Dzień 3
Wstałem o 7 rano, żeby zobaczyć jaka pogoda. Wbrew prognozom okazało się, że jest przepięknie, więc spakowałem się raz dwa, posprzątałem po sobie i wyszedłem po angielsku zostawiając kartkę z oschłym "Dzięki za nocleg".
Na początek miałem do przejścia 2km na zjazd w kierunku Ternopilu. Poszło gładko. Plecak niby ciężki, ale wygodnie się szło, słoneczko świeciło i czułem się rześki niczym skowronek - a co! Zaraz za zjazdem postawiłem plecak i uśmiechnięty stanąłem z kartonem wymachując kciukiem do nadjeżdżających. Niestety, po 5 min pojawiła się konkurencja, w postaci policji, która również zaczęła machać pałką i kierowcy jakby przestali mnie zauważać. Nie zrażony podszedłem kawałek dalej i się poszczęściło. Moim wybawicielem okazał się Iwan Psychoterapeuta. Poważnie był psychoterapeutą z doktoratem! Tak czy inaczej zaczęliśmy rozmawiać i się okazało, że jak większość Ukraińców on również jest wielkim fanem Bogdana Chmielnickiego, którego postać na pewno została Wam przybliżona na lekcjach historii. Mało tego, w pewnym momencie zadzwonił jego telefon i co ja słyszę? "Gdzieś tam gdzieś z nad czarnej wody, wsiada na koń kozak młody""! Okazało się, że według Ukraińców, ta piosenka jest ściśle związana z przyczyną powstania kozaków i buntu Chmielnickiego - kobieta. Wg Wikipedii chodzi tu o nieznaną z imienia kobietę, którą odbił mu Daniel Czapliński. Oprócz tego, okazało się, że film - "Ogniem i mieczem" jest również bardzo popularny na Ukrainie.

Tak sobie rozmawiamy i nagle widzę, że z naprzeciwka auta zaczynają mrugać światłami. Każdy kierowca wie co to oznacza. Nie inaczej było w tym przypadku i pech chciał, że zostaliśmy zatrzymani. Psychoterapeuta chciał się wycwanić tekstem o pilnym spotkaniu i że jedzie mnie odwieźć na pociąg, ale mu nie wyszło i kosztowało go to 100 hrywien. Za co? Ano za nic. W tym pięknym kraju przyjęte jest, że jak Cię już zatrzymają, to zawsze coś znajdą i masz do wyboru, albo płacisz, albo tracisz mnóstwo czasu na wyjaśnieniach, które często odbywają się na komisariacie.
Iwan wysadził mnie w centrum Ternopilu. Pierwsze co rzuciło się w oczy to potężny i na swój sposób urokliwy, sztucznie utworzony zalew. Sama starówka nie powaliła mnie, ale i widać było, że wszędzie trwają prace renowacyjne. Pospacerowałem sobie tak 1,5h stwierdziłem, że czas na główny posiłek dnia - bagietka, kiełbasa i ser. Smacznie, tanio i do syta. Jeśli dodamy do tego urokliwą ławeczkę w parku, to powstaje nam naprawdę wykwintny, acz ubogi obiadek. Dodatkowo udało mi się połączyć z WiFi (sic!). I to na tej samej ławeczce! Sprawdziłem ile mam do przejścia, żeby znaleźć się na wylotówce z miasta. Niezbyt ciekawie - 8km. Nie ma zmiłuj - idę.

1,5h marszu z plecakiem uświadomiło mi, że wspinaczka na Elbrus nie będzie lekka.
Stanąłem na wylotówce i macham, macham, macham. 40 min machałem! W końcu zatrzymało się dwóch młodych chłopaków, którzy powiedzieli, że mogą mnie podwieźć 30km. Okazało się, że są dwoma klerykami w pobliskim kościele. I znowu. Zaczęliśmy rozmawiać i mrugają nam światłami z naprzeciwka. I znowu. Zatrzymanie. Tym razem okazało się, że chłopaki kasy nie mają, ja swojej nie miałem zamiaru dawać, a policjant nie chciał odpuścić. I mieliśmy problem. Postanowiliśmy spróbować cwanego fortelu - na pielgrzymów. Plan był prosty. Oni są moimi przewodnikami, a ja również jestem klerykiem i pielgrzymuję do ich klasztoru/katedry. Moja rola ograniczała się do przybrania pobożnej miny i natchnionego potakiwania. Najwidoczniej spisałem się genialnie, bo policjant dał papiery i machnął ręką. Udało się! Bez mandatu, czy raczej klasycznej łapówki.
Po pożegnaniu z chłopakami stoję dalej. I znowu. Macham, macham. macham. Aż mnie ręka zaczęła boleć! Znowu 40 min stania, aż zatrzymało się auto. Kierowca - Igor Borowski. Straszna gaduła. Co z tego, że co 5 min prosiłem, żeby mówił wolniej, żebym wszystko rozumiał, jak on i tak rozpędzał się ponownie. Po prostu typ człowieka, który musi mieć do kogo pogadać. Opowiedział mi wszystko o pochodzeniu swojej rodziny, bo "Ty Polak jesteś, to na pewno znasz kogoś z mojej rodziny!". Na pewno. Z ciekawszych rzeczy, to przedstawił mi jak wygląda obecnie sytuacja na Ukrainie, a mianowicie interesy. Na przykład - fabryka mebli z Ternopil, eksportująca na całą Europę, została sprzedana za bezcen. Czemu? "Bo przyjechali chłopaki z Doniecka od Achmietowa i dali wybór - albo sprzedajesz, albo idziesz do piachu. Razem z rodzinką, a co!

Wysadził mnie na trasie, która biegła bezpośrednio z Lwowa do Kijowa. Piękna, gładka - na Euro zbudowana. 5 min i mam transport TIRem. Paskudna sprawa. Po pierwsze kierowcy na Ukrainie nie mają czipów, które rejestrują czas ich pracy, więc muszą jeździć do oporu. Dodatkowo kierowca, z którym jechałem okazał się kimś kim nigdy nie chciałbym zostać. Wyobraźcie sobie, że nie macie żadnej rodziny. Rodzice zmarli, rodzeństwa nie było. Przyjaciół nie masz, bo ciągle w trasie. W Boga nie wierzysz, bo Go nie widzisz. Jedyna rozrywka wódka i dziewczyny. Przykre spotkanie, które przypomniało mi, jak ważne są te rzeczy w życiu.
TIRowiec, wysadził mnie na stacji 150km od Kijowa. Czemu nie w samym Kijowie? Ano temu, że z Oksaną, u której mam nocować umówiłem się dopiero na środę wieczór.
Znalazłem miejsce do spania. Rozbiłem namiot, szybka toaleta i spać.

Dzień 4
Czasu miałem mnóstwo. Przekręcałem się z boku na bok aż do 10, gdy zrobiło się za ciepło, żeby leżeć w namiocie, więc usiadłem i dokonałem przeglądu rzeczy. Na szybkości wyszedłem zabrałem się za składanie namiotu. W międzyczasie podszedł do mnie pracownik stacji i zaproponował, że jak chcę, to mogę się u nich w kanciapie wykąpać. Bajka! Nigdy mi się to nie zdarzyło!.
Po 10minutowym ogarnięciu stałem już na trasie. Dość szybko zgarnęła mnie para pracująca dla wojska i dowiozła do Kijowa, gdzie znalazłem metro i podjechałem do centrum.

Ledwo wysiadłem i usiadłem na murku, a zaczepił mnie podejrzanie wyglądający jegomość. I zaczął wypytywać i proponować, że mnie oprowadzi po okolicy. Nie wyglądał na siłacza, więc po upewnieniu się, że nie będzie chciał pieniędzy, zgodziłem się. Skubany, wyglądał na klasycznego cymbała, a historię miasta i każdego pomnika w okolicy znał imponująco dobrze. Aż się w piersi biłem, że go oceniłem po wyglądzie. W jednym z parków kupił mi piwo i w końcu poznałem jego zamiary względem mnie. On "Sergej" (tak mi się podpisał na kartce), jest przewodnikiem po klubach i zabytkach, a ja Przemek, będę po angielsku zdobywał klientów. Oczywiście nie przyjmował odmownej odpowiedzi i zaczął być nieco nachalny, więc po prostu pozbyłem się ogona, w sposób, którego nie powstydziłby się, żaden z bohaterów powieści Toma Clancego. Wszedłem z nim do metra i wyskoczyłem w ostatniej sekundzie, co z moim plecakiem musiało wyglądać dość komicznie.

Z Oksaną umówiłem się na 18.45 pod główną stacją metra. Była punktualnie i zabrała mnie do siebie. Mieszkanie dość na obrzeżach, bo jechaliśmy 40 min busem, ale za to czyste i zadbane. Mam własny pokój i łóżko! Couchsurfingowa bajka.
Poszliśmy jeszcze na zakupy i dorwałem się do kompa aby nadrobić zaległości na blogu, a następnie spać.

Jutro kolejny wpis z relacją z dwóch kolejnych dni:)
Przepraszam za błędy i jak jakieś obiekcje czy rady to w komentarzach proszę. Jutro wrzucę zdjęcia!:)


Pozdrowienia :D
Jak chciałam jechać w zeszłym roku na Ukrainę, to wszyscy mi odradzali mówiąc, że ludzie są negatywnie nastawieni do polaków i do tego jest mega niebezpiecznie... Tymczasem, z tego co widzę wręcz odwrotnie - z łapaniem stopa idzie Ci nadzwyczaj gładko, ludzie sami garną się do pomocy (panowie od kanciapy), a policja czai się za każdym rogiem.- no musi być bezpiecznie! ;)
Fajnie, że masz ładną pogodę, u nas bez większych zmian czyli pada, pada, pada... i na rychłą zmianę się nie zapowiada. Dlatego pisz i dawaj zdjęcia na bieżąco w miarę możliwości - super się Ciebie czyta, szczególnie gdy u nas tak smutno i szaro... ;)
Trzymam kciuki!