi w rządku leżało kilkanaście ciał. Bez nóg, bez rąk, czasem sam korpus, który na wysokości pasa zapadał się i kończył czymś coś skojarzyć z zapiaszczonym elementem wystawy w sklepie mięsnym. Twarze niektórych wyglądały jakby spali. Inni nienaturalnie biali, jak na Peruwiańczyków. Niczym woskowe figury. Jeszcze inni z otwartymi oczyma bez bólu wpatrywali się w niemiłosiernie palące słońce. Byli pośród nich również tacy, którzy nie mieli się czym wpatrywać, bo ich twarze były zniekształcone uderzeniem w coś twardego i ciężko było nawet umiejscowić oczy. Wpatrując się jak w transie, obok mnie dwóch spoconych mężczyzn, którzy prawdopodobnie byli ratownikami przewiozło na łóżku kobietę w średnim wieku. Nieprzytomną i z nienaturalnie wyglądającą, zmiażdżoną w bucie z wysoką cholewą, stopą. Jak tylko mnie minęli poczułem smród fekaliów i mimo że od dobrych dwudziestu godzin nic nie jadłem zwymiotowałem. Raz, a po chwili drugi tak mocno, że aż kucnąłem. Splunąłem dwukrotnie, przetarłem usta i brodę, a następnie spojrzałem przed siebie. Dojechały kolejne wozy policyjne, ambulans i strażacy z podnośnikiem. Nic więcej się nie zmieniło. Dziwna cisza trwała dalej. Przerwał ją dopiero dźwięk piły mechanicznej, która zastąpiła łomy oraz nożyce do metalu, którymi ratownicy operowali do tej pory.
Jeszcze przez chwilę stałem i zastanawiałem się co mam robić. Strażacy stopniowo wyciągali kolejne ciała z autobusów, a inni układali je na trupim poboczu. Wyglądało, że kto miał przeżyć tą katastrofę, był już wyciągnięty, a w tym momencie ograniczano się do powolnego porządkowania terenu. Kolejni strażacy zaczęli przygotowywać wrak pierwszego busa do podniesienia i podczepiali solidnie wyglądające pasy do powykręcanych metalowych elementów.
Z każdą kolejnym kwadransem pojawiało się coraz więcej wozów strażackich, policji, samochodów osobowych, autokarów oraz dziennikarzy, z których każdy na swój sposób zaczął uczestniczyć w akcji sprzątania, wyciągania zwłok i fotografowania pogorzeliska. Przez myśl przebiegło mi też, że może powinienem wyciągnąć telefon i zacząć wszystko fotografować. ale w niemalże w tym samym momencie odrzuciłem od siebie ten pomysł. Tego typu zdjęcia są dobre dla Faktu i dla typowych dziennikarzy TVNu, bo kreują sensację i nagłówki Mi wystarczyła świadomość, że oraz powykręcanego metalu, porozrzucanych foteli, ludzkich dramatów, walczących ratowników, kobiety ze zmiażdżoną stopą i ciał ułożonych w rzędzie na piachu będę mi będę miał przed oczyma do końca życia.
Kolejne godziny ograniczyły się do tego, że rząd ciał na poboczu drogi wydłużał się nieskończenie, a autobusy, jeden po drugim, był przeciągane na pobocze, tak aby odblokować ruch na drodze. Gdy po kolejnych kilku godzinach udało się oczyścić jeden z pasów na tyle, że mogły po nim ruszyć samochody ustawione w kolejce ginącej za falującym horyzontem, wszyscy wsiedli do autobusu i ruszyliśmy w kierunku najbliższego miasta, które odległe było od miejsca wypadku o ponad 150 kilometórów.
W drodze zatrzymaliśmy się w jednej z wiosek na obiad i uzupełnienie zapasów wody, bo większość osób jadących w busie była w nim już od ponad dwunastu godzin, a jedyna do tej pory pauza była wymuszona wypadkiem.
Wjechaliśmy na dość duży parking przed restauracją, gdzie jak tylko się zatrzymaliśmy pracownicy zasunęli i zamknęli na kłódkę drzwi od bramy, tak aby pasażerowie autobusu przypadkiem nie wyszli robić zakupów na miast, gdzie z pewnością byłoby taniej.
Minęły już ponad dwadzieścia cztery godziny od kiedy ostatnio coś jadłem, więc zamówiłem danie, które w Ameryce Południowej króluje niepodzielnie czyli ceviche. Pisząc to mam solidne problemy żołądkowe i właśnie wpadło mi do głowy, że drobno posiekana, krótko marynowana, surowa ryba zalana sokiem z limonki, cebulą, papryką i solą może być przypadkiem moich sensacji żołądkowych.
Tuż przed odjazdem pilot autobusu zapytał mnie czy chcę z nimi jechać aż do Limy, ale po chwili namysłu odmówiłem. Przede wszystkim dlatego, że do miasta dojechalibyśmy pewnie dopiero w nocy, a spanie w ubogim dwunastomilionowym mieście na dziko nie jest najlepszym pomysłem. A za samą noc w hostelu też bez sensu płacić. Spojrzałem na mapę i postanowiłem, że poszukam noclegu na dziko mniej wiecej sześćdziesiąt kilometrów przed stolicą Peru, a rano ruszę przed siebie.
Pomysł okazał być się więcej niż dobry, bo Chancay wylądowałem na tyle wczesnym popołudniem, że zdążyłem zjeść jeszcze drugie najpopularniejsze danie w Peru, którym jest kurczak z rożna z ryżem.
Początkowowo chciałem nocować przy lub na plaży, ale pomysł szybko wybili mi z głowy mieszkańcy. Ich głównym argumentem było słowo „piątek”. A jak wiadomo piątek, piąteczek, piątunio i ludzie lubią wtedy dziabnąć. Koniec końców, to nie zwierzęta są najniebezpieczniejszym elementem podróży, ale własnie ludzie. Najczęściej pijani.
Postanowiłem pójść za ich radą i tuż przed zmierzchem znalazłem ładne miejsce na uboczu pomiędzy fabrykami, a polem z ziemniakami. Rozbiłem namiot pod prowizorycznym daszkiem i po kilku minutach spisywania w zeszycie przemyśleń z całego dnia byłem gotowy, żeby kłaść się spać.
Wtedy usłyszałem dźwięk starego, trzeszczącego radioodbiornika. Początkowo leżałem nieruchomo, żeby ustalić czy zbliża się on w moim kierunku, czy tylko przechodzi obok, ale po chwili usłyszałem również charakterystyczne, burkliwie wypowiadane, przekleństwa po hiszpańsku. Najciszej jak potrafiłem podniosłem się i usiadłem w pozycji siedzącej. Było upalnie gorąco, więc tropik miałem odsłonięty, a jedym co dzieliło mnie od świata zewnętrzengo były ściany sypialni i średnich rozmiarów okienka z moskitiery. To właśnie przez nie zauważyłem sylwetkę meżczyzny, który stał 10 metrów ode mnie. W jednej ręce trzymał irytująco trzeszczące radio, a w drugiej telefon, na którym własnie wybierał numer telefonu. Po chwili zaczął z kimś rozmawiac, ale mimo tego że był blisko, to kompletnie nie byłem w stanie zrozumieć co mówił. Hiszpański to raczej nie był.
W pewnym momencie bez jakiegokolwiek ostrzeżenia zaczął iść w moją stronę. Kilka kroków, które dzieliło go ode mnie sprawiło mu trudność, bo dość mocno się zataczał, ale do namiotu i tak dopadł krzycząc niezrozumiale. Tuż przed nim potknął się i poleciał na namiot jedną ręką łapiąc się masztu, który uratował go przed bolesnym upadkiem. Czasu na decyzję nie było, więc otworzyłem sypialnię i szybko podjąłem próbę załagodzenia sytuacji. Facet nie słuchał. Krzyczał tylko, żebym się stąd „zabierał”, bo mu przeszkadzam. Nie miałem najmniejszego zamiaru użerać się z pijanym palantem, więc zacząłem pakowanie.
Po dłużej chwili ciszy, którą zakłócało jedynie coraz bardziej trzeszczące i irytujące mnie radio, facet ni z gruch ni z pietruchy złapał mnie za ramię i pociągnął do tyłu.
- No kurwa nie! – wiele zdzierżę w imię świętego spokoju i braku bezsensownej awantury, ale jak już ktoś się z łapami na mnie rzuca, to szlag mnie trafia. Na szczęście facet ciągnąc mnie za ramie sam wylądował na ziemi i początkowo nie mógł się nawet podnieść i padał przy każdej próbie podniesienia się z kolan. Skończyłem składać namiot, a facet tak jakby kompletnie o mnie zapomniał i zajął pozycję siedzącą na ziemi opierając plecy o murek, który (jak z satysfakcją stwierdziłem) nieco wcześniej podlałem. Uczucie podobne do tego z legendarnej miejskiej legendy, w której to kucharz dodaje coś od siebie do jedzenia lub napoju.
Nie czekając aż pijaczek się ocknie lub nie daj Boże wstanie i znowu będzie chciał się szarpać, zarzuciłem plecak i wyszedłem na ulicę rozglądając się z lepszym miejscem do spędzenia nocy.
Było ciemno, ale niezbyt późno, więc po ulicach kręciło się sporo osób, które z ciekawością spoglądały na brodacza z plecakiem, który czysto teoretycznie nie miał po co się pojawiać w tej okolicy. Nie chcąc znowu natknąc się na jakiegoś człowieka postanowiłem, że podejdę bliżej Panamericany i wyjazdu z miasta.
Po trzydziestu minutach marszu znalazłem znajdujące się na uboczu boisko do piłki nożnej. Ładnie przystrzyżona trawa, duża odległość od budynków mieszkalnych oraz naturalna ściana z palm tworzyły z tego idealne miejsce do spędzenia nocy. Po raz drugi tego dnia rozbiłem namiot, wyciągnąłem śpiwór pod tyłek i polar pod głowę.
I znowu, po raz drugi tego dnia, jak już byłem bliski zaśnięcia, rozbudził mnie hałas. Tym razem psy. Tropiku znowu nie zamknąłem, więc gdy tylko usłyszłem szczekanie podniosłem się i spojrzałem przez moskitierę. W moim kierunku biegło około sześciu, różnych rozmiarów psów, które co chwilę znikały w miejscach nieoświetlonych przez pomarańczowe światło latarni, żeby po chwili pojawić się dwadzieścia metrów bliżej namiotu. Im bliżej były tym bardziej zalewała mnie krew. Z jednej strony raczej nic mi nie groziło, bo sypialnia była na tyle mocna, że dopóki pies nie zacznie jej szarpać, to nie przegryzie, ale i tak spać niespecjalnie bym potrafił. Psy oczywiście podbiegły i zaczęły wściekle ujadać, krążąc dookoła namiotu przez dobre dziesięć minut. Dużego wyboru nie miałem, więc położyłem się na środku sypialni i objąłem taktykę „Mnie tu nie ma i na pewno nie ma tu nic ciekawego, więc sobie idźcie”. Zadziałało. Jedynym minusem był taki, że każdy z obecnych przy namiocie, począwszy od alfy watahy, postanowił zaznaczyć teren i zgrabnie, jeden po drugim, podnosiły jedną łapę i siuśkami (a raczej ich resztkami) oblewały mi sypialnię.
Gdy otoczenie namiotu się uspokoiło, uświadomiłem sobie, że tak naprawdę jeszcze wciąż nie dotarło do mnie czego byłem dzisiaj świadkiem i jak zwariowany był to dzień.
Kończę jak zwykle. 37 już prośbą na blogu od kiedy wyjechałem. O przelanie dowolnej kwoty na akcję „Autostopem dla hospicjum”, która w całości będzie przekazana dla najmłodszych podopiecznych gdańskiego hospicjum im. ks. Dutkiewicza. Do zebrania zostało nam jeszcze ponad trzydzieści dziewięć tysięcy złotych.










hej bardzo ciekawy i fajny wpis :) Czyta się jednym tchem :) gratuluję podróży i umiejętności przelania to na bloga i tych ciekawych zdjęć. Sam planuję się wybrać do Ameryki Południowej, ale prawdę mówiąc mam troszkę obawy o swoje bezpieczeństwo. No ale z tego co widzę w Peru nie jest najgorzej :)
Ciężki dzień, trzymaj się ciepło:)
Przeczytałem już kilka wpisów, świetnie piszesz :) Miło się czyta, a te zdjęcia pozwalają poczuć jakby było się tam samemu.
Dokładnie, gdy się to czyta to da się po prostu w to „wczuć” jakbyśmy to byli my sami
Bardzo lubię Cię czytać, niesamowicie wciągajace teksty. Oczami wyobraźni widzę to wszystko, co opisujesz. Mam jednak wrażenie, ze jesteś zmęczony. Tym bardziej zyczę siły i wytrwałości. A najbardziej podoba mi się Twoja ostrozność i przewidywalność kłopotów. Mądry chłopak jesteś Przemek, pozdrawiam!
O rany… Muszę przyznać, że naprawdę strasznie wygląda ten wypadek, zderzenie autobusuów. Wydawałoby się, że po prostu pry zderzeniu się odkształcą i tyle. A tutaj taka, naprawdę jak to napisałeś w tytule – masakra. Widać stan tych aut pozostawiał wiele do życzenia, skoro dosłownie się rozsypały…No ale to tez kwestia ostrożności kierowcy przecież.
Masakra… Zastanawia mnie jak do czegoś takiego mogło dojść – wypadek trzech autobusów…
Współczuję ci tego co musiałeś oglądać – to musiało być okropne.
Humor może poprawić fakt, że sam artykuł jest na wysokim poziomie :)
Czytam bloga od początku Twojej podróży. Z niecierpliwością zawsze czekam na kolejny „odcinek”. Dobrze, że do 21 maja pozostał tylko tydzień :). BTW: chyba znalazłem info o tym karambolu drogowym….
http://www.bbc.com/news/world-latin-america-32025249
O fajnie – coś więcej o tym wypadku…
A co do wpisu – naprawdę mnie zainteresowałeś – twój styl pisania bardzo mi się podoba i czekam na więcej wpisów :D
Kurcze, ja niestety też mam dość bujną (a może inaczej – obrazotwórczą) wyobraźnię i jak czytałem opis tego co zobaczyłeś w tej masakrze to niestety zaczęło mi się to wszystko tworzyć w głowie w postaci obrazów… Zastanawiam się też, czy przy takich przygodach związanych z próbami przekimania się, nie masz tak, że śpisz ciągle na czuja i w efekcie nie dosypiasz?
Jakże trafny tytuł :) Całkowicie się zaczytałem, bardzo interesujący artykuł. Podoba mi się Twój styl pisania, od teraz będę częściej tutaj zerkał.
Wczoraj na spotkaniu w Południku w Gdańsku ktoś powiedział, że Przemek wrócił tydzień temu do Gdańska… Jeśli to prawda, to trochę to nie w porządku…
Do Gdańska mam aktualnie ponad 9 tys kilometrów ;)
Hej :) Nie wiem czy wiesz, ale ludzie z takim talentem do pisania jak Twoj zarabiaja naprawdę ladnie pieniazki na tym swoim darze, jakim to darem jest pisanie :) Naprawde, wiem, bo moja siostra ma naprawdę niezłą smykałkę piszac kolokwialnie do tego i zarabia bardzo ladne pieniazki, a pracuje w domu :) Pozdrawiam
Sama pamietam jak zdarzylo mi sie byc swiadkem moze nie samego wypadku, ale tak jak i u ciebie, sytuacji zaraz po w Bolwii, kiedy to wypelniony ludzmi mini-bus stoczyl sie w przepasc… Gdy zoabczylam miejsce wypadku bylam przekonana, ze wszyscy zgineli staczajac sie kilkaset metrow w dol zbocza. Jakims cudem okazalo sie jednak, ze wszystkich wyniesiono z busa zywych. Pare osob mialo wprawdzie powazne obrazenia i szczerze mowiac nie wiem jaki byl ich dalszy los, ale sam fakt, ze z takiej katastrofy czesc ludzi wyszla bez szwanku jest dosyc szokujacy..