2015 · Autostopem przez życie

Ruiny miasta Inków – mordercze Chouequirao

← Wszystkie wpisy

Wiedziałem już, że moim kolejnym celem jest Cachora skąd czeka mnie około pięciodniowa wspinaczka do ruin Chouequirao, o których dowiedziałem się kompletnie przypadkiem, a które z każdym przeczytanym artykułem fascynowały mnie coraz bardziej. Pozostało jedynie spojrzeć na mapę i zastanowić się, którędy pojadę. Drogi były tak naprawdę dwie. Najpopularniejsza prowadziła przez Arequipe (nie miałem zamiaru jej odwiedzać) a później do Cusco i dopiero stamtąd do Cachory. Drugi wariant był o wiele krótszy, ale porównując poszczególne mapy topograficzne i satelitarne, nasuwało się podejrzenie, że może być tam niewiele aut. Postanowiłem jednak zaryzykować i wybrać tę opcję.

Po drodze miałem możliwość zobaczenia jeszcze słynnych Nazca Lines, czyli olbrzymich „rysunków” na ziemi, które przedstawiają zarówno pozornie przypadkowe zbiory figur geometrycznych: kwadratów i trójkątów oraz prostych linii ciągnących się nawet przez 8 kilometrów, jak i ogromne wizerunki zwierząt i roślin. Do najsłynniejszych należą: pająk z 40-metrowymi odnóżami, kondor o przekroju 120 metrów, koliber, orki, małpy, pies, kaktusy, kwiaty, ryby.

Teorii, które tłumaczą znaczenie i sens tych dzieł jest chyba tyle ilu naukowców. Począwszy od mapy systemów wodnych, poprzez największą mapę nieba na świecie, na lądowisku dla kosmitów kończą. Osobiście jestem zwolennikiem teorii, którą znalazłem kilka lat temu w jednym ze swoich ulubionych komiksów.

Samych linii jednak nie da się praktycznie zobaczyć bez wynajęcia samolotu. Wchodzenie na teren płaskowyżu, gdzie znajdują się linie jest zabronione, a z najwyższego punktu widokowego widać tyle co nic. Nie miałem kasy na 30 minutowy przelot samolotem, więc podziwianie linii z lotu ptaka odłożyłem sobie na przyszłą wizytę w Peru.

Wydostanie się z miejscowości Nazca zajęło mi mniej więcej tyle czasu ile się spodziewałem patrząc na mapy. Ruch zerowy. Nie licząc kilku colectivo, które były załadowane pod sufit, obok mnie nie przejechało ani jedno inne auto. Nie mając nic do roboty, siedziałem na plecaku w palącym słońcu i jedną ręką trzymałem nad głową karton z napisem „Cachora”, a drugą butelkę z wodą, którą co chwilę popijałem.

Po dwóch godzinach czekania, na horyzoncie pojawił się pierwszy TIR. Zerwałem się na równe nogi i byłem gotowy biec obok niego dopóki mnie nie weźmie. Brak kremu z filtrem dawał mi się już ostro we znaki i czułem, że skóra będzie mnie jutro palić nieziemsko. Na szczęście kierowca zwolnił i zatrzymał się obok mnie. Cały szczęśliwy otworzyłem drzwi:

- Dokąd jedziesz? – wykrzyknąłem cały uradowany

- Do Cusco. Mogę Cię podwieźć, ale dojedziemy do Cachory dopiero za piętnaście godzin. – odpowiedział zapraszająco.

Nad decyzją nawet się nie zastanawiałem. Wiedziałem, że przed nami są do pokonania olbrzymie góry, więc jasne było, że załadowany TIR będzie jechał wolno i długo, ale też po cichu liczyłem, że będzie miał w kabinie dwie kozetki, to się zdrzemnę.

- Super! Vamos senior! – i wskoczyłem na siedzenie pasażera. Już chciałem wrzucać plecak na kozetkę, gdy okazało się, że śpi tam drugi kierowca.

- To by tłumaczyło, jak chce przejechać góry w piętnaście godzin – pomyślałem i szczęśliwy, że nie jestem już wystawiony na palące słońce i mam transport aż na początek szlaku do Chouequirao rozsiadłem się w najlepsze.

Rozmów nie było zbyt wiele, bo non stop, któryś z kierowców spał, a drugi nie chciał mu przeszkadzać, wiec jechaliśmy w ciszy podziwiając widoki, które z każdą kolejną godziną były coraz to piękniejsze.

Widoczki

Kierownica

llamas

Z perspektywy kozetki

Gdy zapadł zmierzch kierowcy zaproponowali mi, żebym się rozłożył na górnym łóżku i zdrzemnął, bo bez sensu, żebym całą noc siedział. Propozycję przyjąłem z radością, bo wiedziałem, że już jutro czeka mnie niemała wspinaczka.

Na ostatniej prostej do Cachory zostałem wysadzony o godzinie ósmej rano. Oprócz mnie na skrzyżowaniu stała jedna Indianka czekająca na transport w kierunku Cusco oraz trzy taksówki, które czekały na turystów mających przyjechać z tego samego kierunku o dziewiątej. Spojrzałem na mapę i zobaczyłem, że do początku szlaku dzieli mnie jeszcze jakieś 13 kilometrów, więc postanowiłem, że poczekam na innych turystów i razem zrobimy zrzutę na taksówkę, która nie powinna wtedy kosztować więcej niż 4 sole na głowę.  Czekając zjadłem jeszcze typowe przydrożne śniadanie i gdy o dziewiątej podjechał autobus, zacząłem rozglądać się za turystami. Tych było aż dwóch. Parka niemiecko-boliwijska z jednym namiotem i śpiworem oraz podręcznym plecakiem. Nie chciałem być nieuprzejmy i się dopytywać, czy mają zamiar iść w góry na pięć dni z takim tylko ekwipunkiem, więc nasze rozmowy ograniczyły się do typowego piętnastominutowego schematu rozmowy „skąd, dokąd, co wiecie o szlaku i czy byli już w Machu Picchu”.

Restauracja

Śniadanko

Pocahontas

Dla większości osób wybierających się do Peru, wizyta w Machu Picchu jest obowiązkowym punktem na liście. Położone w malowniczej okolicy, z historią w dużej mierze owianą tajemnicą i przede wszystkim łatwo dostępne dla każdego kto posiada odłożoną dość sporą ilość gotówki na ten cel. Jednak to najbardziej rozpoznawalne na świecie miasto Inków, chcąc nie chcąc, stało się miejscem pielgrzymek setek tysięcy turystów rocznie, którzy często czekają po kilka dni, żeby zmieścić się w limicie 2500 osób, które mogą odwiedzić to miejsce dziennie (nie wspominając o tzw. Inka Trail na który roczne zapisy rozchodzą się w przeciągu kilku godzin). Tłumy turystów, przebierańców i lokalnych mieszkańców, którzy traktują każdego obcokrajowca jak chodzący bankomat są jedną z tych rzeczy, które niestety trzeba zapisać na minus wizyty.

Jednak z inkaskich miast zachowało się więcej niż tylko jedno, które kreowane jest na obowiązkowy punkt wizyty. Rozmiarami oraz funkcjami pokrywającymi się ze słynną perłą imperium Królów Słońca. Często  większe lub zachowane w lepszym stanie, a z historią nie miej ciekawą. Jedynym problemem jest dostęp do ruin. Drugim najważniejszym z punktu widzenia historycznego i strategicznego miejscem po Machu Picchu jest jest właśnie Choquequirao.

Pierwsze wzmianki o ruinach pochodzą z 1790 roku kiedy to wspomniał o nich Pablo Jose Oricain, który w ruinach poszukiwał skarbó. Działo się tak nie bez powodu ponieważ według licznych legend Synowie słońca mieli traktować miasto jako ostatnie miejsce schronienia przed Hiszpanami, którzy aktywnie i bezpardonowo podbijali imperium Inków w szesnastym wieku. Jakby legend było mało, to już sama nazwa miasta „Choquequirao” w języku mieszkańców południowych Andów oznaczała „kołyskę cennego metalu” rozumianego przez wielu jako złota.

Współczesna magia Choquequirao polega przede wszystkim na ciężkim dostępie do ruin i braku typowych dla innych miejsc znajdujących się na „gringo trial” turystów w rurkach, conversach i RayBanach. O ile do Machu Picchu można się dostać pociągiem lub na piechotę nie mając specjalnej kondycji, czy wyposażenia, to już w przypadku „Kołyski złota” nie da się pójść jak na wycieczkę.

Szlak prowadzący do ruin rozpoczyna się w Cachora. Małej miejscowości położonej w głębokiej dolinie, do której prowadzi ubita kamieniami droga co kilka dni zasypywana osuwającymi się ze zbocz kamieniami. Centrum miasta stanowi mały plac z przystrzyżoną trawą i niebieskimi ławeczkami, na których niezależnie od pory dnia siedzą sędziwi mieszkańcy, którzy witają każdego obcokrajowca i z serdecznym uśmiechem prowadzą do wielkiej, niebieskiej tablicy informacyjnej, która jest jedynym dowodem na to, że inkaski szlak rozpoczyna się właśnie tutaj. Ogólny zarys szlaku, lokalizacje miejsc na namiot oraz szacowany czas pokonywania szlaku. W przypadku bardzo dobrego tempa wspinaczka do ruin powinna zająć pełne dwa dni.

Informacja turystyczna

Centrum Cachora

W kierunku szlaku

Początek szlaku

Szlak

Pierwszy dzień marszu w kierunku ruin należy do najprostszych w trakcie całego wypadu. Do pokonania czeka około siedemnastu kilometrów dzielących miasto Cachora i pierwszy camping o wdzięcznej nazwie Chiquisca. W miarę możliwości należy spróbować wyruszyć możliwie najwcześniej rano, ponieważ słońce na wysokości trzech tysięcy metrów potrafi być niemałym utrudnieniem. Początkowo licznik stuka szubko, bo maszeruje się w głównej mierze przez okoliczne lasy porastające górskie zbocza oraz  pojedyncze domostwa Peruwiańczyków, którzy zajmują się tutaj w głównej mierze wypasem bydła oraz rozwijającą się z roku na rok turystyką. W przypadku turystów chodzi tutaj w głównej mierze o transport bagaży oraz żywności do wyżej położonych partii szlaku, gdzie każdy spokojnie może za przyzwoitą cenę zakupić prosty posiłek. Właściwy szlak zaczyna się na punkcie widokowym Capullyoc, który znajduje się na wysokości trzech tysięcy metrów i rozpościera się z niego przepiękny na widok na dolinę, która przecina rzeka Apurímac rozdzielając od siebie zbocza, których szczyty sięgają do pięciu tysięcy metrów. W zależności od tempa marszu i możliwości można spać w trzech miejscach nazywanych przez lokalnych mieszkańców kempingami. Jest to Czikiska, Playa Rosallina oraz Alto bajo. Te pierwsze dzieli godzina marszu, natomiast już kolejny, to co najmniej dodatkowe dwie godziny wspinaczki pod dość ostrym kątem. To co wspólnego mają powyższe miejsca z kempingami, to tylko i wyłącznie miejsce do rozbicia namiotu. Jeśli chodzi o infrastrukturę, to spełnia ona wymagania tylko i wyłącznie zatwardziałych trekingowców. Największym plusem jest jednak możliwość kupienia podstawowych posiłków składających się w większości miejsc z ryżu, jajka i makaronu, dzięki czemu nie trzeba ze sobą wnosić pożywienia. Czymś co jednak uprzykrza życie wszystkim obecnym na szlaku, to muszki. Małe, niepozorne, a jednak gryzące tak niemiłosiernie, że jakakolwiek przerwa w marszu, nawet kilku sekundowa, grozi pojawieniem się dziesiątek nowych, szczypiących, czerwonych punktów na skórze. Mimo wypróbowania kilku różnych sprayów, włączając te lokalne, nic nie pomogło. Długie spodnie i nie ma zmiłuj. W moim przypadku pierwszego dnia rozbiłem się Czikiska, gdzie po zjedzeniu makaronu na kolację padłem spać, żeby możliwie najwcześniej wstać. Dzisiaj cały dzień niemiłosiernie paliło słońce, więc w miarę możliwości chciałem się zerwać przed świtem i dotrzeć do kolejnego punktu Oprócz mnie na campigu było trzech Amerykanów, z którymi zamieniłem przed snem dwa słowa. Co ciekawe dwóch z nich było sportowcami (kajakarze) przygotowującymi się do olimpiady i wybrali się tutaj na urlop. Ot takie szybki tydzień w Peru, z czego cztery dni na tym właśnie szlaku.

Nieśmiertelne

Widoczki

Kaktus i śnieg na jednym zdjęciu

Tak naprawdę największym problemem dla każdej osoby, która pojawi się na szlaku będą przewyższenia, niemiłosiernie gryzące muszki, komary, palące słońce i nie daj Boże deszcz. W przypadku pierwszej trudności polega ona na pokonaniu przewyższeń o łącznej sumie około 4000 m w ciągu dwóch dni, co dla wielu osób jest nie małym wyzwaniem. Wprawdzie można wynająć przewodnika z mułem, który prawdopodobnie bez słowa sprzeciwu będzie w stanie wnieść do ruin cały niezbędny ekwipunek, ale zdecydowana większość odwiedzających decyduje się podjąć wyzwanie i pokonać całą trasę o własnych siłach. Druga trudność, to wydawałoby się niepozorne muszki i komary. Sporo w swoim życiu zjechałem, ale owady nigdzie nie dały mi się we znaki tak, jak na tym szlaku. Nogi po pierwszym dniu wyglądały, jak na załączonym obrazku. Słońce, wiadomo, ma swoje plusy i miunsy, ale to co zabija przyjemność z marszu to deszcz, który w minutę osiem zamienia szlak w górski potok.

Opcja „Zdrapać skórę”

Drugi dzień, w trakcie którego do pokonania jest „zaledwie” około ośmiu kilometrów. Najpierw do wioski „Marampata”, a następnie kolejne trzy do ruin. Droga przez mękę. Rzekę Apurimac przekracza się na wysokości 1550 m. n.p.m, a kolejny przystanek, z którego prowadzi już niemal prosta droga do Chocaquirao, znajduje się na wysokości 2900m. Niby tylko osiem kilometrów pod górkę, ale jest to moment, w którym część z pokonujących szlak, decyduje się na wynajęcie mułów, ponieważ wspinaczka z plecakiem, który waży więcej niż kilka kilo, jest zarezerwowana dla najbardziej zaciętych. To co jednak wynagradza cały trud wspinaczki, to niesamowite widoki zarówno na dolinę, ale również na okoliczne szczyty oraz wodospady, które pod koniec pory deszczowej są przeogromne.

Ostatnim miejscem, gdzie większość turystów robi sobie przystanek jest maleńka wioseczka położona na zboczu góry. Przeurocza wioska, zamieszkana przez rdzennych mieszkańców, którzy każdego wchodzącego przez furtkę rodem z Władcy Pierścieni witają uśmiechem i zapewnieniem, że już niedaleko. W tym właśnie miejscu, część z wspinających się rozbija namioty, albo kontynuuje do ruin, które są odległe o kolejne dwie godziny wspinaczki, ale również znajduje się tam miejsce do rozbicia namiotu. Warto jednak zdobyć się na ostateczny wysiłek i podejść te kilka ostatnich kilometrów, bo możliwość oglądania zachodu słońca nad kompletnie opustoszałymi ruinami, to jeden z tych momentów w życiu, których się nie zapomina. Postanowiłem jednak, że namiot rozbiję w wiosce, ponieważ wtedy mogę się przejść „na lekko” w jedną i drugą stronę.

Shire

Pierwsze fragmenty ruin widoczne są już około dwóch kilometrów przed samym miastem. Wprawdzie maja to do siebie, że większość z nich (około 60%) wciąż znajduje się pod warstwą krzewów i drzew, ale odsłonięta część i tak już robi wrażenie. Pokrywające znaczną część zbocza tarasy, które kiedyś służyły za swoiste ogrody oraz miejsca uprawy ziemi zapewniające dostęp do świeżych warzyw i owoców.

Tarasy

Kolejne minuty marszu i zaczyna się zauważać kolejne elementy. A to porośnięte zielonym mchem, kamienne schody, czy też murki, które w założeniu i praktyce zapobiegają częstym w okolicy osuwiskom ziemi, czy też kamieni. Tuż przed wejściem do ruin, w zależności od pory dnia, można spotkać dwóch panów, którym przypadła rola pobierania opłat za wejście. W porównaniu do Machu Picchu jest to kwota symboliczna, bo zaledwie około pięćdziesięciu złotych. Ubogość informacji na szlaku, oraz brak informacji turystycznej w Cachora sprawia, że ów dżentelmeni są jedyną informacją dotyczącą Chocaquirao. Jako, że dziennie ruiny odwiedza zaledwie kilka do kilkunastu osób, po zanotowaniu Twoich danych w opasłym zeszycie z szarymi kartkami, są bardzo skorzy do rozmów i pomocy.

Na teren ruin wchodzi się od strony kolejnych tarasów, żeby po krótkiej wspinaczce wylądować na centralnym placu miasta. Położony jest on pomiędzy placem ceremonialnym, który wygląda, jakby specjalnie dla niego ścięto szczyt góry, a wyższą częścią miasta gdzie umiejscowione są warsztaty i domy mieszkalne.

Do wioski doszedłem w momencie kiedy już się ściemniało, więc w ostatniej chwili. Zostanie na szlaku, w górach, gdzie nie tylko występuje masa jadowitego robactwa, to jeszcze pumy, nie należy do najlepszych pomysłów.

Na miejscu spotkałem parkę holendersko-południowoafrykańską, z którą mijałem się na szlaku kilkukrotnie. O dziwo przegadaliśmy cały wieczór nie rozmawiając o pracy, imprezach, hostelach, czy studiach. Parka była tak zakochana w trekkingach i poczuciu wolności jaką one dają, że w momencie jak zaczęliśmy rozmawiać o Patagonii, to przestać nie mogliśmy. Pewnie byśmy tak rozmawiali do rana, gdyby nie te paskudne muszki, które były dosłownie mordercze.

Z rana trzeba było wrócić tą samą drogą, co było tak samo męczące jak pierwsze dwa dni. Z tą różnicą, że schodząc w kierunku rzeki kolana dostały taki wycisk, że bałem się, że nie dam rady wejść z powrotem w kierunku Cachory. Na szczęście ponownie na Amerykanów. Chłopacy starsi ode mnie tylko o rok, a chłopy wielkie jak szafy. Chcąc nie chcąc wjechali mi na ambicję i postanowiłem utrzymywać ich tempo. Początkowo dawałem radę, ale po sześciu godzinach marszu zaczęli mi się oddalać. Oczywiście zwalałem na wagę plecaka (około 18kg w porównaniu do 13kg Amerykanów) ale nie zmienia to faktu, że chłopaki mieli płuca ze stali.

Starając się utrzymać ich tempo udało mi się w ciągu jednego dnia przejść dwadzieścia dwa kilometry pokonując 3000 metrów różnicy wzniesień i tym samym dotarłem do ostatniego schroniska przed Cachorą. Tam spotkaliśmy również wczoraj poznaną parkę i wspólnie zjedliśmy obiadokolację, a następnie rozbiliśmy namioty na znajdującym się za chatą pastwisku.

Schronisko i palec

Transport jedzenia

Widoczki

Lusterka nie mam to w ten sposób sprawdzam jak bardzo mam zjaraną łepetynę

Widoczki

Schronisko

Nocleg i palec

Jeśli podobał się wpis, to tak jak wczoraj i dwa dni temu i tydzień temu, proszę o wsparcie zbiórki dla małych podopiecznych hospicjum ks. Dutkiewicza w Gdańsku. Po ostatnim wpisie udało się zbliżyć do 100 tys. złotych o zaledwie 180zł, więc niewiele. Wiem, że tamat nie jest już gorący i być może jest już swojego typu zmęczenie, ale zostało już naprawdę niewiele czasu i wpisów do końca akcji. Dlatego proszę jeszcze raz. Pomóżcie TUTAJ

Komentarze (7)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.