2012 · Autostopem przez życie

Tbilisi i niespodziewana wycieczka

← Wszystkie wpisy

Dzień 25

Obudziłem się o 8 wraz z przybyciem właściciela pracowni. Pożegnałem się z nim serdecznie i idę dalej. O dziwo czuję się bardzo dobrze.

Pierwsze co musiałem zrobić, to znaleźć niezabezpieczone WiFi. Mniej więcej po kilometrze mi się udało. Usiadłem więc i sprawdzam, gdzie i jak dojść. I nagle nad moją głową pytanie "Może kawy?". Patrzę, a tam z okna na parterze wygląda starsza pani. Lekko oniemiały, mówię, że chętnie i tym samym wpierw zostałem poczęstowany mrożoną kawą, następnie koniakiem, a skończyło się na czekoladzie na drogę! Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce?! Gruzja to nie kraj, to stan umysłu!

Mało tego już w momencie, gdy chciałem łapać stopa w kierunku Swaneti (czyli na północ Gruzji) dostaję smsa z nieznanego numeru. Czytam, a tam informacja, że w Tbilisi się mnie spodziewają już jutro i że wszystko jest załatwione. I jak tu przestać się uśmiechać? Postanowiłem zmienić kierunek podróży i wracać w kierunku stolicy.

O łapaniu stopa nie będę pisał, bo znowu ledwo co stanąłem i miałem transport. Jako, że miałem dzień zapasu, to chciałem zwiedzić dzisiaj dwie rzeczy- skalne miasto "Upliscyche" pochodzące z epoki brązu oraz dawną stolicę Gruzji Mcchete. Mój kierowca nie mówił, ani po rosyjsku ani po angielsku, więc po prostu jechaliśmy słuchając radia.

W trakcie podróży uświadomiłem sobie jednak, że zaczynam mieć autostopowy problem zimnego łokcia. O co chodzi? Ano mam problem, bo większości aut, którymi jechałem podczas mojej podróży nie miała klimatyzacji, więc zawsze jechałem przy otwartym oknie. A wiadomo, że jak okno otwarte, to i zimny łokieć musi być. Tylko, że zawsze ten sam, bo z reguły siadam obok kierowcy, w związku z czym moja prawa ręka jest mniej więcej o 50% ciemniejsza niż lewa. Takie tam moje narzekanie, bo w sumie ostatnio to jedne na co mogę narzekać.

W trasie pierwszy problem. Minęliśmy Upliscyche, które bardzo chciałem zobaczyć, a mój kierowca nie bardzo miał jak zawrócić, więc stwierdziłem, że olać. Jak Bóg da, to jeszcze zobaczę.

Mcchety nie sposób było minąć, więc zostałem wysadzony o 7km od niej i idę. I problem. Chciałem dojść jak najszybciej i robiłem to w pełnym słońcu o 13. No i się przegrzałem. Po dotarciu do miasta, głowa bolała mnie paskudnie i nie miałem, gdzie rozbić namiotu. Dodatkowo jutro miałem spotkać się z ludźmi, którzy mnie przenocują, a czułem, że niezbyt zachęcająco pachnę i wyglądam, więc po krótkich negocjacjach zameldowałem się na noc w prywatnej kwaterze. 30zł za nocleg z wyżywieniem, to nie dużo, a ja mogłem odpocząć i umyć się porządnie.

Po wszystkich tych czynnościach ruszyłem jeszcze na chwilę pochodzić po mieście, które okazało się być przepiękne, a jego główną atrakcją był kościół, który mi bardziej przypominał twierdzę. Monastyr otaczał potężny mur, który w średniowieczu służył jako schronienie dla mieszkańców okolicznych wsi. Tak czy inaczej mogłem go zobaczyć tylko z zewnątrz, więc połaziłem po starówce, która jest najpiękniejsza ze starówek w Gruzji i zaległem spać w mojej kwaterze.

Gruziński "Wawel"

Dzień 26

Właśnie tego potrzebowałem! Pobudki w normalnym łóżku, bez kaca i z kuszącą możliwością skorzystania z prysznica. Pięknie. Z moimi nieznajomymi hostami z Tbilisi umówiłem się o 10 przed wejściem do katedry, więc ruszyłem nieco wcześniej, żeby ją jeszcze zobaczyć, bo wczoraj nie było mi dane.

Starówka Mcchety

Katedra jak katedra. Podobna do każdej innej w Gruzji z tą różnicą, że najwyższa i pochowano tam kilku królów. Prawie jak Wawel. Prawie.

O 9.50 rozwaliłem się z tobołami pod bramą główną niczym cygan w pośredniaku i czekałem na swoich gospodarzy. O 10.15 zauważyłem jegomościa, który okazał się być moim hostem, przewodnikiem, kierowcą i opiekunem w Tbilisi.

Nugzari (tak to imię) lekko zasapany przeprosił za spóźnienie, ale nie mógł znaleźć miejsca do parkowania. W pierwszym momencie pomyślałem, że koniec końców spacer dobrze mu zrobił, bo był wielkim człowiekiem dosłownie i w przenośni.

Pierwsze pytanie jakie mi zadał było typowo gruzińskie - Jesteś głodny? Byłem 30 min po śniadaniu, więc z czystym sumieniem zaprzeczyłem.

Nugzari wziął mnie na zwiedzanie Tbilisi. I w sumie szczerze powiem, że mnie nie zachwyciło. Prawdopodobnie dlatego, że wszystko, absolutnie wszystko, było w trakcie remontów. Dodatkowo w całym rozgardiaszu tego ponad 1000 letniego miasta, widać też rękę obecnego prezydenta i jego euromanii.

Kładka europejska nazywana również "Podpaska"

Przede wszystkim mam tu na myśli Park Europejski i kładkę, która do niego prowadzi. Jedno i drugie pasuje do klimatu miasta jak pięść do nosa.

Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy ( poza cerkwiami oczywiście) to wszechobecne kasyna, które skutecznie szpecą psują urok miasta i krew wielu mieszkańców, którzy (jak wszyscy zgodnie twierdzą) zostawiają w nich majątek.

Po 4 godzinach łażenia tu i tam pojechaliśmy odebrać jego żonę Natie. Równie przeurocza kobieta jak jej mąż. Zaczęliśmy rozmawiać o tym co widziałem w Gruzji, a czego nie i się okazało, że ominęło mnie Uplisyche i południowa część państwa, gdzie po prostu średnio miałem jak dojechać. Byli w szoku, że nie widziałem najpiękniejszej ich zdaniem części Gruzji (tam się urodzili i wychowali) i postanowili mnie tam zabrać. Po upewnieniu się czy dobrze zrozumiałem, spojrzałem na mapę, a tam w obie strony, bagatela, 400km. No, ale to Gruzja.

Podskoczyliśmy na chwilę do ich domu, gdzie zostawiłem bagaż, podjechaliśmy po ich znajomą i oczywiście na obiad do tradycyjnej gruzińskiej restauracji. Właśnie tam pierwszy raz spróbowałem ich narodowego specjału - chinkali. I się zakochałem. Lubię pierogi z mięsem, a chinkali nieco je przypominają tylko, że są smaczniejsze i bardziej sycące. Zjadłem 6 i miałem dość (dla porównania: pierogów jestem w stanie zjeść około 14).

Chinkali

Po obiedzie ruszyliśmy w drogę do Borjomi, po drodze zahaczając o Uplisyche, które jest miastem wykutym w skale i zamieszkanym już w epoce brązu. Pewnie zrobiłoby na mnie większe wrażenie, gdyby nie to, że dwa tygodnie temu widziałem coś podobnego w Bakczysyraju.

Widok na miasto w skale

Borjomi, to natomiast miejscowość, która słynie z źródeł mineralnych jak i również tras narciarskich.

Dwie godziny i dotarliśmy na miejsce. Pierwszym punktem zwiedzania był monastyr ukryty głęboko w lesie z interesującą historią.

Zielony Monastyr

Jak nam powiedział lokalny mnich, w XVI wieku monastyr został zaatakowany przez Turków Osmańskich, a mnisi wymordowani, ponieważ stanęli w obronie swojej wiary. Co ciekawe, w miejscu gdzie ich zakatowano do dzisiaj znajdują się kamienie czerwone od krwi,a ich szczątki spoczywają jako relikwie na stole. Tak, na stole. Klasztor dopiero zbiera fundusze na jakiś zgrabny relikwiarz, a tymczasem szczątki mnichów ułożone są na drewnianym ołtarzu, przed którym znajduje się kilka klęczników.

Relikwie na stoliku

Z klasztoru ruszyliśmy do parku gdzie znajdują się źródła wód mineralnych. Nugzari powiedział, żeby wypił trochę, a resztę wziął na zapas na jutro, bo w ich domku letniskowym czeka nas, cóż by innego, supra.Chinkali jeszcze spokojnie leżało w brzuszku i nie wyglądało jakby miało się ruszać, więc znowu miałem to uczucie, że patrzę obżarstwu głęboko w oczy. Nie ucieknę. Jedziemy.

Wody mineralne w Borgomi

Domek letniskowy okazał się bardziej daczą z potężnym ogrodem. Przypomniało mi się jedno z gruzińskich przysłów - " W Gruzji możesz być biedny, ale głodny nigdy nie będziesz". 100% prawdy. Przez większość roku piękna pogoda pozwala na uprawianie wszelkiego typu roślin, owoców i warzyw.

Na wejściu powitali nas znajomi moich hostów,mama Natii oraz ich dziecko - 6 letnia Katia. Przyznam szczerze, do salonu wchodziłem z żołądkiem na ramieniu. Pierwsze spojrzenie na stół i nieufnie do kuchni, chłodna ocena sytuacji i kalkulacja. 8 osób i około 3kg jedzenia. Dam radę pod warunkiem, że nie będzie za dużo wina. I nie było. Kolacja była przepyszna, spróbowałem kolejnych tradycyjnych dań m.in chaczapuri i wszystko zapiłem domowej roboty, czerwonym winem.

Wspólna supra wieczorem

Po wszystkim już na spokojnie wyszliśmy na taras i patrzeliśmy na bezchmurne niebo rozmawiając o wszystkim i o niczym. Piękny dzień.

Dzień 27

Odpoczynek. Pełną gębą. Jeden jak i drugi mój host musiał pracować, więc mi pozostawało uzupełnianie bloga, informacji o Iranie i Azerbejdżanie oraz jedzenie. O to ostatnie troszczyła się córka Katia oraz mama Natii. Poważnie jak przez godzinę nic nie jadłem to patrzyły na mnie zmartwionym wzrokiem. Czułem presję, więc jadłem.

6-letnia Katia

Wieczorem po powrocie Natii pojechaliśmy zobaczyć Tbilisi nocą. I przyznam szczerze, że w pełni zasługuje na miano "Miasta świateł". Wjechaliśmy na najwyższy punkt w okolicy i widok zapierał dech w piersiach. Jeden z poetów napisał, że wygląda to mniej więcej tak jakby gwiazdy schodziły spać do Tbilisi. Miał rację.

Widok na pałac prezydencki i katedrę

Komentarze (3)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.