Dzień 31
Wstałem dopiero o 9 z paskudnym bólem głowy i generalnym bólem pleców. Teoretycznie mógłbym opisać jeszcze kilkanaście dolegliwości, które dokuczały mi tego ranka (bo jak powszechnie wiadomo faceci nigdy nie chorują, tylko za każdym razem walczą o życie), ale sobie podaruję. Podniosłem obolałe cielsko i zabrałem się za pakowanie.Plan na dzisiaj - wycieczka za miasto.
I znowu. Spacer, metro i poszukiwanie autobusu, który jedzie w moim kierunku, co bez znajomości lokalnego języka zawsze jest przygodą. Ale w końcu po 20 min szukania w końcu znalazłem rozklekotaną marszrutkę jadącą do Janar Dah.
Janar dah w przewodniku zostało oznaczone gwiazdką, jako miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. W przypisie dodatkowe wrażenie robił opis "płonące skały, które od wieków budziły przerażenie najeźdźców". Jechałem, więc z nastawieniem, że zobaczę coś niesamowitego i potężnego. Niestety rozczarowanie było spore.
Po godzinie podróży marszrutką i kilkudziesięciominutowym spacerze w pełnym słońcu, okazało się, że owe górnolotnie nazwane "płonące skały" to nic innego jak kilka miejsc, w których pali się ogień nie większy niż ten z mojej turystycznej kuchenki gazowej odkręconej na maxa.
Zły na przewodnik, marszrutkę, skwar i bolącą głowę postanowiłem wrócić do domu. I koniec końców dobrze zrobiłem, bo już w drodze powrotnej czułem, że mam gorączkę, której nabawiłem się prawdopodobnie wczoraj, wchodząc na zmianę na 40 stopniowy upał i do klimatyzowanych pomieszczeń.
Resztę dnia spędziłem w łóżku robiąc wszystko, zebyjutro być w stanieruszyć dalej w kierunku Iranu.Niestety choroby zdarzają się też podróżnikom.
Tayrun wrócił z pracy dopiero o 22, ale był tak miły, że przygotował mi tradycyjną azerbejdżańską obiadokolację. Nazwy nie pamiętam, ale generalnie są to rozgotowane na pulpę pomidory z przyprawami podsmażone na patelni. Na to wylewa się rozbite jajka i trochę masła poczym robi coś w stylu rzadkiej jajecznicy. Całkiem smaczne

W trakcie rozmowy okazało się, że koniecznie chce mi pokazać wschód słońca w miejscu, z którego widać platformy naftowe na Morzu Kaspijskim, nazywane również platformami Jamesa Bonda, ponieważ nakręcono tutaj dużo scen z "Jutro nie umiera nigdy"
Dzień 32
Pobudka o 5 rano i uśmiech na twarzy. Nic mnie nie boli, paracetamol zrobił swoje. Zapakowałem bagaże do auta mojego hosta i pojechaliśmy nad morze podziwiać platformy o wschodzie słońca. I wyglądało to naprawdę nieziemsko. Jest to ponad 300km mostów dróg, placów, parków(sic!) na których żyje około kilkutysięcy ludzi, którzy mogą się dostać na ląd wyłącznie za pomocą łodzi lub helikopterów.

Jako, że mieliśmy jeszcze sporo czasu mój host zdecydował, że podwiezie mnie jeszcze do Gobustanu, czyli miejsca gdzie znajdują się pamiątki z epoki kamienia łupanego i wulkany błotne.
Generalnie gdyby nie Tayrun to pewnie nigdy bym tam nie dojechał, bo jest to absolutna pustynia, a poszczególne malowidła są oddalone od siebie o kilka kilometrów. Ruch zerowy.
Tak czy inaczej owe archaiczne malowidła przypominały mi te ze szkolnych ławek. Proste, wydrapane z trudem i mające więcej wspólnego z przypadkowym skrzyżowaniem kresek niż ze sztuką.

Chciałem jeszcze zobaczyć wulkany błotne, ale niestety Tayrun musiał jechać już do pracy. Miałem prosty wybór. Zostać na pustyni, gdzie nie widziałem nikogo i poszukać wulkanów błotnychz nadzieją, że później mnie ktoś z nich zabierze, albo je sobie podarować i wyskoczyć na trasę w kierunku Iranu. Wybór oczywisty.
Mój host, po męskim pożegnaniu, zostawił mnie na stacji benzynowej, gdzie przy ogólnym zainteresowaniu pracowników, zacząłem się rozglądać za transportem. Na pierwszy ogień TIR i się udało. Transport aż do Lenkoran, gdzie miałem zamiar spędzić noc.
5 godzin drogi przez Azerejdżan w towarzystwie wesołego kierowcy, który zasypywał mnie opowieściami typowymi dla kierowców - dziewczyny, papierosy, samochody.
W Lenczeranie postanowiłem w pierwszej kolejności znaleźć kafejkę internetową, żeby uaktualnić bloga, ponieważ w Baku niemiałem takiej możliwości. Miałem szczęście, bo jak tylko skończyłem, to w cale miasto od prądu odcięli. Postanowiłem, że czas na zasłużony odpoczynek po zwiedzaniu Baku i poszedłem nad plażę.
Pierwsze myśli to brudna woda i piasek, ale z drugiej strony ciepła kąpiel i opalanie. Decyzja - zostaję do wieczora. Kupiłem sobie jeszcze piwko i snikersa i zaległem na 4 godziny.

O 20 wróciłem jeszcze do kafejki, żeby sprawdzić ile osób kliknęło "Lubię to" (taki mój nałóg) i po sprawdzeniu Google Maps poszedłem w kierunku wylotówki z miasta, wywołując sporą sensację.
Lenkoran to dość mała miejscowość, więc blondyn spacerujący główną ulicą o 22, z dwoma wielkimi plecakami i bananem na twarzy, wzbudzał podobne zainteresowanie do tego co wielki murzyn jadący na koniu w Trąbkach Wielkich.
Tak czy inaczej po 40 minutach marszu dotarłem nad rzekę, gdzie planowałem spędzić noc. Problem ten sam co zawsze - za gorąco, więc wpadłem na pomysł, że po prostu wyciągnę karimatę, plecak pod głowę i spać. I to był głupi pomysł. Całą noc się budziłem, bo coś szeleściło, stukało czy też chrumkało.

Za pierrwszym razem, po mniej więcej godzinie snu, leżałem oko w oko z jeżozwierzem( nie żebym kiedyś go widział, ale wydawało mi, że właśnie tak powinien wyglądać jeżozwierz - krzyżówka borsuka/bobra i jeża). Spojrzałem mu głęboko w oczy i już wiedziałem, że on będzie pierwszym z nas dwoje, który ucieknie. Miałem rację.
Po kolejnej godzinie snu znowu hałas. Otwieram oczy, biorę kamienia i rzucam w ruszające się krzaki. Kot.
Następne dwie godziny snu i czuję coś na kolanach. Otwieram oczy, a tam w najlepsze siedzi sobie nietoperz. Po moim "wojowniczym" okrzyku oboje wyrwaliśmy się do góry i jestem na 100% pewny, że pierwszą fazę lotu miałem zdecydowanie szybszą niż on. Wracam spać dalej zły na siebie, że nie rozstawiłem namiotu. Oczywiście do pobudki już tylko dwie godziny, więc nie ma sensu tego robić.
Ledwo usnąłem i znowu. Syrena przeciwlotnicza. Tzn. to była moja pierwsza myśl. Po chwili okazało się, że gardłowe okrzyki przypominające syrenę przeciwlotniczą to po prostu dźwięki z pobliskiego minaretu, którego wcześniej nie zauważyłem. Myślę sobie - "nie ma sensu wstawać, bo zaraz skończy. Przecież ile można wołać ludzi, żeby wstawali?". Okazało się, że można i to bardzo długo. Przysięgam, 10-15 min gardłowych okrzyków. Po całej nocy jedna myśl - zastrzelcie mnie jeśli kiedykolwiek znowu będę chciał spać sobie pod chmurką.
Dzień 33
Plecak założony i idę na trasę z tabliczką Tehran. Przyjemnie chłodno (no bo 5.30 rano) i zero aut. Na szczęście po kilku minutach zatrzymuje się auto. Byłem jeszcze nieprzytomny, więc zapomniałem się upewnić czy darmowe. I jak dojechaliśmy na granicę to szlag mnie trafił, bo facet do mnie z tekstem, żebym mu płacił. Patrzę na dach i upewniam się, że nie widziałem koguta i mówię, że nic nie płacę, bo nie powiedział, że to taxi i wychodzę. Ten wybiega i się drze. Skutek? Po minucie pojawia się policjant. Jego znajomy oczywiście. Moje szanse zerowe. Plując ogniem, rzucam mu 20zl i ruszam w kierunku granicy.

Wejście na przejście graniczne okazało się delikatnie mówiąc dziwne. Umiejscowione na środku bazaru, bez praktycznie żadnych oznaczeń. Okazało się, że musiałem czekać 2 godziny na otwarcie, ale na szczęście miło spędziłem ten czas rozmawiając z żołnierzem azerbejdżańskim, z którym zresztą przeprowadziłem fajny wywiad i pogadałem o służbie wojskowej, Iranie i Islamie.

Granicę otworzono o 9. Ruszam. Na stronie Azerbejdżanu problemy. Dwóch cwaniaków z służby granicznej ewidentnie chce, żebym im zapłacił, bo inaczej, będą mi robić problemu. Gdy okazało się, że jedyne co mam na 21 dni w Iranie, to 50 dolarów(drugie 50 ukryłem głęboko) zlitowali się i mnie puścili.

Po stronie irańskiej problemy. Pani cała ubrana na czarno nie rozumie jak tutaj dojechałem, ani po co, ani co zamierzam robić. No i jestem z Uni Europejskiej, która nałożyła ostanio kolejne sankcje na Iran. 10 min sprawdzania wizy i idziemy do starszego stopniem. Ten stwierdził, że musimy pogadać, w spokojnym miejscu, gdzie wszystko wytłumaczę. Po drodze przyłączają się do nas dwaj kolejni strażnicy i tym samym wkraczam do biura kierownika w towarzystwie 4 oficerów granicznych.

Jak w końcu zrozumieli jak tu dotarłem i co robię, to zaczęli się śmiać. Na całego. A co mi tam? Też się śmieję, bo śmiech to najlepsze lekarstwo na problemy(nie licząc taksówkarzy). Napisali mi na tabliczce Tehran w farsi i wypuścili tylnimi drzwiami, żebym już nie stał w kolejkach.
I jestem! po 33 dniach podróży przekroczyłem granicę kraju, o którym w Polsce mówi się wyłącznie poruszając temat programu nuklearnego i ewentualnej wojny z USA i Izraelem.
Pierwsze co to zostałem zaatakowany przez taksówkarzy( oczywiście) i chłopaków wymieniających pieniądze (w Iranie w związku z embargo, nie akceptują VISA i MASTERCARD). Dosłownie zaatakowany w ciągu 10 sekund otoczyło mnie około 20 osób pytających o to samo. Nie nada, nie nada! W pewnym momencie słyszę angielski. Patrzę kierowca auta pytający się czy jadę w kierunku Tehranu. Jadę! No to wskakuj! Wskakuję!
Moim kierowcą okazał się emerytowany nauczyciel języka angielskiego, który pomógł mi wymienić pieniądze w normalnym punkcie, a następnie pojechał ze mną w kierunku stolicy. W trakcie jazdy powiedział mi smutną rzecz - autostop jest zabroniony w Iranie. Mówił to na tyle przekonywująco, że mu uwierzyłem i dlatego w miejscowości, gdzie się z nim pożegnałem, po prostu kupiłem bilet autobusowy na Tehranu.
Początkowo byłem na siebie zły, bo jednak podróżując autostopem jest większa szansa na poznanie ciekawych ludzi. I byłem w błędzie!
Pierwsze co zrobiłem w autobusie to oczywiście odespałem nieprzespaną noc. A później zainteresowałem się moim sąsiadem. Nieśmiałe "du ju spik ingilsz?" i okazuje się, że Omid całkiem sporo rozumiał po angielsku, ale mówienie średnio mu wychodziło, dlatego pomagał sobie moim zeszytem i długopisem. Sprawnie opisał mi Iran najciekawsze jego miasta oraz wiele tradycji i zwyczajów, które opiszę w osobnym poście.

Do Tehranu dotarłem o 21.30. Omid wysiadł wcześniej, więc byłem zdany na siebie(mój host podał mi nazwę stacji gdzie mam dojechać i tyle). I znowu ten sam scenariusz.Tehran, miasto z 15 milionami mieszkańców, wieczór, brak mapy, przewodnika i dodatkowe utrudnienie w postaci absolutnie żadnej znajomości perskiego.
Postanowiłem na bezczelnego podchodzić do każdego i pytać się czy mówi po angielsku. Jeśli nie działało, to po prostu z nadzieją w oczach powtarzałem "metro station". Tym samym w końcu udało mi się znaleźć faceta, który nie dość, że mi wskazał drogę, to jeszcze poszedł ze mną, porozmawiał i zapłacił za biletautobusowy z radą, żebym w środku po prostu ciągle powtarzał "Enhalab, enhalab' (nazwa stacji metra).

I tak zrobiłem. Wsiadłem do autobusu i pytając wszystkich na około czy mówią po angielsku powtarzałem Enhalab, enhalab. Skutek był taki, że w momencie gdy dojechałem do Enhalab 10 osób zaczęło krzyczeć i mnie wypychać. Dotarłem do metra. Dzwonię do mojego hosta, a on, że to nie koniec podróży i muszę jeszcze dotrzeć do kolejnej stacji metra. Jaaaa...
Poprosiłem, żeby wysłał mi nazwę stacji metra, ale 5 min czekania na smsa i już całkiem zły znowu zadzwoniłem, pytać co się dzieje. Okazało się, że wysłał mnie nie jednego,a 5 smsów.Mój telefon nie ogarniał irańskiej sieci. Tak czy inaczej znowu krążę jak ślepy po metrze, gdzie wszystko napisane jest w farsi, co bardziej przypomina wesołe słaczki, niż alfabet, pytając się ludzi czy mówią po angielsku.
W końcu się udało i spotkałem młodego chłopaka, który nie dość, że mnie odwiózł do właściwej stacji metra, to jeszcze poczekał na spotkanie z moim hostem. Pierwsze co mnie uderzyło to jego skrajnie negatywne nastawienie do kraju i rządu. Przecież nie może być aż tak źle, prawda? Okazało się, że może, ale o tym w osobnym poście.

Dariusz, bo tak miał na imię, oddał mnie w ręce Alego - mojego hosta w Tehranie.
Ze stacji metra wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy na obrzeża miasta gdzie mieszkał z bratem i rodzicami. Rodziców tymczasowo nie było, więc mieszkanie klasycznie stało się miejscem spotkań znajomych.

Ali okazał się mega sympatycznym studentem matematyki stosowanej, nauczycielem w gimnazjum i drużynowym vice mistrzem kraju w origami!

Pierwszy wieczór spędziliśmy rozmawiając o podstawowych rzeczach w Iranie i uzupełnianiu moich braków o tym fascynującym kraju i poszliśmy spać.



Komentarze (3)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.