Dzień 25
Obudziłem się o 8 wraz z przybyciem właściciela pracowni. Pożegnałem się z nim serdecznie i idę dalej. O dziwo czuję się bardzo dobrze.
Pierwsze co musiałem zrobić, to znaleźć niezabezpieczone WiFi. Mniej więcej po kilometrze mi się udało. Usiadłem więc i sprawdzam, gdzie i jak dojść. I nagle nad moją głową pytanie "Może kawy?". Patrzę, a tam z okna na parterze wygląda starsza pani. Lekko oniemiały, mówię, że chętnie i tym samym wpierw zostałem poczęstowany mrożoną kawą, następnie koniakiem, a skończyło się na czekoladzie na drogę! Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce?! Gruzja to nie kraj, to stan umysłu!
Mało tego już w momencie, gdy chciałem łapać stopa w kierunku Swaneti (czyli na północ Gruzji) dostaję smsa z nieznanego numeru. Czytam, a tam informacja, że w Tbilisi się mnie spodziewają już jutro i że wszystko jest załatwione. I jak tu przestać się uśmiechać? Postanowiłem zmienić kierunek podróży i wracać w kierunku stolicy.
O łapaniu stopa nie będę pisał, bo znowu ledwo co stanąłem i miałem transport. Jako, że miałem dzień zapasu, to chciałem zwiedzić dzisiaj dwie rzeczy- skalne miasto "Upliscyche" pochodzące z epoki brązu oraz dawną stolicę Gruzji Mcchete. Mój kierowca nie mówił, ani po rosyjsku ani po angielsku, więc po prostu jechaliśmy słuchając radia.
W trakcie podróży uświadomiłem sobie jednak, że zaczynam mieć autostopowy problem zimnego łokcia. O co chodzi? Ano mam problem, bo większości aut, którymi jechałem podczas mojej podróży nie miała klimatyzacji, więc zawsze jechałem przy otwartym oknie. A wiadomo, że jak okno otwarte, to i zimny łokieć musi być. Tylko, że zawsze ten sam, bo z reguły siadam obok kierowcy, w związku z czym moja prawa ręka jest mniej więcej o 50% ciemniejsza niż lewa. Takie tam moje narzekanie, bo w sumie ostatnio to jedne na co mogę narzekać.
W trasie pierwszy problem. Minęliśmy Upliscyche, które bardzo chciałem zobaczyć, a mój kierowca nie bardzo miał jak zawrócić, więc stwierdziłem, że olać. Jak Bóg da, to jeszcze zobaczę.
Mcchety nie sposób było minąć, więc zostałem wysadzony o 7km od niej i idę. I problem. Chciałem dojść jak najszybciej i robiłem to w pełnym słońcu o 13. No i się przegrzałem. Po dotarciu do miasta, głowa bolała mnie paskudnie i nie miałem, gdzie rozbić namiotu. Dodatkowo jutro miałem spotkać się z ludźmi, którzy mnie przenocują, a czułem, że niezbyt zachęcająco pachnę i wyglądam, więc po krótkich negocjacjach zameldowałem się na noc w prywatnej kwaterze. 30zł za nocleg z wyżywieniem, to nie dużo, a ja mogłem odpocząć i umyć się porządnie.
Po wszystkich tych czynnościach ruszyłem jeszcze na chwilę pochodzić po mieście, które okazało się być przepiękne, a jego główną atrakcją był kościół, który mi bardziej przypominał twierdzę. Monastyr otaczał potężny mur, który w średniowieczu służył jako schronienie dla mieszkańców okolicznych wsi. Tak czy inaczej mogłem go zobaczyć tylko z zewnątrz, więc połaziłem po starówce, która jest najpiękniejsza ze starówek w Gruzji i zaległem spać w mojej kwaterze.

Dzień 26
Właśnie tego potrzebowałem! Pobudki w normalnym łóżku, bez kaca i z kuszącą możliwością skorzystania z prysznica. Pięknie. Z moimi nieznajomymi hostami z Tbilisi umówiłem się o 10 przed wejściem do katedry, więc ruszyłem nieco wcześniej, żeby ją jeszcze zobaczyć, bo wczoraj nie było mi dane.

Katedra jak katedra. Podobna do każdej innej w Gruzji z tą różnicą, że najwyższa i pochowano tam kilku królów. Prawie jak Wawel. Prawie.
O 9.50 rozwaliłem się z tobołami pod bramą główną niczym cygan w pośredniaku i czekałem na swoich gospodarzy. O 10.15 zauważyłem jegomościa, który okazał się być moim hostem, przewodnikiem, kierowcą i opiekunem w Tbilisi.
Nugzari (tak to imię) lekko zasapany przeprosił za spóźnienie, ale nie mógł znaleźć miejsca do parkowania. W pierwszym momencie pomyślałem, że koniec końców spacer dobrze mu zrobił, bo był wielkim człowiekiem dosłownie i w przenośni.
Pierwsze pytanie jakie mi zadał było typowo gruzińskie - Jesteś głodny? Byłem 30 min po śniadaniu, więc z czystym sumieniem zaprzeczyłem.
Nugzari wziął mnie na zwiedzanie Tbilisi. I w sumie szczerze powiem, że mnie nie zachwyciło. Prawdopodobnie dlatego, że wszystko, absolutnie wszystko, było w trakcie remontów. Dodatkowo w całym rozgardiaszu tego ponad 1000 letniego miasta, widać też rękę obecnego prezydenta i jego euromanii.

Przede wszystkim mam tu na myśli Park Europejski i kładkę, która do niego prowadzi. Jedno i drugie pasuje do klimatu miasta jak pięść do nosa.
Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy ( poza cerkwiami oczywiście) to wszechobecne kasyna, które skutecznie szpecą psują urok miasta i krew wielu mieszkańców, którzy (jak wszyscy zgodnie twierdzą) zostawiają w nich majątek.
Po 4 godzinach łażenia tu i tam pojechaliśmy odebrać jego żonę Natie. Równie przeurocza kobieta jak jej mąż. Zaczęliśmy rozmawiać o tym co widziałem w Gruzji, a czego nie i się okazało, że ominęło mnie Uplisyche i południowa część państwa, gdzie po prostu średnio miałem jak dojechać. Byli w szoku, że nie widziałem najpiękniejszej ich zdaniem części Gruzji (tam się urodzili i wychowali) i postanowili mnie tam zabrać. Po upewnieniu się czy dobrze zrozumiałem, spojrzałem na mapę, a tam w obie strony, bagatela, 400km. No, ale to Gruzja.
Podskoczyliśmy na chwilę do ich domu, gdzie zostawiłem bagaż, podjechaliśmy po ich znajomą i oczywiście na obiad do tradycyjnej gruzińskiej restauracji. Właśnie tam pierwszy raz spróbowałem ich narodowego specjału - chinkali. I się zakochałem. Lubię pierogi z mięsem, a chinkali nieco je przypominają tylko, że są smaczniejsze i bardziej sycące. Zjadłem 6 i miałem dość (dla porównania: pierogów jestem w stanie zjeść około 14).

Po obiedzie ruszyliśmy w drogę do Borjomi, po drodze zahaczając o Uplisyche, które jest miastem wykutym w skale i zamieszkanym już w epoce brązu. Pewnie zrobiłoby na mnie większe wrażenie, gdyby nie to, że dwa tygodnie temu widziałem coś podobnego w Bakczysyraju.

Borjomi, to natomiast miejscowość, która słynie z źródeł mineralnych jak i również tras narciarskich.
Dwie godziny i dotarliśmy na miejsce. Pierwszym punktem zwiedzania był monastyr ukryty głęboko w lesie z interesującą historią.

Jak nam powiedział lokalny mnich, w XVI wieku monastyr został zaatakowany przez Turków Osmańskich, a mnisi wymordowani, ponieważ stanęli w obronie swojej wiary. Co ciekawe, w miejscu gdzie ich zakatowano do dzisiaj znajdują się kamienie czerwone od krwi,a ich szczątki spoczywają jako relikwie na stole. Tak, na stole. Klasztor dopiero zbiera fundusze na jakiś zgrabny relikwiarz, a tymczasem szczątki mnichów ułożone są na drewnianym ołtarzu, przed którym znajduje się kilka klęczników.

Z klasztoru ruszyliśmy do parku gdzie znajdują się źródła wód mineralnych. Nugzari powiedział, żeby wypił trochę, a resztę wziął na zapas na jutro, bo w ich domku letniskowym czeka nas, cóż by innego, supra.Chinkali jeszcze spokojnie leżało w brzuszku i nie wyglądało jakby miało się ruszać, więc znowu miałem to uczucie, że patrzę obżarstwu głęboko w oczy. Nie ucieknę. Jedziemy.

Domek letniskowy okazał się bardziej daczą z potężnym ogrodem. Przypomniało mi się jedno z gruzińskich przysłów - " W Gruzji możesz być biedny, ale głodny nigdy nie będziesz". 100% prawdy. Przez większość roku piękna pogoda pozwala na uprawianie wszelkiego typu roślin, owoców i warzyw.
Na wejściu powitali nas znajomi moich hostów,mama Natii oraz ich dziecko - 6 letnia Katia. Przyznam szczerze, do salonu wchodziłem z żołądkiem na ramieniu. Pierwsze spojrzenie na stół i nieufnie do kuchni, chłodna ocena sytuacji i kalkulacja. 8 osób i około 3kg jedzenia. Dam radę pod warunkiem, że nie będzie za dużo wina. I nie było. Kolacja była przepyszna, spróbowałem kolejnych tradycyjnych dań m.in chaczapuri i wszystko zapiłem domowej roboty, czerwonym winem.

Po wszystkim już na spokojnie wyszliśmy na taras i patrzeliśmy na bezchmurne niebo rozmawiając o wszystkim i o niczym. Piękny dzień.
Dzień 27
Odpoczynek. Pełną gębą. Jeden jak i drugi mój host musiał pracować, więc mi pozostawało uzupełnianie bloga, informacji o Iranie i Azerbejdżanie oraz jedzenie. O to ostatnie troszczyła się córka Katia oraz mama Natii. Poważnie jak przez godzinę nic nie jadłem to patrzyły na mnie zmartwionym wzrokiem. Czułem presję, więc jadłem.

Wieczorem po powrocie Natii pojechaliśmy zobaczyć Tbilisi nocą. I przyznam szczerze, że w pełni zasługuje na miano "Miasta świateł". Wjechaliśmy na najwyższy punkt w okolicy i widok zapierał dech w piersiach. Jeden z poetów napisał, że wygląda to mniej więcej tak jakby gwiazdy schodziły spać do Tbilisi. Miał rację.



P.S.: Myślałeś nad zdjęciami seryjnymi w charakterze reportażu? National Geographic właśnie przeprowadza konkurs. Zwiedzasz teraz takie kraje, że żal nie spróbować ;)
Dzieki że Ci się chce.. Komp uwięził mnie w pracy, a małych dzieciaków Twoim śladem nie pociągnę więc PISZ!! i daj nam (mi :-) ) cieszyć się choć namiastką tej przygody... A może kiedyś.. :DD