2015 · Autostopem przez życie

Salar de Uyuni

← Wszystkie wpisy

Dawno nie było mi nigdzie tak zimno, jak tej nocy w hostelu. Mimo śpiwora i opatulenia się w koc, w nocy obudziłem się, żeby ubrać polar i czapkę. Wiedziałem, że na wysokości czterech tysięcy metrów nad poziomem morza będzie zimno,  ale nie spodziewałem się, że będę zamarzał również w hostelu. Temperatura była dla mnie o tyle istotna, że moim kolejnym punktem podróży była pustynia Salar de Uyuni, gdzie chciałem spać pod namiotem. A jeśli pizgało w hostelu, to na pustyni solnej może być jeszcze gorzej.

Potosi i Uyuni dzieli dystans około 200 kilometrów, więc przy dobrych wiatrach liczyłem, że pokonam ten dystans w dwie, może trzy, godziny. Wstałem standardowo o szóstej rano i opatulony w polar i kurtkę poszedłem zagadać z panią przygotowującą śniadania, czy dałoby radę, żebym zjadł wcześniej. Po chwili ładnego proszenia, señora zaserwowała mi śniadanie przy blacie w kuchni. Jajecznica, naleśniki, banany, ananas i kawka. Następnie zarzuciłem na siebie plecak i po chwili rozmowy z właścicielem hostelu, który kojarzył Polskę, uwaga, bo mamy kopalnię soli w Wieliczce i są tam korty tenisowe, ruszyłem na wylotówkę.

Dzikie psy przestały być problemem

Dzikie psy przestały być problemem

Izi

Izi

Wyjście z miasta zajęło mi niecałą godzinę, bo (jak to ma z reguły miejsce w tej części Ameryki Południowej) większość aut jechała tylko kawałek i skręcała. Gdy w końcu udało mi się wydostać poza ostatnie zabudowania usiadłem na plecaku i czekałem.

Dość szybko udało mi się złapać pierwszą podwózkę na 60 kilometrów, a później, po godzinie leżenia na asfalcie, drugą już bezpośrednio do miejscowości Uyuni, która jest bazą wypadową na pustynię.

Koka

Koka

Czekanie

Czekanie

Człowiek z kartonem na głowie

Człowiek z kartonem na głowie

Sama pustynia robiła wrażenie już z daleka. Gdy z drugim tego dnia kierowcą wjechaliśmy na szczyt wzgórz, które otaczają Salar de Uyuni od zachodniej strony, naszym oczom ukazała się olbrzymia, rozciągająca się na cały horyzont, biała plama.

Uwaga strusie

Uwaga strusie

Uwaga lamy

Uwaga lamy

Ledwie widoczna biała plama

Ledwie widoczna biała plama

Po dojechaniu do centrum miasta, zabrałem się za rozglądanie za wycieczkami. Ceny za jednodniowy wypad zaczynały się od około 120zł, ale wszystkie wyjechały z miasta o godzinie ósmej. Spędzenie całego dnia w jednym z hosteli, który kosztował niewiele mniej mijało się z celem, więc wziąłem się za szukanie alternatyw.  Z tymi też nie było łatwo. Niemalże wszystkie wycieczki zorganizowane wyruszały przed dziesiątą i istniała możliwość zapisania się jedynie na kolejny dzień. W końcu, po odwiedzeniu ośmiu różnych operatorów, którzy doradzali wycieczki co najmniej dwu-trzy dniowe, postanowiłem, że idę sam. Kupiłem w spożywczaku cztery litry wody oraz trochę przekąsek i z dość ciężkim plecakiem wyszedłem z miasta.

Ostatni posiłek piechura

Ostatni posiłek piechura

Czas start

Czas start

Wiedziałem, że na Salarze znajdują się cuda takie jak laguny, różowe pelikany, czy gorące źródła, ale żeby zobaczyć wszystko musiałbym wykupić czterodniową wycieczkę. Na pustynię mogłem poświęcić dwa pełne dni, więc stwierdziłem, że spróbuję się jakoś dostać na wyspę Incahuasi, która słynie z gigantycznych kaktusów wyrastających pośrodku pustyni. Jedynym problemem pozostawało dostanie się na miejsce. Początkowo zakładałem, że po prostu tam dojdę, ale dzielące mnie od nich siedemdziesiąt kilometrów było dystansem na co najmniej dwa dni marszu w jedną stronę. Nie mając specjalnie innego pomysłu, obrałem azymut na wyspę i wypatrywałem zbliżających się aut. Jak coś jechało, to zwyczajnie łapałem stopa.

Najwięcej było oczywiście aut 4×4 ze z turystami, ale zdarzały się też motory, rowery, ciężarówki, betoniarki i autobusy. Jedynym problemem była sama droga. O ile początkowo było to jako takie klepisko z wyraźnie wyznaczoną drogą, to im bliżej pustyni tym bardziej wszystko się rozmywało. Aż w końcu, gdy wkroczyłem na charakterystyczne białe wielokąty, szlak kompletnie zniknął, a auta jeździły jak chciały.

I tak cały czas

I tak cały czas

Szło się całkiem przyjemnie, bo mimo bezchmurnego nieba i palącego słońca, temperatura była idealna. Około 15 stopni, wiaterek, więc parłem do przodu w samym polarze, krótkich spodenkach i czapce na głowie, która z założenia miała chronić moją łepetynę przed zabójczym na tych wysokościach promieniowaniem UV.

Po mniej więcej dwóch godzinach marszu zauważyłem zbliżający się autobus. Wprawdzie wcześniej też już jakiś jechał, ale minął mnie w odległości około kilometra. Nie widząc sensu w biegnięciu, czy to w prawo, czy to w lewo, stałem i mrużąc oczy wpatrywałem się w kierunku zielonego pojazdu. Jechał prosto na mnie. Cały rozradowany zrzuciłem z siebie plecak i obiema rękoma zacząłem machać i podskakiwać.

Kierowca zauważył mnie i mimo, że „prosto na mnie” oznaczało, że minie mnie w odległości dwustu, trzystu metrów,  skręcił i zatrzymał się tuż obok.

- Jadę do Llica, więc mogę Cię podwieźć. Dokąd chcesz? – krzyknął kierowca otwierając drzwi.

- Na Isla Incahuasi, albo gdzieś w pobliże, to sobie podejdę – odpowiedziałem ciesząc się, że w najgorszym wypadku zostanie mi do przejścia około dziesięciu kilometrów.

- Ok, zatrzymujemy się tam, więc wskakuj.

Autobus był prawie pusty i nielicząc mnie w środku siedziało jeszcze dziesięciu Boliwijczyków. Ciesząc się, że największe słońce przesiedzę w schronieniu przykleiłem się do szyby i obserwowałem krajobraz. To co robiło największe wrażenie, to przestrzeń i nijakie zakrzywienie odbioru odległości. Wyspę zauważyłem po około trzydziestu minutach jazdy z prędkością, której nie spodziewałem się po takim starym gruchocie. Jednak samo dojechanie do niej zajęło nam kolejne piętnaście minut.

Wysiadłem wraz z jednym z lokalnych, którzy pracowali na wyspie w schronisku i rozejrzałem się dokoła. Wrażenie robiło kilka rzeczy. Pierwszym była sama wyspa porośnięta gigantycznymi kaktusami, która wyrastała nie wiadomo skąd, na środku białego pustkowia. Drugą rzeczą była sama pustynia. Stojąc plecami do wyspy patrzyłem w kierunku, z którego przyjechałem i widziałem pustkę, która na horyzoncie kończyła się górami, które sprawiały wrażenie jakby unosiły się w powietrzu. Albo raczej bączków, którymi bawiłem się jako dziecko. Śmiesznie też wyglądali wszyscy turyści dookoła. Część z nich chodziła po wyspie robiąc sobie zdjęcia z kaktusami, a reszta kładła się, skakała, ustawiała akwizyty, żeby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z wykorzystaniem perspektywy.

Tablica informacyjna

Tablica informacyjna

Schronisko

Schronisko i góry w tle

Kierunek Uyuni

Kierunek Uyuni

Isla Incahuasi

Isla Incahuasi

Przeszedłem się po wyspie, co nie zajęło mi więcej niż trzydzieści minut i z powrotem zszedłem do aut pełnych turystów. Rozochocony tym, że udało mi się złapać na stopa autobus postanowiłem, że spróbuję popytać i może któreś z aut 4×4 będzie mogło mnie podwieźć do laguny, czy goracych źródeł. Niestety, kierowca każdego auta tylko wybuchał śmiechem lub rzucał cenę niemalże dwukrotnie wyższą aniżeli w biurze podróży. Każdy też dopytywał się jakim cudem tu trafiłem, a gdy powiedziałem, że podrzucił mnie autobus, to tylko kiwali z politowaniem głową i mówili, że z powrotem będzie dużo ciężej.

Gdy przepytałem wszystkie auta usiadłem na skraju wyspy i zacząłem się zastanawiać co dalej. Spojrzałem na mapę i zacząłem sprawdzać odległości dzielące mnie od poszczególnych atrakcji na Salarze, aż w końcu coś mnie tknęło i zwyczajnie wstałem, zarzuciłem na siebie plecak i po prostu zacząłem iść z powrotem w kierunku Uyuni. Według mapy od asfaltówki dzieliło mnie jakiś sześćdziesiąt kilometrów, więc przy założeniu, że dzisiaj zdążę przed zmierzchem zrobić około dwudziestu, to jutro wieczorem powinienem dojść do celu.

Szło się bardzo sympatycznie. Plecak wprawdzie po mniej więcej trzech godzinach zaczął trochę ciążyć, ale wypicie litra wody i opędzlowanie konserwy znacznie mu ulżyło. To co nieco uprzykrzało drogę, to dziwne uczucie, że człowiek się w ogóle nie przemieszcza. Gdy siedziałem i jadłem swoją obiadokolację patrzyłem w kierunku wyspy, która na mapie powinna być już odległa o mniej więcej szesnaście kilometrów, a wciąż ją widziałem. Inne punkty odniesienia też praktycznie się nie zmieniły. Na prawo i lewo odległe góry przypominające bączki, ale poza tym nic. Człowiek idzie patrzy pod nogi, bawi się w „niestawanie na linii” i człapie od jednego wielokąta do drugiego. Im bliżej było wieczora tym piękniej się robiło. Niebo przybierało coraz to cieplejsze barwy, a nieliczne chmury zaczynały pięknie odbijać promienie słoneczne. Około osiemnastej, czyli po mniej więcej pięciu godzinach marszu po raz drugi tego dnia postanowiłem sobie zrobić przerwę, którą koniec końców połączyłem z noclegiem. Tempo miałem nadzwyczaj dobre, bo nie tylko kaktusowa wyspa znikła mi z pola widzenia, to jeszcze gps wskazywał, że przeszedłem dwadzieścia sześć kilometrów. Oznaczało to, że na jutrzejszy dzień pozostało mi już tylko trzydzieści cztery, co jest najbardziej do zrobienia. Zostawiając plecak na ziemi przeszedłem się kilkaset metrów w jedna i drugą stronę od niego upewniając się, że nigdzie nie ma śladów opon samochodów, które cały dzień mijały mnie w różnych odległościach, ale żaden nie przejechał bliżej niż kilkaset metrów ode mnie i zabrałem się za rozbijanie namiotu.

Takie wieczory

Takie wieczory

Już przy pierwszej próbie rozbicia w myślach dziękowałem producentowi, że istnieje możliwość postawienia namiotu bez użycia szpilek, bo za nic nie mogłem ich wbić w białe podłoże. Próbowałem butem, prowizorycznym młotkiem, ale nic nie szlo. Sól była tutaj twardsza od skały.

Im bliżej zachodu słońca tym mniej przyjemnie się robiło. Pierwszym problemem okazał się być wiatr, który wraz z zachodzącym słońcem zaczął wiać na tyle mocno, że namiot, w którego wnętrzu leżał plecak i tak się przesuwał. Drugim problemem były auta. Podobnie jak z wiatrem. Im bliżej zachodu tym więcej ich jeździło. Najgorsze było to, że jeden z nich przejechał w odległości nie większej niż dwieście metrów od namiotu. Tuż po zachodzie temperatura momentalnie spadła. Choć byłem na to przygotowany i ubrałem na siebie wszystko co miałem, to i tak leżąc w namiocie czułem, że nie będzie to lekka noc.

Po zachodnie

Po zachodzie

Spałem jak na szpilkach. Wiatr wiał na tyle mocno, że cały tropik fruwał i rytmicznie obijał się o sypialnie. Ciepło w całości było wywiewane z wnętrza namiotu, wiec opatuliłem się możliwie najmocniej, ale i tak specjalnie to nie pomgało. Jednak największego stracha napędziły mi dwie rzeczy. Pierwszą była cieżarówka, która o dziewiątej wieczorem pojawiła się z nikąd i przejechała w odległości stu metrów ode mnie. Nawet nie łudziłem się, że prowizoryczne odblaski, które zamontowałem na szczycie namiotu będą widoczne na tyle, że kierowca będąc rozpędzony do osiemdziesięciu kilometrów na zdąży zahamować na czas

Koło północy usłyszałem kolejny hałas. Ponownie zerwałem się na równe nogi i wystawiłem głowę z namiotu rozglądając się dookoła. Początkowo nic nie zauważyłem, ale po chwili patrzenia się w niebo rozświetlone tysiącami gwiaz zauważyłem, że na wschód ode mnie gwiazd nie widać. Wtedy niebo rozświetliła potężna błyskawica, a kilka sekund po niej przyszedł ogłuszający huk zwiastujący burzę.

- Tylko nie to – pomyślałem. Sól, owszem, jest higroskopijna, ale ta na Salarze niekoniecznie. Po drodze, jak wiadomo, musiałem się pozbyć części płynów i bynajmniej nie wchłonęły one w podłoże.  Oznaczało to, że jeśli zacznie padać, to wszystko będę miał w solance.

Na szczęście do rana ani się nie rozpadało, ani już nic więcej nie przejechało obok mnie.

Jak to zwykle bywa ostatnie godziny przed świtem były najgorsze. Na zmianę drzemałem i budziłem się, żeby rozgrzać skostniałe stopy i dłonie. Wstałem przemarznięty i niewyspany na chwilę przed świtem. Spakowałem namiot, którego podłoga i dolne części tropiku były całe w soli i ruszyłem przed siebie.

W ciągu dwóch godzin zrzuciłem z siebie wszystkie warstwy ciuchów, w których przespałem noc i szedłem już tylko w polarze i krótkich spodenkach. Pogoda znowu byla idealna do marszu. Delikatny wiaterek, słoneczko i płasko. Jedyne co czułem po wczorajszym marszu, to że spaliłem sobie nos i usta, a oczy zaczynały niezdrowo szczypać. Ciesząc się, że nie pozbyłem się obciachowych okularów przeciwsłonecznych z Kostaryki ubrałem je na nos i od razu poczułem ulgę.DSC_6167

Szedłem przed siebie w abstrakcyjnym, kompletnie niezmieniającym się i nieporuszającym otoczeniu zdając sobie sprawę, że to prawdopodobnie ostania przygoda tego typu w tej podróży. Jeśli dzisiaj dojdę do asfaltówki, to zacznę kierować się już na południe w kierunku Argentyny, a najdalej za dwa tygodnie będę już w czekał na samolot.

Cieszyłem się. Przede wszystkim dlatego, że wracałem do Polski nie mówiąc o tym nikomu poza bratem. Rodzice byli święcie przekonani, że w domu pojawię dwa tygodnie później i będę leciał prosto do Singapuru. Tymczasem przed wylotem na drugą stronę globu planowałem spędzić w ukochanym Gdańsku co najmniej dziesięć dni . Cieszyłem sie, że w końcu zobaczę rodzinę, spotkam się ze znajomymi, wyśpię się we własnym łóżku, pójdę na spacer z psami i nie będę się o nic martwić. Że będę mógł się pośmiać z rzeczy i z ludźmi, których znam od lat nastu. Że będę w domu w najpiękniejszym okresie później wiosny, gdy wszystko zaczyna kwitnąć.  Ciągnęło mnie już okrutnie.

Wprawdzie przez głowę przelatywały mi myśli typu „Nie dojechałeś na Antarktydę i nie przytuliłeś pingwinów, więc ludzie będą gadać, że dałeś ciała”. Tylko, że o tym, że nie dojadę wiedziałem już w grudniu, gdy wraz z rodziną Matta obraliśmy kierunek „Karaiby”. Żeby dostać się na Antarktydę musiałbym pojawić się na południu Argentyny najpóźniej w styczniu, a to byłby możliwe jedynie jeśli z Kanarów złapałbym jachtostopa do Brazyli, czy Argentyny. Cumując na Karaibach wiedziałem, że możliwość dostania się tam na czas graniczy z cudem, a wszystkich złudzeń pozbyłem się dwa miesiące później, gdy podjąłem decyzję, że lecę do Singapuru.

Jednak, czy w tej podróży naprawdę chodziło o to, żeby dojechać stopem na Antarktydę? Jasne, że nie. W tej podróży dokonałem dwóch rzeczy dużo większych aniżeli postawienie nogi na najbardziej niedostępnym kontynencie, czy zdjęcie z pingwinem. Pierwszą jest było przejście Camino de Santiago, które dało mi bezsprzecznie najwięcej w tej całej podróży. Druga rzecz, to zbiórka dla hospicjum. Na chwilę obecną na jej koncie jest już ponad 60 tysięcy złotych. Wczoraj dostałem wiadomość od Fundacji, że chcą już teraz za część tej kwoty kupić podopiecznym Domowego Hospicjum Dziecięcego sprzęt z okazji Dnia Dziecka. Ssaki, pulsoksymetry, czy koncentrator tlenu. Nawet nie wiem, jak to wszystko wygląda, ale dotarło do mnie, że gdyby nie to, że postanowiłem ruszyć w tą podróż, to tego wszystkiego by nie było. Mimo, że podróż nie obfitowała w dzikie przygody, które będę opowiadał z wypiekami na policzkach na prezentacjach, to dała ona więcej niż cokolwiek co zrobiłem do tej pory w swoim życiu. Pisząc o życiu w podróży i starając się za każdym razem wkładać serce w to co opisuję zmobilizowałem ponad dwa tysiące czytelników, „anonimowych pomagaczy”, którzy wsparli zbiórkę w większości kwotami 5-10zł. Którzy czasem pisali w komentarzach rzeczy, które znaczą dla mnie więcej niż większość co do tej pory słyszałem. 

Czy Antarktyda była celem? Chyba tylko dla mediów, które dzięki temu nagłośniły zbiórkę w początkowym jej stadium. Często mówi się też, że w podróży bardziej liczy się sama podróż aniżeli jej cel. Że nie zmierza się gdzieś, żeby tam dojechać, ale żeby właśnie być w drodze. W przypadku tej mojej podróży było chyba nieco inaczej. O ile początkowo miałem własnie nastawienie, że muszę, to po Camino mi przeszło. Jeśli w życiu coś muszę, to chyba przede wszystkim (jakkolwiek banalnie to brzmi) być w nim szczęśliwym, a Antarktyda nie jest mi do tego w najmniejszym stopniu potrzebna.

Rozmyślając o wszystkim i o niczym wpadłem w swoisty tryb zawieszenia, z którego ocknąłem się dopiero, gdy do tej pory suche jak pieprz wielokąty zaczęły być wilgotne. Po kolejnych kwadransach marszu zaczęła je pokrywać cieniutka warstwa wody. Spojrzałem na swoje trapery i stwierdziłem, że zdecydowanie nie chciałbym ich stracić, a kąpiel w solance może tym skutkować. Zatrzymałem się, zdjąłem buty i przewiązałem je sznurówkami do plecaka, a na stopy założyłem sandały. Początkowo zdawały egzamin, ale z każdym kolejnym kilometrem wody było coraz więcej i czułem już, że mam zmacerowały mi stopy.

Dorga

Czasami żałowałem, że nie mam lepszego aparatu

Ktoś próbował wbić śledzie

Ktoś próbował wbić śledzie

Kolejne kilometry, to już walka z samym sobą. Na stopach zaczęły pojawiać się odciski, które na mokrej stopie momentalnie pękały. Ból, który powodowała sól wdzierająca się w każde zadrapanie, czy pęknięcie był nie do zniesienia. Coraz częściej się zatrzymywałem, a tempo marszu znacząco spadło. Po południu widziałem już hotel, który znajdował się zaledwie 13 kilometrów od drogi, ale od niego dzieliło mnie jeszcze dobre kilka kilometrów. O siedemnastej wiedziałem już, że nie ma opcji, że dzisiaj dotrę. Marsz sprawiał coraz większy ból, a na jednej stopie pojawił się odcisk wielkości pięty. Jeszcze jak na złość im bliżej hotelu tym więcej aut mnie mijało, ale nikt się nie pofatygował, żeby podjechać i zapytać, czy podwieźć.

Tuż przed zmrokiem rozbiłem namiot i klnąc na sól, którą miałem już wszędzie, rozstawiłem go i wskoczyłem do środka modląc się, żeby nie padało.

Nocleg nr.2

Nocleg nr.2 

Romantycznie

Romantycznie

O dziwo noc była dużo spokojniejsza aniżeli pierwsza. Ani nie obudziło mnie żadne auto, ani burza, więc przebudzałem się dopiero nad ranem się  i intensywnie rozgrzewałem.

Ponownie wstałem z samego rana i wciąż idąc w sandałach i założonych na stopy skarpetach, człapałem przed siebie. Minąłem hotel i rzeźbę zbudowaną tu z okazji rajdu Dakar, a następnie powoli szedłem już w kierunku miejscowości Colchani, której światła widziałem już wczoraj wieczorem.

Droga

Droga

Jak na ironię, im bliżej byłem granicy Salara tym więcej było na nim wody, a tuż przed samą drogą miałem do przekroczenia coś w stylu solnego rozlewiska, w którym idąc po kolana w wodzie mało co sandałów nie pogubiłem.

Gdy w końcu usiadłem na względnie suchej powierzchni, obchodziło mnie tylko i wyłącznie jedno – opłukanie nóg z wdzierającej się w każdy krwawiący odcisk soli i ubranie suchych skarpet.

Pamiątka po Dakarz

Pamiątka po Dakarze

Flagi pustynne

Flagi pustynne

W miejscu, gdzie padłem była również rodzinka, która prawdopodobnie spędziła ostatnią noc w zaparkowanym nieopodal busie oraz rowerzysta, który wyglądał jakby przymierzał się do ruszenia w kierunku pustyni. Nie miałem siły podchodzić do obcokrajowca, bo był zdecydowanie za daleko, a z Boliwijczykami nie specjalnie chciałem zagadywać dopóki chwili nie odpocznę. Jednak zanim jeszcze usiadłem, podszedł do mnie starszy mężczyzna, będący prawdopodobnie głową rodziny: – Hola! Skąd jesteś? – zapytał z dawno przeze mnie nie widzianą i nie słyszaną ciekawością. – Z Polski proszę Pana – odpowiedziałem i kontynuowałem jednocześnie uprzedzając kolejne pytanie padające niemal zawsze zaraz po tym – To duży kraj w Europie. Pomiędzy Niemcami i Rosją. Facet spojrzał na mnie rozbawiony i powiedział: – O proszę, ten drugi też jest z Polski! – i wskazał palcem w kierunku rowerzysty. Powtórzyłem jeszcze dwukrotnie, żeby się upewnić, że zrozumiał słowo „Polonia”, a następnie zaciekawiony, ale z przeraźliwym bólem stóp, na których odciski zdążyły już trochę obeschnąć, poczłapałem kilkadziesiąt metrów w kierunku domniemanego Rodaka. – Siema ziomek! Z Polski jesteś? – krzyknąłem pytająco z miejsca, z którego mógł mnie już usłyszeć. Odpowiedź zabrzmiała zadziwiająco polsko. – No, kurwa! Jaka beka! Ale nie to było najdziwniejsze. Bogdan okazał się niemalże moim rówieśnikiem z Tarnobrzegu, który na rowerze zasuwał już blisko trzy miesiące. Zaczął w Brazylii, a następnie przez Argentynę do Boliwii i planował dojechać rowerem aż do Meksyku. Gadka szmatka. Co warto. Czego nie. Porady. Żarciki. Narzekanie na pieniądze. Na pogodę. Na żarcie. Na kupę. Klasyczne dwie marudy na szlaku. W pewnym momencie mała zwiecha. Bogdan na mnie patrzy i pyta: – Ty Przemo, a jak Ty masz na nazwisko? – Skokowski, a co? – No co Ty gadasz?! Ten Skokowski?! Stary, przeczytałem Twoją książkę przed wakacjami i postanowiłem, że skoro Ty dałeś radę, to teraz moja kolej. Pojechałem do Holandii, zarobiłem pieniądze, kupiłem rower, bilet w jedną stronę i o to jestem. Co więcej, na skraju tej cholernej pustyni rozmawiam sobie z Tobą jakby nigdy nic – terkotał z zacieszem na twarzy zarośniętej niemalże jak moja.

Z Bogdanem

Z Bogdanem

Z Bogdanem pogadałem dobre trzydzieści minut, aż końcu zdecydowałem, że czas ruszać dalej, bo od Tupizy dzieliło mnie jeszcze dobre trzysta kilometrów, a okolica nie należy do najbardziej uczęszczanych przez samochody.

Jeśli wpis się podobał, to zakończę tak jak zwykle prośbą o wsparcie akcji, o której pisałem wyżej. Na chwilę za czterdzieści tysięcy złotych, które udało się już zebrać będzie kupiony sprzęt dla dzieciaków z hospicjum. Za resztę kwoty, którą zbieramy Fundusz Dzieci Osieroconych będzie mógł zafundować dzieciom, które straciły bliskich w hospicjum, różnego typu korepetycje, wakacje, czy najpotrzebniejsze rzeczy takie jak ubrania, zabawki itp. Jeśli chciałbyś dorzucić się do każdego z uśmiechów podopiecznych Fundacji Hospicyjnej, to wystarczy, że wejdziesz na tę stronę - Autostopem dla Hospicjum

Komentarze (11)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.