2015 · Autostopem przez życie

Rodzinka

← Wszystkie wpisy

Obudziłem się o dziewiątej rano i stwierdziłem, że o dziwo nie mam żadnych objawów wczorajszej nocy, a jedyne czego tak naprawdę potrzebuję, to nawet nie wody, ale porządnej kąpieli. Na jachcie panowała cisza jak makiem zasiał, więc nie mając nic do roboty leżałem i wpatrywałem się w chmury, które leniwie przesuwały się przez otwartego forluka. W pewnym momencie usłyszałem głos Matta.

- W sumie dobry moment, żeby się niby przypadkiem pokazać i udowodnić, że znam umiar w piciu – pomyślałem i po upewnieniu się, że wyglądam względnie znośnie, wyprostowałem się i wystawiłem głowę nad pokład.

Matt mnie zauważył, więc wymieniliśmy kilka powitalnych uprzejmości, a następnie przypomniałem mu, że nie mam dzisiaj nic do roboty, więc chętnie mu pomogę przy pracach na jachcie. Niestety, wciąż nie miał potrzebnych części zamiennych, dlatego z nie małym rozczarowaniem, życzyłem mu miłego dnia i wróciłem pod pokład jachtu. Rozejrzałem się dookoła i stwierdziłem, że nie mam siły siedzieć tu chociaż chwilę dłużej, więc spakowałem plecak i odłożyłem go na bok, tak żeby był gotowy do zabrania w każdej chwili.

Nie specjalnie się przejmując kacującym towarzystwem zjadłem kilka kanapek z resztą konserwy i wyszedłem na keje, gdzie natknąłem się na średniego syna Matt’a – Henry’ego, który siedział ze spuszczonymi z pomostu nogami i z wędką w dłoniach łowił ryby. Przywitałem się z nim i zapytałem, czy mogę z nim posiedzieć, bo sam nie mam nic do roboty. Na moje szczęście się zgodził (albo po ludzku nie potrafił odmówić zarośniętemu i śmierdzącemu wczorajszym pożegnaniem facetowi).

Sam na wędkowaniu absolutnie się nie znam, ale wyszedłem z założenia, że jak młody ma wędkę i jakieś pudełko z przynętami, to może coś wie. Byłem w błędzie. Po pięciu minutach moczenia spławika przy pomoście, z rozbrajającą szczerością przyznał, że nie ma pojęcia czemu jeszcze nigdy nic nie złapał. Roześmiałem się tylko i zawołałem Michała, który z wędkowaniem ma więcej wspólnego niż ja będę miał kiedykolwiek.

- Weźcie coś śmierdzącego na ten hak załóżcie. Jakieś salami, albo cieciorkę, która nam gnije na łódce, to może zadziała. – poradził i po chwili przyniósł nam po kawałku wszystkiego co mieliśmy. Ponoć wędkarstwo wymaga cierpliwości, ale Henry najwidoczniej do cierpliwych nie należał. W końcu stwierdził, że pewnie w marinie nie ma ryb i zapytał się mnie czy nie chcę przejść się z nim na znajdującą się za bramkami lagunę. Nie widząc dla siebie specjalnie ciekawszych alternatyw spędzenia wolnego czasu, zgodziłem się.

- Możemy, ale najpierw idź zapytaj rodziców, czy możesz iść ze mną – odpowiedziałem asekuracyjnie.

Matt się zgodził, więc już po chwili siedzieliśmy nad małym oczkiem wodnym, które amerykanie z rozmachem nazywali laguną. Po dwóch godzinach, mniej lub bardziej ciekawych prób złowienia ryb, które rzeczywiście były widoczne pod powierzchnią wody i skubały nieświeżą przynętę, zobaczyłem że Michał wyciąga swoją torbę na keję.

Wędkarstwo w wydaniu Henrego. Ryby widać to są, a jak nie widać, to nie ma

-Dobra Henry, muszę się zbierać, bo Misza jest już gotowy, żeby jechać na lotnisko – oznajmiłem, widząc rozczarowanie w oczach młodego, który bez opieki dorosłego nie mógł siedzieć tu sam – ale obiecuję, że jutro jak przyjadę pomóc Twojemu tacie, to też połowimy – zapewniłem go i wróciliśmy w kierunku łódek.

Z zaskoczeniem stwierdziłem, że w środku łódka jest całkiem czysta, a Basia się nawet postarała i umyła lodówkę, która od tygodnia śmierdziała zdechłym szczurem, którego mimo zawziętych poszukiwań, nie mogliśmy w niej znaleźć. Ostatnią rzeczą, która pozostała do zrobienia, to rozliczenie finansów. Po szybkim podliczeniu kosztów, wyszło nam, że mam do pokrycia 130 euro. Szybko przeliczyłem i doszedłem, że na dwa tygodnie rejsu, to całkiem nieźle, ale mogło by być dużo lepiej. Przede wszystkim najdrożej wyszedł alkohol, który był chyba najważniejszą rzeczą na łódce zaraz po paliwie, wodzie i papierosach, bo stanowił mniej więcej 35% wydatków.

Tak czy inaczej, zapakowaliśmy toboły do wynajętego przez Adama auta i po dziesięciu minutach byliśmy przy autostradzie, gdzie się pożegnaliśmy. Jak tylko znikli mi z zasięgu wzroku poczułem ulgę. W końcu, pierwszy raz od dwóch tygodni, byłem sam.

Czy było warto? Zdecydowanie tak.  Wprawdzie były rzeczy, które mnie irytowały, czy denerwowały, ale nie było ich tyle, żeby zatarły jak najbardziej pozytywny w moim odczuciu czas spędzony na łódce. Tak naprawdę, to dzięki temu, że Adam się zgodził mnie wziąć z Gibraltaru uwierzyłem, że przepłynięcie na stopa Atlantyku jest jak najbardziej możliwe. Owszem, czasem krew mnie zalewała jak na przykład się grzebaliśmy przez pół dnia, ale nie zmienia to faktu, że na pierwszy raz nie mogłem lepiej trafić. Prawdę mówiąc, trochę współczułem zarówno jemu, jak i Basi. Niby mają przed sobą pół roku żeglowania po Kanarach, a później z powrotem do Grecji, ale nie jest to urlop, tylko jakby nie patrzeć, praca z ludźmi, którzy opłacają im rejsy, czyli klientami. Jeśli dodamy do tego fakt, że w moim odczuciu łódka była idealna dla nie więcej niż pięciu osób, a przez najbliższe dwa miesiące mieli się w niej ścisnąć po sześć, czy to osiem osób, to nic w tym przyjemnego.

A Michał? Z tym facetem pewnie jeszcze nie raz się zobaczę i odwiedzę go w jego mieścinie, której nazwy wciąż nie mogę zapamiętać.

Idąc w kierunku wejścia na autostradę zastanawiałem się co dalej. Opcja amerykańska była możliwa, ale nie do końca pewna, więc musiałem próbować również z innymi łodziami w innych portach. Po chwili rozważań stwierdziłem, że najpierw upragniona gorąca kąpiel i nocleg w normalnym, nie bujającym się i nie śmierdzącym wilgocią łóżku. Miałem ten luksus, że okazało się, że znajoma, którą poznałem odwiedzając brata na wymianie w Monachium, mieszka niecałe 50 kilometrów od San Miguel i gorąco do siebie zaprasza. Oznaczało, to że przy odrobinie szczęścia uda mi się u mniej przenocować kilka dni, aż ogarnę plan działania na najbliższe dni.

Autostop na Teneryfie działa lepiej niż bardzo dobrze, więc już po pięciu minutach machania kciukiem miałem transport. Podobnie  było niemalże za każdym razem jak łapałem i nigdy nie zajęło to więcej niż 5-10 minut. Wprawdzie nasłuchałem się już o tym, że autostop jest w Hiszpanii nie legalny i dostaje się za to mandaty i jakoś mi się wierzyć w to nie chce. Przecież nikt nie może Ci zabronić stania na przystanku, czy na poboczu drogi (o ile nie ma tam linii ciągłej) i machania kciukiem. Inaczej sprawa ma się z łapaniem na autostradach, ale to już osobna bajka.

Kaja mieszkała i pracowała na Teneryfie od blisko roku jako animator w jednym z niezliczonych hoteli, które od kilkunastu lat wyrastają na południu wyspy jak grzyby po deszczu. Prawda jest taka, że pamiętałem ją jak przez mgłę, ale jednym z plusów Facebooka, jeśli po kilku wspólnych piwach dodasz kogoś do znajomych, to czy tego chcesz czy nie, jesteś w stanie w ciągu kilku chwil prześledzić jego życie (albo raczej to czym się dzieli). Tak było właśnie w przypadku moim i Kai, dlatego tak naprawdę, gdy przyszła mnie odebrać z knajpy, w której na nią czekałem uświadomiłem sobie, że tak naprawdę jesteśmy dla siebie obcymi ludźmi.

Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach początkowo oboje byliśmy nieco skrępowani swoja obecnością, bo przecież chwilę to trwa zanim ustalisz wspólne zainteresowania i tematy do rozmów. Na szczęście Kaja okazała się być dobrym gospodarzem i po wejściu do mieszkania, powiedziała, żebym czuł się jak u siebie i pokazała mi mój pokój.

Nie myśląc wiele, w pierwszej kolejności wziąłem długi, gorący prysznic i wrzuciłem do pralki wszystko co miałem za wyjątkiem plecaka, bo istniało ryzyko, że lada moment wszystko zacznie gnić.

Z każdą kolejną godziną stopniowo się ze sobą oswajaliśmy, aż w końcu padła decyzja, że na wieczór kupimy wino i sobie na spokojnie pogadamy. Gdy mieliśmy wychodzić do sklepu wyrzuciła z siebie, to co najwidoczniej męczyło ją od dłuższej chwili.

- Bo wiesz Przemek, kilka razy zdarzyło mi się przeczytać jakiś wpis na Twoim blogu i w jednym z nich pisałeś, że jesteś wierzący i religijny i myślałam, że jesteś, no wiesz, taki spokojny, grzeczny, ułożony, a Ty w sumie jesteś normalny.

W głos się zaśmiałem.

- To znaczy, że osoby wierzące nie są z reguły normalne? – odpowiedziałem pytaniem uśmiechając się od ucha do ucha

- Nie no, wiesz o co mi chodzi. Myślałam, że jesteś taki trochę nawiedzony – powiedziała Kaja lekko zmieszana.

Wbrew pozorom Kaja reprezentowała dużą część naszego polskiego, czy też jak wolą niektórzy, europejskiego, społeczeństwa. Przez nagonkę mediów zarówno kościół jak i wierzący są przedstawiani w skrajnych przypadkach. A to Rydzyk, a to pedofile, a to katolbeton żyjący w naukowym średniowieczu. Dodajmy do tego przedstawicieli martyrologii narodu polskiego, katastrofy Smoleńskiej, czytelników Frondy i komentarzy Cejrowskiego (bo przecież tylko takie tworzą nagłówki na długie tygodnie), a już na pierwszy rzut oka widać wspólny mianownik – katolik aka katol aka nawiedzenie (tak na marginesie wydaje mi się, że to tyczy się każdej religii, a w ostatnim czasie również Islamu, który przedstawia się jedynie przez pryzmat terroryzmu). Wbrew pozorom zdecydowana większość wierzących jest raczej „normalna” w rozumieniu Kai. Mają wiarę, zwyczaje i tradycje, które dla niektórych są oznaką naiwności, ale nie zmienia to faktu, że są naprawdę zwyczajni.

Wieczór w sumie był nieco przytłaczający, bo Kaja, po raz kolejny, jest przedstawicielem dużej części osób, które w wieku dwudziestu paru lat, którzy doznają wrażenia, że wszyscy naokoło się hajtają, zdobywają prace marzeń, a ona ciągle tkwi w miejscu i nie ma pojęcia co dalej. Temat na osobny wpis – problem pokolenia, które ma wszystko o czym może tylko pomarzyć, ale brakuje mu jaj, żeby po to sięgnąć. Tak czy inaczej spędziliśmy kilka dobrych godzin rozmawiając na tematy krążące wokół pomysłów na życie oraz dróg, żeby je osiągnąć.

Następnego dnia z rana zorientowałem się, że w kieszeni spodni, które wyprałem znajduje się kluczyk od toalety, który przypadkowo wziąłem z HappyHours. Oznaczało, to mniej więcej tyle, że jeśli go nie oddam przed ich wypłynięciem, to przepadnie im kilkanaście euro kaucji. Nie myśląc wiele, spakowałem się w podręczny plecak i poszedłem łapać w kierunku San Miguel.

Dość sprawnie dotarłem na miejsce, oddałem kluczyk Basi, która ku mojemu rozczarowaniu, ani dzień dobry, ani dziękuję, tylko naskoczyła na mnie, że wczoraj wieczorem musieli chodzić pod prysznic 200 metrów dalej. Niespecjalnie się przejąłem i zeskoczyłem z łódki, która najwidoczniej też mnie miała dość i poszedłem kilka metrów dalej w kierunku amerykańskiego Nimbusa, żeby się przywitać z Mattem, który akurat był w kokpicie

- Hej Matt! Jakie plany na dzisiaj? Mogę w czymś pomóc? – zapytałem uśmiechając się promiennie.

- Hej Pasha! Dzisiaj raczej sobie odpuścimy, bo właśnie jedziemy z Molly wypożyczyć samochód i później pozwiedzać wyspę – odpowiedział przepraszająco Amerykanin.

- Okej, nie ma problemu. To w takim razie chętnie wpadnę jutro – stwierdziłem wzruszając ramionami i zapierając się, żeby nie być zbyt nachalnym.

W sumie dobrze się złożyło, bo oznaczało, to że dzień mogę spędzić Kają, która akurat dzisiejszy dzień miała wolny. Sprawnie wróciłem do jej mieszkania i zaproponowałem, że skoro już tu jestem to możemy się gdzieś kopsnąć autostopem. Kaja początkowo była nieco sceptycznie nastawiona do tego pomysłu, bo przecież „autostop jest w Hiszpanii nielegalny”, ale w końcu podjechaliśmy do nieodległego Los Christianos, gdzie odwiedziliśmy lokalną marinę, zjedliśmy po przysłowiowej bule i na miejskiej plaży zapiliśmy ją piwem. Późnym popołudniem zaczęliśmy wracać i ku mojemu zdziwieniu mimo że byłem z dziewczyną, łapanie zajęło nam blisko dwadzieścia minut, co na Teneryfie było moim rekordem.

Kaja i nielegalny autostop

Kolejny dzień i ponownie pojechałem w kierunku San Miguel w nadziei, że tym razem będę mógł pomóc przy jachcie, czegoś się nauczyć i zacząć do siebie przekonywać rodzinę Matta. Jak tylko wszedłem na „moją” keję, zauważyłem, że Oceanis 434, którym przypłynąłem tutaj z Gibraltaru odpłynął. Z tego co mówił Adam, planowali się tutaj pojawić za dwa tygodnie, ale miałem szczerą nadzieję, że do tego czasu będę już drodze na Karaiby.

Mniej więcej w połowie długości pontonu usłyszałem pełen radości okrzyk – Pasha! W moim kierunku z uśmiechem na twarzy biegł Henry – Myślałem, że już nie przyjdziesz!

- Przecież obiecałem,  że przyjdę – odpowiedziałem z uśmiechem – jak Ci się podobała wyspa?

- W porządku. Widzieliśmy lawę, ale było trochę zimno – odpowiedział, ale z tonu głosu wywnioskowałem, że nie wycieczka go nie powaliła na kolana – pójdziemy dzisiaj połowić ryby? Wczoraj widziałem dwie duże!

Roześmiałem się szczerze i powiedziałem, że w pierwszej kolejności muszę się zapytać jego taty, czy ma dzisiaj coś do roboty, bo się z nim umawiałem.

Skierowałem się z Henrym w kierunku Nimbusa, w którego kokpicie siedziała Molly z najmłodszą z rodzeństwa – Avery.

- Pasha! Wejdź na pokład. Śmiało! – nagląco zawołała do mnie Molly – HappyHours odpłynęło bez Ciebie! – stwierdziła ze współczuciem w głosie.

- Wiem, wiem, ale taki był plan – uspokoiłem ją – mają nową załogę, a że łódkę czarterują, to w rejs popłynęli z kolejnymi. Taki był plan – Później jeszcze kilka razy zdarzało się, że musiałem powtarzać co dokładnie robię, bo niektóre rzeczy brzmiały dla Molly aż za abstrakcyjnie. W tym to, że codziennie dojeżdżałem do nich 50km autostopem.

Po chwili w kokpicie pojawił się również Matt.

- Cześć Pasha! Złe wieści są takie, że wczoraj nie udało nam się kupić nowych części, więc wciąż nie mamy nic do roboty – odpowiedział widocznie zmieszany – mam nadzieję, że nie jechałeś tutaj specjalnie po to, żeby mi pomóc.

Oczywiście zaprzeczyłem, zgrabnie kłamiąc, że miałem tutaj kilka rzeczy do załatwienia, choć prawda była taka, że jedną rzeczą, którą mogłem w San Miguel załatwić, to dwójkę w lokalnej toalecie (zmień to później na coś normalnego), bo nie pojawił się żaden nowy jacht, a Ci co wypłynęli na regaty jeszcze się nie pojawili. Wypiliśmy wspólnie kawę, w trakcie której zacząłem im opowiadać trochę więcej o sobie i pokazywać filmy z ostatnich podróży, czy z El Camino. Po godzinie czułem, że czas zrobić coś więcej i zaproponowałem

- Jeśli nie macie nic przeciwko, to bym poszedł z Henrym połowić ryby, bo mu to wczoraj obiecałem – odpowiedziałem sprawiając tym samym, że młody uśmiechnął się od ucha do ucha i z pełnym nadziei oczekiwaniem spojrzał na rodziców.

- Jasne, nie ma problemu – odpowiedział Matt, a Henry rzucił się pod pokład, żeby wziąć swoje pudełko z przynętami i chleb, który od wczoraj czekał, żeby skończyć w lagunie jako przynęta na ryby. Dołączyła do nas jeszcze Avery i w sumie przez dwie godziny, to łowiliśmy ryby, to je karmiliśmy, to robiliśmy sobie tor przeszkód dookoła oczka wodnego.

Gdy stwierdziłem, że na dzisiaj wystarczy, odprowadziłem dzieciaki do rodziców i już byłem gotowy się pożegnać, gdy Molly powiedziała:

- Pasha, jeśli masz dzisiaj wieczorem czas, to zapraszamy Cię na wspólną kolację

Zaproszenie oczywiście przyjąłem, bo była to dodatkowa okazja, żeby się poznać, pogadać i ewentualnie przedstawić swoją prośbę o podwózkę na Karaiby.

Umówiliśmy się na 18.30, więc oznaczało, to mniej więcej tyle, że muszę sprawnie wrócić do mieszkania Kai i się przepakować. Nie miałem pewności, że będę mógł spać u nich na łódce, wiec do podręcznego plecaka wziąłem namiot i śpiwór i już o 18 byłem w marinie. Przypadkiem natknąłem się również na Kirila, który również pojawił się dzisiaj w porcie, żeby sprawdzić, czy wróciły już jakieś jednostki z regat i żeby się wykąpać, bo prysznice były za darmo. Porozmawialiśmy chwilę, ale było jasne, że biorąc pod uwagę fakt, że łódek płynących na Karaiby było jak na lekarstwo, byliśmy dla siebie, czy tego chcieliśmy, czy nie, konkurencją.

O 18.30 stawiłem się przed łódką amerykanów i czekałem. Po chwili wypełnionej wątpliwościami, czy ktoś jest na pokładzie, w kokpicie pojawił się Dale, pomocnik kapitana i jedyny załogant spoza rodziny,  który powiedział, że już się zbierają.

Okazało się, że na kolację oprócz mnie była zaproszona para Rosjan – Alex i Nadia – których rodzina Matta poznała rok temu w Chorwacji.

Alex mieszkał na Teneryfie od kilku tygodni, więc zaproponował restaurację, którą już znał, a która znajdowała się o piętnaście minut drogi autem od San Miguel.

Restauracja okazała się być typowo burżujska. Kelner na wejściu, sam wystrój i duże pomieszczenie, gdzie na widoku leżakowały wina z całego świata sprawiły, że w moich sportowych spodenkach i t-shircie z czasów liceum, poczułem się jak ubogi krewny. Ceny w menu tylko mnie utwierdziły w tym poczuciu, bo najtańsze rzeczy zaczynały się od 20$. Aż głupio mi było zamawiać cokolwiek poza frytkami, ale Matt, który siedział obok mnie powiedział tylko, żebym się nie przejmował, bo oni płacą. Na chybił trafił wybrałem jakąś mięsną pozycję za 35$ i z ciekawością czekałem na to co postawią mi przed nosem.

Okazało się, że daniem za ponad 100zł był kawał pokrojonego, surowego mięsa, który samodzielnie trzeba było smażyć na podstawionym obok czymś w stylu płaskiej patelni. Oprócz tego, dla smaku obok położono trzy kromki bagietki. Jadłem i liczyłem ile złotówek połykam za każdym razem.

Wegetariańskie piekiełko

Splendor

Bogactwo

kotlet za stówkę

Uśmiechać się po takim rachunku to sztuka

Kolacja trwała blisko trzy godziny, które zdominowały rozmowy o pikujących cenach ropy, sytuacji na linii USA-Rosja, historii Solidarności oraz sposobie w jakim Stany wyszły z kryzysu i jak radzi sobie branża budowlana, w której zatrudniony jest Matt. Oprócz tego Hennry siedzący obok mnie i od czasu do czasu dopytujący mnie, czy jutro idziemy łowić ryby i jakie to on chciałby złowić.

Gdy już rachunek był zapłacony i zaczęliśmy się zbierać, podeszła do mnie Lily i z rozbrajającą szczerością i troską zapytała

- Pasha, właśnie się zastanawialiśmy, czy masz dzisiaj gdzie spać.

Przez chwilę nawet się zastanawiałem czy może skłamać i powiedzieć, że nie i w ten sam sposób wprosić się do nich na łódkę, ale stwierdziłem, że może być na to jeszcze za wcześnie. Postanowiłem polegać na swoim namiocie i śpiworze.

Poprosiłem, żeby wysadzili mnie kawałek przed mariną i rozbiłem się pomiędzy okolicznymi polami golfowymi.

Następnego dnia postanowiłem sobie, że skoro mamy środę, a Matt planuje wypłynąć w piątek, to właśnie dzisiaj jest dzień kiedy powinienem zapytać, czy mogą mnie wziąć. Dwa dni zapasu były niezbędne, żeby zrobić zapasy żywności czy wody pod katem dodatkowej osoby.

Wstałem zdecydowanie za wcześnie, żeby się pojawić na łodzi amerykanów (to by zaczęło podchodzić pod stalking), wiec do godziny dziewiątej siedziałem w kapitanacie i cieszyłem się bezpłatnym WiFi. Poszedłem się przywitać dopiero, gdy zobaczyłem, że dzieciaki z Nimbusa zaczęły się kręcić na kei.

Okazało się, że dzisiaj w końcu Matt był gotowy, żeby pojechać do Santa Cruz na zakupy. Razem z nim i Molly zapakowaliśmy się do auta i zaczęliśmy zwiedzanie okolicznych sklepów z częściami do łodzi. Trzeba było kupić zapasowe bezpieczniki, klamry, liny i masę innych drobnych rzeczy, których nazwy znam po angielsku, ale nie mam pojęcia jak się nazywają po polsku. Tak czy inaczej, Matt chciał mieć pewność, że jeśli zepsuje się cokolwiek co jest niezbędne do przeżycia na oceanie, to będzie miał części zapasowe. W sumie cztery godziny odwiedzania czterech różnych sklepów w trakcie których ze zdziwieniem stwierdziłem, że w ich towarzystwie czuję się naprawdę dobrze i co najważniejsze, mamy niemalże identyczne poczucie humoru.

Jeszcze przed powrotem na łódź ponownie zostałem przez nich zaproszony na obiad, gdzie w końcu, po pięciu dniach obustronnego badania gruntu, Matt zapytał:

- Więc, Pasza, powiedz nam, jakie Ty masz teraz plany?

Do tej pory za każdym razem, gdy mnie pytali co planuję dalej mówiłem jedynie ogólnie, że Ameryka Południowa, że trochę tu, trochę tam, ale że nie wiem kiedy itp. Itd. Ale między wierszami bez problemu można było zauważyć, że Karaiby, gdzie zmierzali, były jak najbardziej w moim kierunku.

- Właśnie też Was planowałem zapytać – odpowiedziałem – Jak wiecie, planuję dostać się gdziekolwiek na Zachód, wiec Karaiby, jakby nie patrzeć są mi po drodze, dlatego chciałbym się Was zapytać, czy możecie mnie wziąć – skończyłem i nie wiedząc czemu nagle poczułem się wyjątkowo głupio.

- Tak właśnie z Molly myśleliśmy. Wczoraj nawet wieczorem po kolacji rozmawialiśmy, czy moglibyśmy Cię wziąć, ale koniec końców, mimo że Cię naprawdę lubimy, stwierdziliśmy, że nie możemy.

Zabolało. Próbowałem jeszcze podkreślić, że w razie czego jestem w stanie zapłacić za swoją część wyżywienia, czy wody, ale okazało się, że to nie pieniądze są problemem.

- Widzisz Pasha, na pokładzie jest już nas 6 osób, więc zapasy mamy w gruncie rzeczy zaplanowane. Do tego dochodzą dzieci, owszem lubią Cię, ale tutaj pojawia się też kwestia tego, czy jesteśmy gotowi zaufać Ci na tyle, żeby powierzyć nocne wachty, a co za tym idzie, również bezpieczeństwo nasze i dzieci. Niestety, gdy rok temu żeglowaliśmy po Morzu Śródziemnomorskim jeden z załogantów zaspał i wpakował nas na skałę. Od tamtej pory, poza Dalem, który na morzu spędził ponad 10 lat, boimy się zaufać. Gdybyśmy byli jedynie w gronie dorosłych, jasne, wtedy każdy troszczy się o siebie i wychodzimy z założenia, że da sobie radę, ale jest dużo ciężej,  jeśli w grę wchodzi trójka Twoich dzieci.

Słuchałem ich tłumaczenia i w gruncie rzeczy zgadzałem się z nim. Ba, zdawałem sobie z niego sprawę już pierwszego dnia, dlatego nie pozostało mi nic innego jak przełknąć porażkę.

- Okej, w porządku. Nic się nie stało, ale mimo wszystko byłbym wdzięczny, gdybym wciąż mógł jutro pomóc przy przygotowaniach łodzi, bo bym się mógł czegoś pożytecznego nauczyć. – powiedziałem, kończąc jednocześnie nieco niezręczny temat zabrania mnie na Karaiby.

- Jasne! Będziemy bardziej niż szczęśliwi, jeśli jutro nas odwiedzisz – odpowiedziała Molly – I naprawdę nam przykro, że nie możemy Cię wziąć.

Naprawdę jej uwierzyłem.

Jeśli wpis się podobał, to będę wdzięczny za wsparcie akcji „Autostopem dla Hospicjum”, w ramach której zbieram fundusze na wsparcie podopiecznych gdańskiego hospicjum i fundacji hospicyjnej :) Akcję można zobaczyć i wesprzeć tutaj – Autostopem dla hospicjum

Komentarze (18)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.