2015 · Autostopem przez życie

Pierwszy autostop w Kolumbii i wizyta w Salento

← Wszystkie wpisy

Wiedziałem, że zostały mi nieco ponad dwa miesiące podróży, dlatego planując jej dalszą część postanowiłem uwzględnić jedynie główne highlighty znajdujące się na trasie do Argentyny. W przypadku Kolumbii oznaczało to, że muszę tym razem odpuścić sobie takie miejsca jak Kartagena, Sierra Nevada, czy Medelin. Jednak z drugiej strony plusem poruszania się na południe była możliwość zobaczenia takich miejsc jak Salento oraz Sanktuarium Las Lajas.

Pierwsze w kolejności było Salento. Jedno z bardziej rozpoznawalnych miejsc Kolumbii, które w znacznej części porośnięte jest przez unikalne palmy, które swoją wysokością osiągają nawet siedemdziesiąt metrów. Początkowo byłem sceptycznie nastawiony co do wizyty w kolejnym parku narodowym, bo po Kostaryce i Panamie miałem ich nieco dość, a zwłaszcza lasów i dżungli, która w każdym kolejnym przypadku była nazywana wyjątkową, a w rzeczywistości specjalnie się nie różniła od poprzedniej. Jednak w końcu przeważył fakt, że po pierwsze miałem tę miejscowość prawie na trasie i po drugie – w końcu jechałem autostopem sam, a cała reszta nie liczyła się aż tak bardzo w tym momencie.

Planowałem wyjechać z Bogoty możliwie najwcześniej, ale z rana musiałem jeszcze sfinalizować zakup telefonu oraz dodatkowych elementów do kamery, bo atlantycka sól dała się we znaki na tyle, że sprzęt już ledwo co funkcjonował. Wszystkie rzeczy do załatwienia „na ostatnią chwilę” sprawiły, że z po blisko dwóch godzinach wydostawania się komunikacją miejską ze stolicy, na wylotówce byłem dopiero przed czwarta po południu. Niby na mapie od Salento dzieliło mnie zaledwie 300 kilometrów, ale po drodze miałem dość solidne góry do pokonania, więc nawet przy średniej prędkości powinno to zająć około sześciu godzin.

Jednak byłem tak szczęśliwy, że w końcu ruszam w drogę sam, że niespecjalnie się tym przejmowałem. Jeśli by trzeba było nocować nawet na wylotówce z miasta, to byłbym dalej wielce ukontentowany , że w końcu jestem w drodze. Tylko, że jak człowiek jest tak naładowany pozytywną energią, to mogą się zdarzyć tylko rzeczy dobre.

Swoją uniwersalną autostopową tabliczkę zgubiłem w Panamie, więc nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do klasycznego kartonu. Jednak ani w rowach przy wylotówce ani w śmietnijakch nie mogłem nic znaleźć, dlatego już po chwili wylądowałem w sklepie, gdzie pani sprzedawczyni przednio się uśmiała, jak jej wytłumaczyłem o co chodzi. Na szczęście zrozumiała i po krótkiej nieobecności przyniosła mi z zaplecza olbrzymi, niebieski brystol formatu A0. Początkowo myślałem, że trochę bez sensu, że taki wielki, ale przydał się i przejechałem z nim całą Kolumbię, Ekwador i część Peru.

Przygoda start

Przygoda start

Ledwie wyskrobałem na złożonym brystolu „Armenia” a obok mnie zatrzymało się auto ze starszym facetem za kółkiem.

- No, Skokowski, zobaczymy na ile zdało się Twoje czterdzieści godzin kursu hiszpańskiego – pomyślałem i po podbiegnięciu do okna zapytałem – Donde vas?

- Armenia! Plecak wrzuć na tylnie siedzenie i wskakuj. – odpowiedział uśmiechnięty mężczyzna, który na pierwszy rzut oka wyglądał nieco podejrzanie, ale już po kilkunastu minutach jazdy okazało się, że jest policjantem na emeryturze i dorabia jako kierowca ciężarówek.

Imienia nie pamiętam

Imienia nie pamiętam

Jazda upływała w miłej atmosferze. Uczyłem się nowych słówek ze słownikiem pod ręką, a mężczyzna cierpliwie słuchał i poprawiał moje byki gramatyczne. Z czasem, tak jak się spodziewałem, trasa zaczynała się robić coraz to bardziej górzysta, a widoki aż zapierały dech w piersiach. W takich chwilach człowiek przyklejony do okna zaczyna powoli zdawać sobie sprawę, że właśnie jedzie autostopem w Kolumbii.

Zdjęcie słabe, ale na filmie będzie lepiej

Zdjęcie słabe, ale na filmie będzie lepiej

- Kolumbia to kraj krajobrazów Pańczo – powiedział kierowca po którymś z kolei zakręcie zza którego wyłaniała się kolejna dolina i pokryte polami uprawnymi zbocza gór. Byłem gotowy mu przyznać rację. Póki co było pięknie. Czemu jednak nazwał mnie Pańczo?

- Pasha, to za trudne tutaj. Mów, że jesteś Pańczo, bo Pańczo, to Franciszek, a Ty jesteś jak Franciszek. Non stop się uśmiechasz. – powiedział mój kierowca, a ja nie myśląc wiele, radę zapamiętałem co jednocześnie wiązało się z porzuceniem z dotychczasowego imienia podróżniczego.

Pańczohejka!

Pańczohejka!

Gdy słońce niemalże już znikło za horyzontem, nie wiedzieć czemu zjechaliśmy z Panamaricany w jakąś boczną ścieżkę. Droga nagle zaczęła być wyboista i wiodła pomiędzy zaoranymi polami. Nie odzywałem się, bo też nie chciałem w żadnym stopniu okazać, że zapaliła mi się w głowie ostrzegawcza lampka, ale gdy po minięciu maleńkiej wioski, gdzie widać było, że ludzie raczej klepią biedę nie wytrzymałem i zapytałem:

- Gdzieś jedziemy? – starałem się, żeby mój głos brzmiał jak najbardziej naturalnie

- Tak, to taki mój mały skrót – odpowiedział mężczyzna, którego twarz oświetlało już nie słońce, ale blade światło prędkościomierza.

Zachód piękny

Zachód piękny

Próbując zachować zimną krew i myśleć racjonalnie, spojrzałem na mapę. Nijak ten skrót nie wyglądał. Droga, którą jechaliśmy na jednej mapie była ślepą uliczką, a na drugiej jej w ogóle nie było. Co więcej już od dłuższej chwili nie mijaliśmy żadnych domostw, a pola zastąpiły oświetlane reflektorami drzewa i krzaki, które zarastały wyboistą piaskową drogę tworząc tunel, który z każdym kolejnym odcinkiem stawał się coraz mroczniejszy.

- Spokojnie, przecież był wesoły, miły, normalny – pomyślałem – nie panikuj! Jednak korzystając ze zmroku, który już zapadł ostrożnie wyciągnąłem z podręcznej saszetki gaz i włożyłem go do lewej ręki obmyślając, co muszę zrobić.

- Najpierw lewą ręką spryskaj go gazem, a później z całej siły przywal mu prawą – myślałem i planowałem w głowie swoje ruchy.

- Chciałbym wrócić na Panamericane – powiedziałem dość stanowczo na co mężczyzna zaczął coś odpowiadać, ale niespecjalnie mogłem się skupić i wyłapywałem tylko poszczególne słowa w tym tekst, że już wracamy i trochę się spóźniliśmy, bo nie ma już słońca.

To był moment kiedy zacząłem się pocić

To był moment kiedy zacząłem się pocić

Kolejne pięć minut siedziałem jak na szpilkach, ale pojawiające się poszczególne domostwa nieco mnie uspokajały, aż w końcu ścieżka zakręciła ostro w kierunku autostrady.

Gdy wyjechaliśmy na oświetlony asfalt zdałem sobie sprawę, jak bardzo spociły mi się ręce. Wprawdzie niebezpieczną sytuację stworzyłem sobie tylko i wyłącznie w głowie, ale dało mi to do myślenia, że tak naprawdę nigdy nie planowałem zachowań na podobne akcje.

Kierowca wyczuł chyba moje autostopowe napięcie, więc zaczęliśmy nieco rozmawiać, aż w końcu wyjaśniłem mu, że się nieco przestraszyłem i wyjaśniłem mu jakie bzdury myślałem. Facet tylko się roześmiał, co w sumie skończyło całą sytację

Gdy powoli zbliżaliśmy się do Armenii zapytał mnie gdzie planuję spać, a gdy wyjaśniłem mu, że w namiocie powiedział, że nawet nie ma takiej opcji, bo raz że zimno, a dwa, że okolice Armenii nie należą do najbezpieczniejszych. Po chwili wyciągnął telefon i zadzwonił do żony z prośbą, żeby przygotowała Arepe (lokalne placki pszenne) z serem, bo będą mieli gościa. Gdy skończył odłożył telefon i spojrzał na mnie.

- Pańczo, tylko wiesz, należę do klasy niższej, więc nie spodziewaj się luksusów – powiedział nieco zawstydzony.

Im więcej podróżuję tym coraz bardziej utwierdzam się w przekonaniu, że im mniej ludzie mają tym więcej od siebie dają. Z radością przyjąłem jego propozycję i już po kolejnych trzydziestu minutach jazdy stawiliśmy się u niego pod domem. Dzielnica rzeczywiście daleka prywatnych osiedli z ochroniarzami. Szeregowe budynki, odpadający tynk, a po ulicach walały się worki pełne śmieci, koło których kręciły się, zawzięcie je rozszarpując, zwierzęta.

Ledwie wyszedłem z auta, a zostałem gorąco przywitany przez starszą, drobniutką kobietę, która okazał się być żoną mojego kierowcy. Wziąłem swój plecak i prowadzony za rękę, wszedłem w jedne z drzwi w niskim, brunatno brązowym budynku.

Rzeczywiście na pierwszy rzut oka było widac, że mieszkańcy nie należą do najbogatszych. Odpadający gdzie niegdzie ze ścian tynk, na ścianach tandetne portrety mieszkańców, plastikowa zastawa na stole, podniszczone krzesła oraz postrzępiony dywan po który było widać, że użytkowany jest już od dobrych kilkunastu lat. Okazało się, ze gospodyni przygotowała dla mnie w pokój, w którym normalnie śpi razem z mężczyzną, który mnie podwiózł. Oczywiście zacząłem oponować, ale głowa rodziny ucięła rozmowę mówiąc – „gość w dom, Bóg w dom.”

Gospodarze

Gospodarze

Apartament

Apartament

Po przyjeździe poznałem jeszcze ich wnuczki, które akurat nocowały u nich, gdy dojeżdżały do pracy i wspólnie zjedliśmy kolację, po której zaległem spać.

Kolacja na Instagramie

Kolacja na Instagramie

Wprawdzie moi gospodarze powiedzieli, że mogę spać, do której tylko chcę, ale swoim już zwyczajem obudziłem się o godzinie szóstej i byłem gotowy do drogi. Zerwałem się z łóżka i nawet nie byłem specjalnie zdziwiony widząc, że wszyscy poza mną byli już na nogach. Pani domu przygotowała dla mnie jeszcze śniadanie, za które jej gorąco podziękowałem, a gdy zjedliśmy podrzucili mnie na dworzec autobusowy skąd odjeżdżały miejskie autobusy w kierunku Salento.

Jazda okazała się dłuższa niż myślałem. Niby tylko dwadzieścia cztery kilometry, ale kierowca nie chciał odpuścić dopóki nie będzie miał kompletu zajętych miejsc siedzących i stojących, więc objeżdżał chyba wszystkie uliczki w Armenii i okolicach, żeby w końcu po blisko półtorej godzinnym kursie zajechać na sporych rozmiarów rynek w absolutnie czarującej miejscowości jaką okazało się być Salento.

Wyskoczyłem z autobusu i zacząłem się rozglądać po okolicy. Rynek był zbudowany na podstawie kwadratu z małym skwerem na środku i kościołem, który zdobiła wieża górującą nad wszystkimi okolicznymi budynkami. To zresztą nie było trudne, bo zabudowa miasta była w zdecydowanej większości jednopiętrowa. Wszystkie domy były pomalowane w wyjątkowo estetyczny sposób, bo mimo że dominował biały kolor ścian, to pozostałe elementy – takie jak drzwi, okiennice, balkony, ozdoby –  były w pastelowych kolorach. Zielone, czerwone, niebieskie, fioletowe, żółte czy ciemnobrązowe. Samo miasteczko było maleńkie i można było je spokojnie przejść w czasie krótszym niż 20 minut, ale największe wrażenie robiło położenie miasteczka pośród gór, które nie były porośnięte nieprzebytą dżunglą, ale tak jakby zadbanymi polami z wysokimi, sięgającymi kilkudziesięciu metrów, drzewami, na które składała się tylko rozłożysta korona na szczycie i nic poza nią. Całość wyglądała niesamowicie pięknie. Co więcej, spodziewałem się mas turystów, a tylko gdzieniegdzie było widać obcokrajowców czy to jedzących śniadania w lokalnych kafejkach, czy to ładujących się z plecakami do busa, którym właśnie przyjechałem.

Kościół na rynku

Kościół na rynku

Ulica

Ulica

Rynek

Rynek

Wesołości i kolorowości

Wesołości i kolorowości

Było dość wcześnie, więc nie chcąc tracić czasu zacząłem szukać hostelu, w którym zarezerwowałem sobie nocleg. Wprawdzie rezerwacja opiewała na kwotę niecałych 40gr, wiec było niemalże pewne, że kopnęli się przy jej wprowadzaniu na serwery, ale stwierdziłem, że spróbuję wykorzystać sytuację. Po początkowym błądzeniu po mieście okazało się, że hostel znajdował się nie w centrum, ale przy samym wejściu do parku. To natomiast było oddalone od Salento o dwanaście kilometrów i już poza autami 4×4 raz na  trzy godziny już nic tam nie jeździło.

4x4

4×4

Backpackerzy

Backpackerzy

Im dalej od Salento tym piękniej, Góry spowite jeszcze poranną mgłą i zielone pastwiska ze stadami owiec i krów, które leniwie przeżuwały trawę i odprowadzały nas znudzonym wzrokiem. W końcu, po mniej więcej piętnastu minutach jazdy pod górę naszym oczom ukazało się wejście do Doliny Cocory.

Photoshop

Photoshop

Asfaltowa droga dość płynnie przeszła w ubity kamieniami trakt piaskowy, który rozpoczynał szlak w głąb, a  właściwie w górę, doliny. Po jego prawej stronie znajdował się małe, zbudowane z butwiejącego już drewna jadalnie, które odstraszały nie tyle wyglądem co cenami. Po prawej stronie traktu znajdował się schludny, nowoczesny, piętrowy i również zbudowany z drewna z dodatkiem kamienia budynek, który okazał się być moim hotelem.

Po szybkim przywitaniu na recepcji oczywiście okazało się, że w rezerwacji zrobili błąd i nocleg sam w sobie jest mniej więcej o 50$ droższy, ale w ramach rekompensaty zaproponowali mi darmowe rozbicie się z namiotem. Nie mając ochoty się wykłócać o głupotę, przystałem na propozycję i rozbiłem namiot w miejscu z widokiem na dolinę. Póki co jeden z piękniejszych noclegów.

Apartament2

Apartament2

Było dość wcześnie, więc nie czekając aż słońce stanie się na tyle upalne, że uniemożliwi normalny marsz, zostawiłem rzeczy i ruszyłem w kierunku doliny. Początkowe trzy godziny dość ostrego wchodzenia pod górkę wynagrodziły wspaniałe widoki na okoliczne wzgórza i palmy, które nadawały miejscu niesamowity klimat.

Palmy takie wysokie, trawa taka zielona

Palmy takie wysokie, trawa taka zielona

majestatyczny potok

majestatyczny potok

majestatyczny las pełny drzew

majestatyczny las pełen drzew

Znowu Hejka!

Znowu Hejka!

Dolina Cocora

Dolina Cocora

Selfie z mopa

Selfie z mopa

Rozmarzony romantyk na tle majestatycznej doliny porośniętej zieloną trawą

Rozmarzony romantyk na tle majestatycznej doliny porośniętej zieloną trawą

Po południu zszedłem do doliny, gdzie (chcąc nie chcąc) przepłaciłem za obiad i zabrałem się za czytanie Dzienników Motocyklowych. W pewnym momencie, siedząc na krześle, poczułem, że jakoś dziwnie mi buja mi się tyłek. Na początku to zignorowałem, myśląc, że mi się wydaje, ale siedzący niedaleko mężczyzna, tak jakby też poczuł, że coś jest nie tak i podniósł głowę. Dosłownie pięć sekund później wszystko zaczęło się trząść. Najpierw szyby w framugach, a później zastawy, sztućce, wiszące donice, aż w końcu drewniany budynek zaczął się bujać w posadach. Wszyscy jak na komendę wybiegli ze środka i staneli na trawie w ogrodzie. Tylko ja jak głupi dalej siedziałem na krześle w przeświadczeniu, że mój jaśnie tyłek rozbujał całą okolicę. Na szczęście skończyło się tylko na potłuczonych donicach i roztrzaskanych ramkach obrazków, ale dopiero po dłuższej chwili do mnie dotarło, że gdyby trzęsienie było mocniejsze, to bym się spod tych belek i kamieni za szybko nie wygrzebał.

Moim klasycznym problemem po dość całym dniu chodzenia jest jedzenie. Jem dużo. Jem masakrycznie dużo. Czasem kroci mnie żeby zamawiać dwie porcje, ale zawsze jakoś tak głupio poprosić. Tym razem jednak miałem problem w postaci braku gotówki pod ręką i nie mogłem sobie już na nic pozwolić. Jednak gdy już się ściemniło i poza mną w budynku pozostali jedynie dwaj kucharze, którzy powoli szykowali się do zamknięcia wszystkiego. Dziura w brzuchu nie dawała o sobie zapomnieć, wiec stwierdziłem, że po ludzku się zapytam czy nie zostało im małe co nieco. Jak w Gdańsku pracowałem w restauracji, to kucharze zawsze coś tam dla nas albo zostawiali, albo przygotowywali za friko. Instynkt mnie nie zawiódł i kilku zdaniach i ogólnym rozbawieniu obu panów dostałem swoją porcję.

Kucharz się postarał

Kucharz się postarał

Pierwszy samotny nocleg pod namiotem, w normalnej temperaturze i bez martwienia się czy Cię ktoś Cię będzie podchodził, zaczepiał, molestował, hałasował, przeszkadzał był czymś czego potrzebowałem. Zasypiając słyszałem tylko wiatr delikatnie bujający namiotem i ciche parskanie koni, które pasły się za ogrodzeniem.

AUTOSTOPEM DLA HOSPICJUM!!!
Mamy już 56 000zł, ale wciąż sporo brakuje, więc jeśli podobał się wpis, zdjęcia, czy podpisy pod nimi (zawsze dopada mnie głupawka na tym etapie) to będę wdzięczny za dowolną wpłatę. Nawet złotówkę! Każdy wpis czyta po kilka tysięcy osob, a póki co wpłaty zostały przekazane od niecałych 2000 osób, więc wciąż mamy potencjał
http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Sąsiedzi

Sąsiedzi

DSC_0125

Komentarze (5)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.