2012 · Autostopem przez życie

Supra i "Gaumardzos!"

← Wszystkie wpisy

Dzien 23

Wstałem z samego rana. I jak zwykle z tego samego powodu. ZA GORĄCO! Poważnie, o 7 rano w namiocie robi się za ciepło, żeby można było w spokoju odwrócić się na drugi bok i spać dalej. Nie pozostało mi nic innego jak wyczołgać się i ruszyć na zwiedzanie Gori.

Flaga Gruzji

Podszedłem do policjanta z budki w podziękowaniu za całonocne czuwanie i grzecznie zapytałem, czy mogę zostawić u niego plecach, bo średnio chce mi się z nim zwiedzać miasto. Nie robił żadnych problemów.

Pierwszym punktem zwiedzania był zamek, u którego podnóża spałem. Podobnie jak zamek w Ananuri - wejście za darmo i mogłem wejść wszędzie. Niestety minusem był fakt, że jest on strasznie zaniedbany i zniszczony, ale widok z najwyższej wieży jest spektakularny. Widać całe Gori i posterunki graniczne z Osetią Południową.

Zamek w Gori

W ogóle pisząc o Gori muszę napomknąć pokrótce o historii najnowszej miasta, która jest dość smutna.

W sierpniu 2008r. doszło do  5 dniowej wojny pomiędzy Gruzją i Rosją. Wersja kto zaczął różni się znacząco, w zależności od tego, po której stronie Kaukazu jesteś. Generalnie w dużym skrócie konflikt można opisać następująco:

W Osetii Południowej doszło do wymiany ognia między powstańcami domagającymi się niepodległości, a żołnierzami gruzińskimi. Walki wybuchły również w Abrazji. Gruzja zaatakowała pozycje powstańców i (wg rosjan) również posterunki rosyjskie. W efekcie Rosja przysłała swoje wojska, które w znaczej sile znajdowały się przypadkiem na granicy i wyparła wojska gruzińskie z spornych regionów, a następnie zajęła gruzińskie miasta m.in Gori, które przy okazji zbombardowała. W jeszcze większym skrócie - doszło do rozejmu, ale rosyjskie wojska nie wycofały się z obszarów Osetii i Abrazji, a wzięły się zaumacnianie pozycji.

Wg prawa międzynarodowego, tereny obu republik są formalnie częścią Gruzji, ale w rzeczywistości okupowane są przez Rosję. Oba te pseudopaństwa nie są uznawane przez inne państwa (wyjątek to Rosja i Wenezuela i kilka mniejszych, o których przeciętny człowiek nawet nie słyszał). Jako, że ich mieszkańcy formalnie nie mają obywatelstwa, Rosja bardzo chętnie przyznaje im swoje paszporty, co skutkuje coraz większą ilością "Rosjan" w tych obszarach i długofalowym skutkiem będzie prawdopodobnie wcielenie ich do Federacji Rosyjskiej.

To tyle.

Akutalnie w Gori już praktycznie nie widać efektów bombardowań, a całe miasto staje na nogi. Większości budynków jest resturowana(W tym cała starówka),a ludzie uśmiechają się na ulicach i pozdrawiają międzynarodowym "Hello!"

Starówka Gori w trakcie gruntowne renowacji

Po zejściu z zamku ruszyłem do Muzeum Stalina. Tak! Stalina! Józefa! Gori jest miastem gdzie się urodził, a on sam nie był rosjaninem tylko rodowitym gruzinem. Na zewnątrz znajduje się dom, w którym się urodził, w całości przeniesiony z obrzeży miasta i obudowany potężnymi kolumnami i dachem z czerwoną gwiazdą. Obok jest również wagon, w którym dojechał na konferencję w Jałcie, bo po ludzku bał się samolotowW środku, dosłownie wszystko. Począwszy od zestawu obiadowego do kibla na którym siadał.

wagon Józefa

I w sumie to tyle, jeżeli chodzi o zwiedzanie. Wróciłem jeszcze na chwilę do kafejki internetowej, żeby wrzucić jeden z wywiadów, sprawdziłem trasę,odebrałem plecak i jazda na trasę. W sumie miały być 4km, ale jakimś cudem zabłądziłem mimo, że jedyne co musiałem, to iść prosto.

Kiedy już dotarłem stwierdziłem, że chrzanić tabliczkę i spróbuję złapać stopa w olewacki sposób, czyli po prostu z wyciągniętym w górę kciukiem. I się udało! po 2 minutach!

Kolejny stop w tak krótkim czasie zmusił mnie do myślenia, co powoduje, że w Gruzji tak prosto o stopa. Jedno dokładniejsze spojrzenie na mapę i EUREKA!

Układ głównych arterii drogowych Gruzji przypomina nieco rozjechanego kota z urwną głową i wyprostowanym ogonem. Rączki (bez głowy!) prowadzą wzdłuż wybrzeża. Następnie, mniej więcej na ich środku znajduje się kręgosłup, który prowadzi aż do Tbilisi. Tam do kręgosłupa dochodzą rozgniecione nogi. Jedna z nich prowadzi do granicy z Rosją, a druga do Armenii. Następnie przedłużeniem kręgosłupa jest długasny ogon, którym dojedziemy przez Kachetię do Azerbejdżanu.

Dumny ze swojej metafory, zabrałem się za rozmowę z moim kierowcą, ale nie był jakoś specjalnie rozmowny, więc siedziałem cicho i czytałem przewodnik.

Po jakimś czasie mój kierowca zapytał się, czy mam czas, żeby podjechać do niego do domu na godzinę, bo musi przypilnować gospodarstwa. W sumie czemu nie? Nie spieszy mi się, więc dawaj. Zboczyliśmy z gruzińskiego kręgosłupa i wjechaliśmy na jakiś mały odcinek sierści. Pierwsze co to krowy. Dużo krów! Tak dużo, że przez około kilometr klakson pracował jak opętany, bo łaciate niespecjalnie chciały schodzić z drogi.

Dojechaliśmy. Klasyczne gospodarstwo rolne. Mnóstwo, krów, świnek, kaczek, kur, indyków, sadów i pól. Jak tylko wysiedliśmy zostaliśmy otoczeni przez cztery psy, które wesoło zaczęły szczekać i skakać. Chwilę później przyszli synowie kierowcy. Chłopaki mniej więcej 16-17 lat. Jak wysiadłem, tak stoję, bo niespecjalnie wiem co mam robić dalej. Na szczęście gospodarz macha, żebym szedł z nim.

Weszliśmy do obory, gdzie wziął się za karmienie świnek, a tam zacząłem rozmawiać z jego synami, którzy całkiem całkiem radzili sobie z krzyżówką angielskiego i migowego. Zrozumiałem, że chcą mi pokazać gospodarstwo, więc ruszyłem z nimi. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to że mają tu dosłownie wszystko, co do życia potrzebne. wszelakiego typu warzywa, owoce, zwierzęta. Przechadzka trwała około 15 min, a zakończyła się przy małym stoliku, gdzie czekał na mnie arbuz, ser, chleb, czacza (wódka gruzińska) i gospodarz z sąsiadami.

Poczęstunek w ogrodzie

Okazało się, że jeden z sąsiadów mówi po angielsku, bo spędził 5 lat pracując w Londynie, a drugi po rosyjsku. Pierwszy poczęstował mnie wódką i wzniósł toast, a drugi podarował pieniądze. Polskie pieniądze z wczesnych lat 80 kiedy to pracował w polsce na budowie. Nie wiem po co mi one, ale koniec końców facet miał gest.

Gruby hajs

Nieświadom tego co mnie czeka później. Zjadłem tyle, żeby mieć spokój do wieczora. Po wszystkim mój kierowca powiedział, że teraz może mnie zawieźć do Kutaisi, skąd będę miał już blisko do Gelati.

Po 5 min jazdy zobaczyliśmy rowerzystów, którzy wyglądali jakby się zgubili. Mój kierowca po rosyjsku zapytał się, czy można pomóc. Odbowiedz polegała na powtórzeniu tego co powiedziała osoba pytająca. Byłem pewien, że rowerzyści "niet paniemajet".

Wyskoczyłem z auta i ośmielony czaczą zacząłem z nimi rozmawiać po angielsku. Okazało się, że był to mój pierwszy kontakt z Irańczykami. Trójka młodych ludzi ruszyła na rowerach przez Armnię, Gruzję i Rosję aż do Pakinu w ramach akcji UNICEFu. Okazało się, że ich podróż miała trwać dwa lata! Po poradach gospodarza, powiedziałem im gdzie mają jechać i się pożegnaliśmy, wzajemnie życząc sobie wytrwałości. Ja dam radę, a oni będą jej potrzebować jak tlenu.

Irańscy rowerzyści UNICEfu

Zgodnie z obietnicą zostałem wysadzony w centrum miasta. Była już 20 i powoli zaczynało się ściemniać, więc postanowiłem, że jak tylko wyjdę z miasta rozbiję namiot i pójdę spać.

Ledwo ruszyłem i obok mnie zatrzymuje się samochód, a jego właściciel pyta się, czy jadę do Gelati (okazuje się, że już nawet wystawianie kciuka jest zbędne, bo ludzie sami się pytają, czy mnie podwieźć). Zaskoczony odpowiadam, że tak. Wsiadam i kolejne pytanie ze strony mojego nowego znajomego - czy jestem głodny. I w tym miejscu popełniłem jeden z większych błędów w podróży. Odpowiedziałem twierdząco mimo, że mój brzuszek był pełny w 70%.

Co się okazało? Mój kierowca był właścicielem restauracji w Gelati, więc po 20 min siedziałem wśród jego rodziny i znajomych przy stole, który dosłownie uginał się od ilości jedzenia i wina. I nie , nie przesadzam, uginał się. W ten sposób trafiłem na pierwszą w swoim życiu supre, czyli wspólny posiłek gruzinów, o którym do tej pory tylko czytałem w internecie i książkach.

Supra

Supra to swojego rodzaju świętość w tradycji guzińskiej. Każda rodzina przynajmniej raz w tygodniu spotyka się ze znajomymi i wspólnie  je, pije. Z jedzenia jest wszystko co w Gruzji najlepsze: świeże warzywa, owoce i narodowe potrawy, o których będę pisał później. Z rzeczy do picia, niepodzielnie panuje wino. Dużo wina (Mamo, przepraszam, że znowu piszę o alkoholu, ale będąc w Gruzji nie sposób o tym nie pisać, bo do istotna część tradycji tego kraju. Jak wiesz, kocham lokalne tradycje, a ta wyjątkowo przypadła mi do gustu)

No i się zaczęło jedzenie i picie. Jak wspomniałem byłem w 70% pełny, więc mniej więcej po drugim daniu zacząłem mieć nielada problem, bo jedzenia ciągle przybywało. Po czwartym popelnilem duze faux pas. Przy nakładaniu mi kolejnego dania powiedziałem, że już dziękuję. I wtedy zapadła cisza. Dosłownie cisza.Po ciężkich 5 sekunach głos zajął gospodarz prowadzący supre z pytaniem - "Nie smakuje Ci?" Ja na to - "Oczywiście, że smakuje! Jest przepyszne, wyśmienite!" - gospodarz - "No to jak Ci smakuje, to czemu nie jest? Nie szanujesz mnie? Mojej kuchni? Moich gości?"

Właśnie to nazywa się sytuacja beznadziejna.

Z rozpaczą w oczach podniąsłem widelec z kawałkiem wieprzowiny do ust i zacząłem żuć. Gospodarz się uśmiechnął, wykrzyknął zem "Zuch chłopak". A ja pogrążony w mojej męce i rozpaczy żułem dalej. Sytuacja wróciła do normy i znowu wszyscy mnie poklepywali i rozmawiali. Mówię Wam, dwie wigilie pod rząd to nic przy tym co przeżyłem. Babcia to zawsze wybaczy jak już nie mogę, a tu nie ma zmiłuj.

Mało tego kolejną gruzińską tradycją są Toasty. przez duże T. Nasze europejskie czy polskie, to z reguły oschłe "Na zdrowie". A o gruzińskich można pisać i pisać. Prawie zawsze zaczyna się od toastu za ojczyznę, rodzinę, znajomych, za poległych w wojenie i za kobiety. Średnio przeciętny toast trwa około 5-8 minut, chociaż bardziej podniosłe (np. za poległych) trwają powyżej 10-15. Z reguły opowiada się przy nich o bohaterstwie poległych, o tym że okupanci to złoczyńcy, o poświęceniu i waleczności, zahaczając po drodze o błogosławieństwo od patriarchy i szeroko pojętą historię kraju. Dosłownie. Podstawą jest przy tym ciągle trzymanie szklanki z winem powyżej łokcia, a po słowach Gaumardzos wypicie zawartości do dna.

Młody Robert de Niro

Było pięknie, ale ja dosłownie umierałem przy stole, gdy zostałem poproszony o wzniesienie toastu. A to niemały zaszczyt, bo toasty z reguły znosi jedynie prowadzący supre. Wstałem z mocnym postanowieniem przynajmniej 10 minutowego dziękczyno-chwalebno-pochlebnego toastu za Boga, Ojczyznę, przyjaźń polsko-gruzińską, dobrych ludzi, wszystkich zgomadzonych, za rady natury. I się udało. 10 min i 14 sekund według zegarka na ścianie.

Po 5 godzinach kilku daniach i kilkunastu tostach skończyliśmy ucztować. Na myśl, że muszę wziąć plecach i iść w poszukiwaniu miejsca na namiot dosłownie cofało mi się. Na szczęście gospodarz w momencie gdy zobaczył że biorę plecak powiedział, że mowy nie ma i przygotowali mi łóżko do spania, a rano obudzą mnie pracownicy. Chwała im, bo jak wstałem od stołu to poczułem, że wino jednak działa i nogi już nie te same jak przed posiłkiem.

Kładłem się w mękach, ale jednocześnie dumny, że dałem radę i wdzięczny za gościnność. Gaumardzos!

Komentarze (2)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.