Dzień 37
W autobusie wyspałem się nieziemsko i obudziłem dosłownie przed samym miastem. Naser - nauczyciel, który wczoraj tłumaczył wszystkie moje opowieści, ponowił swoje zaproszenie. W sumie ucieszyłem się, bo nie miałem pojęcia, co będę robił do wieczora, kiedy to miała wrócić Sonia.

Po wyjściu z autobusu wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do jego domu. W drodze tak się zastanawiałem, jakby zareagowała moja rodzinka, gdyby np. tata zaprosił do domu na śniadanie, totalnie obcą osobę poznaną w autobusie. Strzelam, że mogłoby być niezręcznie i krępująco. Ale nie w Iranie.
Na wejściu powitała mnie jego żona i dwie córki. Z początku nie wiedziałem, jak się zachować, bo naczytałem się, że kobietom nie można np. uścisnąć ręki na powitanie. GŁUPOTA! Można! Oczywiście na początku uprzejmie się ukłoniłem, kładąc prawą rękę na sercu, wypowiadając irańskie pozdrowienie "Salam", ale już po chwili rozmowy zapytałem się, czy to rzeczywiście prawda, że uścisk dłoni jest zabroniony. Dziewczyny zaczęły się śmiać i powiedziały, że to głupi wymysł ich rządu, a nie ich zwyczaj. Zachęcony wstałem i uścisnąłem dłoń każdej z osobna.
Naser zaproponował, żebym wziął kąpiel, a później będzie śniadanie. Namawiać mnie nie trzeba było.

Podczas śniadania królowały sałatki z sałatą i standardowo jogurt i dżem oraz chleb. Ale się najadłem, odkrywając po drodze jedną z najbardziej genialnych łyżeczek, jakie w życiu widziałem.

Po śniadaniu zamiast pojechać do Persepolis czy na zwiedzanie, to zaczęliśmy rozmawiać, ale w gruncie rzeczy najbardziej ich interesowała Europa i świat zachodni. Co i jak tam jest? Czy naprawdę można bez problemu dostać paszport? Czy byłem w Paryżu? Pierwszy raz w życiu spotkałem ludzi tak głodnych i spragnionych wiedzy o świecie. I znowu 3 godziny opowiadania, przerywane pokazami ich zdjęć z wesel, wypraw w góry czy wakacji.

Po trzech godzinach nastała pora na lunch, czyli coś co dla mnie było po prostu normalnym obiadem, na który pani domu zaserwowała ryż z gotowanym kurczakiem, surówki, dziwną zieloną galaretkę i suszone śliwki ze śmietaną.

Po obiedzie wszyscy jak jeden pan oznajmili mi, że teraz nastał ich czas na popołudniową drzemkę, więc zostałem sam na sam z komputerem i uzupełniłem wpis na blogu.
Gdy już wszyscy wstali, postanowiliśmy się wybrać do Persepolis, które jest odległe od Shirazu o 70km. Po drodze musieliśmy wstąpić do lekarza Sahar, córki Nasera. Lekarz okazał się być chirurgiem plastycznym. Tym samym dowiedziałem się, że w Iranie panuje obsesja(nie przesadzam) na punkcie korekt nosa, ust i wstrzykiwania wszędzie, gdzie się da, botoksu. Sahar była już po korekcji nosa, wzroku i botoksie w ustach. Trochę mi się śmiać chciało, ale gdyby tak pomyśleć, to nie jest to do końca głupie. Przecież podczas oceny kandydatki na żonę można oceniać praktycznie tylko twarz, więc wiele młodych dziewczyn robi wszystko, żeby wyglądać idealnie.

U chirurga straciliśmy blisko 30 min, bo musiał dokonać jakiejś korekty i do Persepolis ruszyliśmy dopiero o 18. I to było za późno, bo na miejscu okazało się, że wpuszczają tylko do 19. No ale uparliśmy się, żeby wejść, więc próbowaliśmy wszystkich sposobów. Wpierw bezpośrednio do strażników, że przyjechałem z, uwaga, Lachistanu(bo tak nazywa się Polskę w Iranie) i jutro wylatuję itp. Nie dało rady, ale zainteresowali się ludzie dookoła. Po chwili miałem już w ręku bilet i z dwóch osób, które przekonywały strażników, żeby mnie wpuścili, zrobiło się 15. Jeden przez drugiego krzyczał, żeby zrobić wyjątek, ale policjanci byli nieugięci, Nie rozumiałem nic z tego, co wszyscy krzyczą, ale po chwili dało się poczuć dość nerwową atmosferę, a jeden z policjantów uderzył pałką w kraty oddzielające nas od wejścia. Jeszcze parę okrzyków i towarzystwo się rozeszło. Poprosiłem Nasera i Sahar, żeby wytłumaczyli mi, co się stało. Okazało się, że na początku wszyscy prosili, żeby zrobić wyjątek dla turysty, ale policja nie chciała się zgodzić, więc zaczęły się pretensje typu "Przez takich jak Wy na świecie piszą, że jesteśmy dzikim krajem" itp. No i policjant się zirytował, przywalił pałką w kraty i zagroził, żeby się rozejść, bo będą problemy.

Tym samym cmoknąłem klamkę, ale znowu sobie pomyślałem, że jak Bóg da, to jeszcze to miasto zobaczę.I miałem rację, ale o tym w kolejnych wpisach.
Po powrocie do Shiraz zadzwoniliśmy do Sonii, która powiedziała, że będzie w mieście około 23. Mieliśmy więc blisko 3 godziny czasu, więc Naser zapytał się mnie, czy byłbym tak miły i zrobił dla nich polski obiad, jaki zrobiłem w Tehranie. Uśmiałem się, ale stwierdziłem, że czemu nie? Pojechaliśmy na zakupy, podczas których odwiedziłem sklep mięsny. Niby nic, a jednak coś. Okazuje się, że w Iranie nie możesz kupić osobno np. piersi kurczaka, tylko musisz kupić całego. Ewentualnie pracownik sklepu może go pokroić w sposób jaki sobie tego zażyczysz.

I znowu gotowanie. Tym razem okazało się, że przyjdzie jeszcze teściowa Nasera i jego siostra, więc musiałem ugotować obiad dla 8 osób. Zaopatrzony w spodnie podarowane mi przez Sahar ruszyłem na podbój kuchni.
W międzyczasie okazało się, że Sonia też już jest w mieście, więc zaprosiliśmy ją i jej kolegę Kijana, żeby zjedli z nami. Pojawili się o 23 i wtedy zaczął się najśmieszniejszy okres mojego pobytu w Iranie. Dosłownie. Dzięki tej dwójce mega pozytywnie zakręconych ludzi, nie dość, że śmiałem się praktycznie non stop, to jeszcze zwiedziłem i przeżyłem naprawdę wiele.

Do domu Sonii dotarliśmy o 1 w nocy. Miałem nadzieję, że się wykąpię i pójdę spać, ale nie. Oprócz tego, że było śmiesznie, to mój host był osobą, która nie chodziła wcześnie spać i tym samym do końca mojego pobytu zasypiałem zawsze po 3.
Dzień 38
Wstaliśmy o 9 i zjadłem chyba najmniejsze śniadanie ever. Jako, że Sonia nigdy ich nie jada, to prawdopodobnie nie zdawała sobie sprawy, że jedno jajko, kawałek chleba i suchy pączek, to trochę mało. Oczywiście ze szczerym uśmiechem powiedziałem, że się zapchałem.
Po śniadaniu ubraliśmy się(W Iranie mężczyźni mają obowiązek zawsze nosić długie spodnie) i pojechaliśmy spotkać się z Kijanem w centrum.

W pierwszej kolejności zwiedziliśmy zamek w Shiraz, w którym w sumie nie było nic ciekawego, ale miałem jedną śmieszną sytuację.
Gdy przechadzałem się z moimi hostami, podeszła do mnie lokalna dziewczyna z pytaniem, czy może ze mną pomówić na osobności. Zdębiałem i popatrzyłem na Sonię i Kijana, ale oni w sumie też nie wiedzieli, o co chodzi.Dalej rozmowa wyglądała następująco:
"Cześć, skąd jesteś? Z Polski... ŁAŁ! to super! Kocham Polskę! Chcę pojechać do Polski! Co robisz wieczorem?"
W tym momencie spojrzałem się na Sonię, która dosłownie rżała ze śmiechu, a Kijan dotrzymywał jej w tym kroku. Nie wiedząc specjalnie, co odpowiedzieć, pożegnałem się z ową dziewczyną z obietnicą "Odezwę się".
Po zwiedzaniu zamku trafiliśmy na bazar, gdzie spróbowałem ich lokalnego przysmaku, który opisali mi jako mrożony makaron z polewą cytrynową.

Później ruszyliśmy w stronę meczetu, ale mieliśmy pecha, bo byliśmy tam w okolicach 1, czyli godziny modłów i na ulicach było mnóstwo ludzi idących lub wracających z meczetu. Postanowiliśmy przesiedzieć największy skwar w jakiejś restauracji i zjeść tam lunch.
I zaczęliśmy iść. Nie miałem pojęcia, gdzie jestem ani gdzie idziemy, ale byłem zafascynowany trasą. Maleńkie i puste uliczki, zrobione z piaskowca, mnóstwo zakrętów, zejść i daszków, aż po którymś zakręcie ukazał się nam ogród jak z baśni tysiąca i jednej nocy. Otoczony budynkami sprzed 2000 lat ogród z drzewami, fontannami i klasycznymi irańskimi dywanami i poduszkami gdzie jadło się i piło, a następnie można było zdrzemnąć.

Sonia z Kijanem zamówili dla mnie tradycyjny ryż i kebab, a następnie swojego rodzaju kefir, który można kupić w każdym sklepie. Jest to nic innego jak rozwodnione mleko z solą i pieprzem, ale pite na potęgę w całym Iranie.

W trakcie obiadu dodzwoniliśmy się do innych couchsurferów obecnych w Iranie i umówiliśmy się na małe spotkanie w parku Hafeza.

I tutaj warto wspomnieć o kolejnej ważnej rzeczy związanej z Iranem, a mianowicie poezji. Dosłownie każda osoba, którą spotkałem, znała na wyrywki fragmenty poezji Hafeza czy Saadi`ego. Dużo prawdy jest też w stwierdzeniu, że "Nieważne do jak ubogiego domu trafisz, to zawsze znajdziesz tam Koran i tomik poezji Hafeza".
Ogród Hafeza okazał się również miejscem jego pochówku, gdzie ludzie modlili się za niego przykładając trzy palce do jego grobu i wypowiadając magiczne formułki. Oczywiście moi prześmiewczy hostowie nauczyli mnie tej modlitwy. Polegała ona na podejściu do grobu z natchnioną miną, położeniu trzech palców na grobie i udawaniu, że coś się mamrocze.

I wtedy poznaliśmy Odela, który był 29-letnim podróżnikiem z Tunezji i jego hosta Marian. Odel okazał się być typowym arabem, komplementującym dziewczyny w taki sposób, że z trudem powstrzymywałem się od śmiechu, gdy rzucał teksty do Sonii typu "Czy padało kiedy się urodziłaś?" - tutaj zdziwiona mina Sonii i odpowiedź "Nie wiem, a co?". A następnie powalająca kwestia Odela - " Na pewno padało, bo niebo musiało się wypłakać po stracie najpiękniejszej gwiazdki" - tutaj konsternacja Sonii i mój ledwo tłumiony wybuch śmiechu. I tak w kółko.

Usiedliśmy sobie na trawie w parku i aż do zmierzchu rozmawialiśmy o wszystkim w Iranie, co raz niezręcznie zmieniając temat, gdy Odelowi włączał się tryb bajeranta.

Po zachodzie słońca podjechaliśmy jeszcze zobaczyć park, w którym był pochowany Saadi. I znowu to samo. Drzewka, krzaczki, budynek na środku, trzy palce i memranie ustami.

Koniec końców zgłodnieliśmy i postanowiliśmy przejść się na kabab. Kebab okazał się być pięcioma kawałkami Bóg wie czego na metalowym pręcie z chlebem do zagryzki. Na koniec Marian pokazała mi jeszcze jeden irański zwyczaj - jedzenie limonki z solą po zakończeniu posiłku. Obiecałem sobie, że w podróży nie odmawiam, więc spróbowałem i szczerze byłem zaskoczony, jak fantastycznie może się wykrzywiać moja twarz.

Po posiłku się pożegnaliśmy i wróciliśmy do domu.A w domu spokoju nie było.
Najstarsza siostra Sonii miała pojutrze wyjeżdżać do Korei Południowej na 5 lat na jakieś studia, więc zjeżdżała się cała rodzinka na imprezę pożegnalną, która miała się odbyć jutro. Najbardziej urocza, ale i również upierdliwa była córka jednej z sióstr Sonii, bo cały czas chciała się ze mną bawić. Nie miałbym nic przeciwko, gdyby nie fakt, że między 2 a 4 w nocy moja cierpliwość do dzieci mówiących gaga i rzucających we mnie plasteliną jest ograniczona.

Tak czy inaczej ustaliliśmy, że jutro musimy się wyspać i nigdzie nie idziemy, bo szykuje się zjazd rodzinny i wielkie pożegnanie, wiec czekała mnie prawdziwa irańska domówka. No ale o tym w kolejnym wpisie już jutro;)


Komentarze (3)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.