2016 · Autostopem przez życie

The end

← Wszystkie wpisy

Skończyłem książkę, skończyłem staż w Singapurze i przepadłem. Nie licząc niewielkiej grupy znajomych, tak naprawdę nikt nie wiedział, co się ze mną stało. Przepadł, został w Azji, czy może po prostu wyjechał w cholerę i się nie chwali?

Otóż w moim życiu doszło do dwóch znaczących zmian, które sprawiły, że nogami znowu stoję na ziem.

Nowa praca i nowe miasto.
Nowe życie kurde bele.

Gdy w lipcu pisałem, że kończę z podróżami, wiele osób tylko z politowaniem kręciło głowami i porozumiewawczymi uśmiechami kwitowali moje słowa o znalezieniu pracy.

- Przemek, poważnie pracy szukasz? W korporacji..? – powiedział mój znajomy, zapalony podróżnik, autostopowicz, bloger — Przecież oni Cię tam wyżmą, wykręcą i wycisną, jak szmatę. Przetrą podłogi, kibel i wrzucą do pachnącego fioletowego worka z Biedronki, z fałszywym uśmiechem na ustach mówiąc: „Dziękujemy za współpracę, ale niestety, musimy się pożegnać, bo nie wyrabiasz targetów”.

Mimo tego jeszcze w sierpniu zrobiłem sobie listę dwudziestu firm, w których chciałbym pracować i zacząłem pisać CV. Ku mojemu zdziwieniu, już po trzecim wysłanym dostałem pierwszy telefon. Dwa miesiące później, po pięciu etapach rekrutacji i przekonywania do siebie przyszłego pracodawcy, HRów oraz specjalistów, w słuchawce telefonu usłyszałem:
- „Panie Przemku, czy chciałby Pan z nami pracować?”
1 października wraz z sześcioma innymi osobami podpisałem umowę w warszawskiej siedzibie IBM.

Jasne, miałem obawy. Bazujące na przerysowanych stereotypach dotyczących korporacji. Powiem Wam jednak, że decyzja o podjęciu pracy w IBM była jedną z najlepszych w moim życiu. To samo z przeprowadzką do Warszawy.

Wiem, że może to zabrzmieć niczym lizodupstwo godne korporacyjnego gryzonia, ale powiem Wam szczerze, że to, co cenię sobie najbardziej, to cholernie inteligentni i wbrew pozorom różni ludzie, z którymi można pogadać niemalże, na każdy temat. Wynik wyborów na Tajwanie, kryzys chińskiej giełdy, badania etnograficzne w Skandynawii, o ciekawych pinach, o Bitcoin’ach, historii Iranu i Afganistanu, Wiośnie Arabskiej. To w przerwach. Nie jakieś „small talks” rodem z Mordoru na Domaniewskiej, ale sensowne rozmowy z sensownymi ludźmi.

I to jest miejsce, gdzie pewnie część z Was zada sobie pytanie – „Ale co on do cholery tam robi? Przecież IBM, to chyba komputery buduje.

Otóż (ktoś z firmy powinien mi tu za dobry PR podziękować) dział, w którym pracuję, zajmuje się czymś, co można podzielić na dwie rzeczy – „Projektowanie usług” (Service design) oraz „Projektowanie doświadczeń użytkowników” (UXD). Po polsku oczywiście brzmi to, jak masło maślane, ale w naprawdę dużym uproszczeniu zajmuje się projektowaniem, sprzedażą i implementacją aplikacji mobilnych, serwisów, projektowaniem usług, usprawnianiem procesów itp. Zainteresowanych tematem odsyłam do wujka Google.

Dodajcie do tego fakt, że poza naprawdę fajnym zespołem, pracuję nad projektami we współpracy z dyrektorami największych polskich firm, Apple, oraz że praca pozwala mi podróżować (Czechy, Kanada, Szwecja). Prawdziwy przepis na rozwojową pracę marzeń.

Nie oszukujmy się. Tak naprawdę chodzi o pracę w dresie

Nie oszukujmy się. Tak naprawdę chodzi o pracę w dresie

Co do samego życia w Warszawie to też na olbrzymi plus. Nie ma dnia, żeby na mieście nie działo się coś ciekawego. Prezentacje, wykłady, spotkania. I to takie, na które w końcu chodzisz, bo chcesz się uczyć, a nie bo musisz. Spotykasz się i rozmawiasz z ludźmi, którzy tworzą biznesy, innowacje, aplikacje, programy i pomysły zmieniające świat.

Warszawa też świętuje moją obecność

Warszawa też świętuje moją obecność

Jeśli zapyta mnie ktoś, czy nie brak mi podróży, bycia wolnym duchem, czy nie uciekłbym gdzieś daleko na plażę pod palmę, to szczerze odpowiem, że nie. Ewentualnie trochę zastanowiłbym się zastanowił nad palmą, bo ta na rondzie de Gaulle’a nie powala.

Owszem, czasem na prezentacjach podróżniczych niejednokrotnie bierze mnie na sentymentalne westchnięcie. Gdy wysoki jak tyczka chłopak opowiada o podróży autostopem po Chinach, a niepozorna dziewczyna o wolontariacie na Kostaryce, ale wtedy z nieukrywanym przed samym sobą zadowoleniem stwierdzam, że ja też tam byłem. Też znam ten stan zmęczenia, ekscytacji, fascynacji, przygody, ciekawości świata. Jak to jest na Karaibach, Atlantuku, na Camino, wspinać się na Elbrus, dogadywać się po chińsku, kąpać w laotańskich wodospadach, zwiedzać świątynie na Bali, czemu w Birmie mają czerwone zęby, oraz czym jest gruzińska supra. Powiem Wam, że zawsze w takich momentach uświadamiam sobie ile miałem w życiu szczęścia i dobrych ludzi dookoła siebie. Nie żałuję niczego, a mało tego — cieszę się jak dziecko, gdy myślę, że kolejny etap swojego życia mogę też zamienić w przygodę. Nieco inną, dłuższą, wymagającą dużo więcej, niż tylko rumakowania przed siebie, ale jednak przygodę, która mnie fascynuje i rozwija.

Dlatego też ten blog zginął śmiercią naturalną. Dla mnie, podobnie jak dla wielu innych blogerów podróżujących na pełny etat, blog był jedynie formą ekspresji, pamiętnikiem i swoistym uzupełnieniem niezwykłej codzinności. Ten etap zostawiłem za sobą z dość pokaźym dorobkiem, ale również ze świadomością, że mało rzeczy mógłbym zrobić lepiej. Zająłem się życiem i jego nierelacjonowaniem. Mało tego, prywatność, codzienność i swoista schematyczność zaczęły mnie cieszyć, jak nigdy wcześniej.

Wiem, że tego typu wpis może być odebrany w niektórych środowiskach jako jawna herezja. Jednak nie mam zamiaru skończyć z podróżami, bo to wciąż moja pasja. Po prostu nieco zmieni się ich forma. I jakkolwiek górnolotnie zabrzmi to w ustach dwudziestopięciolatka-podróże to nie wszystko, a próba zamknięcia swojego życia w wąskich ramach prędzej, czy później wyjdzie nam bokiem.

Prawdopodobnie tym wpisem zamykam bloga, bo tak naprawdę nie mam nic więcej do dodania. Co miało zostać napisane, to na pewno zostało. We wpisach, podsumowaniach, w książce w epilogu lub gdzieś na blogu.

W razie czego, gdyby ktoś chciał spotkać się i pogadać, to zapraszam do Południka Zero, gdzie dość często pojawiam się na co ciekawszych prezentacjach i zawsze zostaję dłuższą chwilę po ich zakończeniu.

I na koniec narcystycznie zacytuję sam siebie:

„Czasami nie o podróż chodzi, a o to, co się z niej wynosi. O to, co dla oka i rozumu niewidoczne, ale dla serca istotne.”

Przemko Coelho

Przemko Coelho

Komentarze (56)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.