2015 · Autostopem przez życie

Topielec w raju

← Wszystkie wpisy

Po zakończeniu mszy Krysia zaczęła rozmawiać ze znajomymi, więc nie chcąc być niezręcznym ciężarem, po przywitaniu się z nimi, wyszedłem przed kościół. Nie byłem pewny, czy mam na nią czekać, czy po prostu się zawinąć, ale nie chciałem odchodzić bez pożegnania. Nie mając ze sobą co zrobić, oparłem się o ścianę budynku i czekałem.

Ledwo zdążyłem się oprzeć tak, żeby wyglądać na w miarę wyluzowanego turystę, a już zagadała do mnie pierwsza osoba. Młoda dziewczyna, której imienia niestety nie pamiętam, ze śmiechem oznajmiła, że widziała mnie jak łapałem. Mieli pełne auto, więc nie mieli mnie gdzie wcisnąć. Zaraz po mniej zaczęły podchodzić kolejne osoby, to się przedstawiając i zagadując skąd jestem  i co tu robię. Po dwudziestu minutach rozmów, byłem już zaznajomiony z większością członków kościoła. W końcu jako ostatni przyszedł się przywitać Denis, który do tej pory był rozchwytywany:

- Hej Pasha! Miło, że nas odwiedziłeś! Podobało Ci się? – radośnie wykrzyknął na powitanie  pastor.

- Hej! Owszem, całkiem miło – odpowiedziałem i z miejsca przeszedłem do rzeczy – Masz coś przeciwko, jeśli tu zostanę i pomogę jako wolontariusz przy pracach przy szkole?

- Jasne, że nie! Będzie nam bardzo miło. Dodatkowa para rąk do pracy zawsze się przyda – odpowiedział – jednak prawdopodobnie  dopiero we wtorek, bo muszę się dowiedzieć, jak innym będzie pasować.

- Nie ma problemu. Ogólnie nie mam planów na najbliższe dwa tygodnie, wiec jeśli jest taka potrzeba, to mogę zostać tu na miejscu i coś pomagać. Byle tylko nie marnować bezsensownie czasu.

- Super! Przyjdź po południu do mnie, do domu. Mieszkam na końcu plaży, to znajdziemy Ci jakieś miejsce do spania. Namiot masz?

- Mam! – odpowiedziałem i po uzgodnieniu szczegółów ustaliliśmy, że widzimy się po południu, bo miał teraz jakieś spotkania.

Ledwo skończyłem rozmawiać z Denisem, a już podskoczyła do mnie Montserrat, która w kościele pełniła funkcję tłumacza. Ledwo zamieniła ze mną dwa zdania, a już mnie zaprosiła mnie do siebie i swojego męża Agustina na lunch.

Kiedy przedstawiłem jej plan, który ułożyłem nie dalej jak minutę temu, zawołała stojącego niedaleko blondyna. Efren, bo tak się nazywał,  mieszkał w Esterillos od dziesięciu miesięcy i był wolontariuszem, który przyjechał tutaj z Hiszpanii.

W czasie, gdy Monteserrat znikła na chwilę pakować sprzątać sprzęt grający, Efren wyjaśnił mi, że prawdopodobnie będę mógł się rozbić z namiotem w ogrodzie jego gospodarzy, który mają coś na kształt campingu i wtedy pomoże mi we wszystkim się ogarnąć. Rozmową przerwał nam Agustin, który już z auta krzyknął, żebym wskakiwał, bo jedziemy na obiad.

Agustin i Montserrat okazali się być miłym małżeństwem, które zaczęło mnie wprowadzać w temat Esterillos oraz kościoła, do którego trafiłem.

Przygotowania do lunchu

Przygotowania do lunchu

Praca wre

Praca wre

Co ciekawe Denis, który był pastorem, okazał się być również misjonarzem. W wieku 21 lat wyjechał studiować do Kalifornii, a tam będąc gorliwym chrześcijaninem, trafił pod skrzydła metodystów w Santa Barbra, gdzie studiował Biblię i poznał swoją żoną Kate. Po dziesięciu latach postanowili wrócić do Esterillos, skąd pochodził. Z tą różnicą, że tym razem jako misjonarze. Czy misjonarzami bym ich nazwał, to nie wiem. W głowie mam wyobrażenie polskich Jezuitów, czy Franciszkanów, którzy jadą w miejsca, gdzie nie ma praktycznie niczego i poza głoszeniem wiary pomagają, leczą, budują i edukują praktycznie od podstaw samemu żyjąc wyłącznie w granicach tego, co można nazwać komfortem. Denis natomiast, miał duży dom na zboczu góry, z domkiem letniskowym, który wynajmował turystom, a samo Esterillos przypominało sielską wioskę, bez większych problemów, z ładnymi domami i ludźmi, którym do szczęścia potrzebne naprawdę niewiele, bo większość daje im ocean. Druga sprawa, że Denis nie musiał pracować w naszym pracy rozumieniu, bo kościół w Santa Barbra co miesiąc przesyłał mu pieniądze, które w założeniu miały wystarczyć na całe utrzymanie rodziny, aby w zupełności mógł się poświęcić głoszeniu Ewangelii.

Esterillos

Esterillos

Typowe zabudowania

Typowe zabudowania

PURA VIDA!

PURA VIDA!

Kolejną ciekawą rzeczą był fakt, że zarówno Denis, jak i Efren, którego ściągnął z Hiszpanii do pomocy, byli członkami czegoś, co się nazywa „Christian Surfrers”. Jest to stowarzyszenie ludzi, którzy są gotowi głosić wiarę i pomagać wszędzie, gdzie tylko są fale do surfowania. Członkami tego samego stowarzyszenia byli Monteserrat i Agustin, z tą różnicą, że póki co nigdzie nie planowali się wybierać.

Na lunchu u nich obecny był również pastor, który gościnnie występował w kościele, więc razem z nim i jego żoną, wspólnie zjedliśmy posiłek, a następnie spędziliśmy popołudnie popijając kawę i dyskutując o Kostaryce.

omnomnomnom

omnomnomnom

Brodate bractwo kawoszy

Brodate bractwo kawoszy

Późnym popołudniem, kiedy słońce w końcu nieco zelżało (w porównaniu do San Jose upał i wilgotność była nie do zniesienia). Pojechaliśmy na plażę, gdzie ponownie spotkałem się z Efrenem i rodziną Denisa. Wspólnie przegadaliśmy wieczór, a gdy już robiło się ciemno pokazali mi miejsce, gdzie mogę się rozbić z namiotem. Przez najbliższe dwa tygodnie miałem nocować nie dalej niż pięć metrów od oceanu, hamaka i jakieś dziesięć do łazienki. Żyć nie umierać. Wprawdzie miałem cichą nadzieję, że będę mógł nocować w zamian za pomoc, ale nie miałem specjalnie żadnej taryfy ulgowej i skończyło się na cenie 6$ za noc.

Noc minęła spokojnie. Jedynym co mnie nieco rozbudziło to ocean, który podczas odpływu cofał się o jakieś dwieście metrów, ale przypływ charakteryzował się tym, że kończył się niemalże przy moim namiocie. Druga sprawa, to że sam ocean jest strasznie głośny, więc za każdym razem, gdy łamała się jakaś fala i tony wody spadały z hukiem rozbijając się o brzeg, hałas był wręcz ogłuszający.

Obudziłem się równo ze świtem. Wyczołgałem z lekko wilgotnego namiotu i zrobiłem kilka kroków, żeby znaleźć się na plaży. Widok był spektakularny.

Widziałem setki rajskich plaż. Zdecydowaną ich większość na zdjęciach robionych o wschodzie lub zachodzie słońca, ale żadne ze zdjęć nie mogło się równać temu co własnie przed sobą widziałem.

Kostaryka słynie z fenomenalnych fal do surfowania, długich, wysokich i tworzących się nie za daleko od brzegu, jednak dzisiejszy poranek był pierwszym z wielu spokojnych. Pacyfik był niemalże jak lustro i odbijał pierwsze promienie wschodzącego słońca. Fale, niby niewidoczne, a jednak docierając do brzegu z delikatnym szumem rozpływały się na szarym piasku, który po kilku metrach kończył się wyrastającymi pod każdym możliwym kątem palmami. W oddali było widać wybrzeże, które delikatnie zakręcało tworząc sporych rozmiarów zatokę, nad którą unosiła się poranna mgła. Powietrze, w odróżnieniu od wczorajszego wieczora, było całkiem rześkie, więc nie myśląc poszedłem na spacer. W sumie bez celu. Ot tyle, żeby podziwiać secenerie, moczyć nogi w ciepłej wodzie, patrzeć na uciekające spod nóg kraby i obserwować przygotowujących się do codziennej pracy rybaków.

Do „mojego” ogrodu wróciłem po mniej więcej godzinnej przechadzce. Ku mojemu zdziwieniu wszyscy dookoła już wstali. Ledwie podszedłem do namiotu, a zostałem zauważony przez Efrena, który zapytał mnie jakie plany mam na dzisiaj.

Planów nie miałem żadnych. No, może tylko takie, żeby w końcu usiąść nad blogiem, bo do dnia dzisiejszego non stop mam co najmniej dwutygodniowe zaległości. Na szczęście Efren nie proponował na dzisiaj niczego szczególnego, poza wieczornym wspólnym łowieniem ryb, więc miałem wolne.

Śniadanie zjadłem u Dony Maregeritty, która będąc głową rodziny, zamieszkującej wszystkie okoliczne domy, codziennie gotowała dla swoich wnuków i nielicznych gości. Wprawdzie niemalże za każdym razem podawała to samo, czyli na śniadanie Gallo pinto, a na obiad kurczaka z pinto, ale nigdy nie narzekałem.

HOLA!

HOLA!

Po śniadaniu usiadłem na pniu drzewa, podciągnąłem sobie stolik pod laptopa i do południa siedziałem i pisałem. W południe krótka drzemka na hamaku, obiad, spacer, chwila na rozmowy z Efrenem i w końcu, gdy odpływ był prawie w szczycie przyszedł Denis, który zabrał mnie na mój pierwszy wypad na ryby.

Okazało się, że moje wyobrażenie o łowieniu ryb kompletnie mija się z rzeczywistością. Nie wiem czemu, ale myślałem, że będziemy mieli wędki, przynęty, spławiki i takie tam. Tymczasem Denis wcisnął mi do ręki zawiniętą na okrągłym kawałku plastiku kilkudziesięciometrową żyłkę z haczykiem. Następnie z siatki wyciągnął małe rybki, które oni nazywali sardynkami i dużym nożem kuchennym pozbył się łusek na obu bokach ryby. Gdy już wszystkie przezroczyste łuski zostały usunięte, wykroił z niej płaty mięsa i podał mi mówiąc:

- Jeden załóż na haczyk, a resztę schowaj do kieszeni – a następnie w taki sam sposób przygotował kawałki ryby dla siebie. Wszystko czego używał schował do siatki, położył na niej konar drewna i poprosił, żebym poszedł za nim. Gdy woda sięgała nam mniej więcej do pasa Denis kazał mi odejść dziesięć metrów od niego i zobaczyć w jaki sposób się łowi.

Łowimy

Łowimy

Tak naprawdę cała sztuka polegała na rozbujaniu ruchem kolistym haczyka z mięsem ryby (czyt. przynętą) i wyrzuceniu go jak najdalej. Nawet nie wiem jak to bardziej obrazowo opisać, ale pewnie zobaczycie to na filmie z Kostaryki :)

Jak haczyk z przynętą ląduje jakieś kilkanaście metrów od Ciebie, zaczynała się zabawa. Trzeba stać, z żyłką na palcu i nadzorować kiedy poczuje się jakieś szarpnięcie. Później to już sprawa refleksu, bo trzeba z całej siły szarpnąć i,  a nóż widelec, złapało się rybę.

Zabawa trwała do zmroku, kiedy to już powoli zaczynał się przypływ. Nie udało się nic złowić, ale nauczyłem się podstawy, która później miała zaprocentować niejednym obiadem.

Złowiona

Złowiona

Zjedzona

Zjedzona

Po zmroku nie było nic do roboty i zaczynały gryźć komary, więc począwszy od tego dnia przestawiłem się na tryb życia od piątej rano do dziewiętnastej wieczorem, czyli praktycznie równo ze słońcem.

Kolejny dzień ponownie rozpocząłem od spaceru, a następnie śniadania u Margeritty. Planów znowu nie miałem, ale liczyłem, że Denis da mi dzisiaj znać jak z pracą przy budowie nowej klasy. Wczoraj poruszyłem z nim ten temat na rybach, ale powiedział, że wciąż czeka na więcej ochotników. Dzisiejszy dzień planowałem spędzić podobnie do poprzedniego, czyli na pisaniu i relaksie.

Jednak jak tylko skończyłem śniadanie, podszedł do mnie Efren, który zapytał się, czy chcę z nim pojechać do Jaco na studiowanie Biblii oraz pomoc niepełnosprawnym. Odpowiedz mogła być tylko jedna. Wprawdzie obijanie się na plaży w Esterillos miało jakąś magiczną moc, która sprawiała, że nie nudziło mi się, to jednak możliwość ruszenia dalej i zrobienia czegoś pożytecznego zdecydowanie wygrywała.

Esterillos od Jaco dzieli dwadzieścia kilometrów i byłem święcie przekonany, że podjedziemy stopem, ale Efren uparł się na autobus. W ogóle Efren…

Efren, rocznik ’89 urodzony w Barcelonie w rodzinie, gdzie jego ojciec swoją młodość spędził nie żałując sobie wszelkiego typu używek, ale w pewnym momencie się nawrócił. Efren miał podobny etap. W wieku 16 lat zaczął jak typowy nastolatek negować wszystko i uciekł z domu, który jego ojciec zamienił w schronisko dla narkomanów chcących zerwać z nałogiem. Wpadł w podobne środowisko jak rodziciel w młodości i zaczął negować wszystko, co ojciec próbował mu przez całe życie pokazać. Jednak, jak sam mówi, po pięciu latach się opamiętał. Zaczął czytać Biblię, a następnie ją studiować. Wtedy też wstąpił do „Christian Surfers” i postanowił wyjechać na misję. Padło na Kostarykę.

Podczas łowienia homarów

Podczas łowienia homarów

Złapane

Złapane

i zjedzone

i zjedzone

Naszym celem w Jaco był lokalny kościół metodystów, który w odróżnieniu od tego w Esterillos był dużo mniejszy i znajdował się na piętrze budynku, z pralnią, restauracją i wypożyczalnią samochodów obok. Jak mówił Efren, kościół ten prowadzony przez pastora Mike’a jest dużo mniejszy (ok. 20 osób), ale dużo lepszy jakościowo.

Weszliśmy do małej salki ze stołem po środku i czekaliśmy na przybycie innych osób, które miały przyjść na studiowanie Biblii i modlitwę.

Pierwszy pojawił się Mike. Wysoki, ewidentnie ćwiczący na siłowni, z dosłownie kwadratową szczęką, starannie ułożonymi włosami i wyprasowaną w kant bluzce.

Ledwie nas Efren przedstawił, a już zaczęli pojawiać się kolejni goście. 87-letni Warren, który ponoć grał jakąś rolę u boku Toma Cruisa, ale po przeszukaniu FilmWeba nic takiego nie znalazłem. Para kostarykańsko-amerykańska, która po modlitwie miała mieć terapię małżeńską oraz pochodzący z Kalifornii Paul, który od 2 lat szkoli się na pastora w zamkniętym ośrodku pod Budapesztem, a obecnie przebywa na wakacjach w Kostaryce.

Po wypiciu filiżanki kawy, Mike zapytał wszystkich czy są gotowi do modlitwy, a następnie poprosił wszystkich o podanie sobie rąk i rozpoczął jako pierwszy.

Siedzieliśmy przy stole w kółku, więc każdy każdego widział i najwidoczniej wiedział czego się spodziewać. Każdy poza mną.

Mike jako pierwszy zaczął się modlić. Nie była to żadna formułka, które znamy z kościoła, a normalna modlitwa, w czasie której na forum publicznym mówi się w pierwszej rundce za co się dziękuje, a w drugiej o co Boga prosi. W tym czasie osoby dookoła, po każdej prośbie, po cichu i nie przerywając, wypowiadają słowa „God please”. Na początku spanikowałem. Po pierwsze nie miałem pojęcia o co prosić i za co dziękować, żeby trwało to wystarczająco długo (każda z poprzedzających mnie osób mówiła dobre pięć minut bez przerwy, a jak sobie w myślach robiłem wyliczankę to miałem tekstu może na minute). Na szczęście okazało się, że można mówić w swoim ojczystym języku, wiec nieco mi ulżyło. Modlitwę zacząłem z kopyta, ale czasem potrzebowałem chwili, żeby sobie przypomnieć za co jeszcze dziękuję, więc wymawiałem zapchaj dziury, których obecni nie mogli zrozumieć. Działało to na zasadzie „teraz mówię, żeby mówić, żeby mieć chwilę, żeby się zastanowić o czym zapomniałem. O już wiem, dziękuję za wczorajszą lekcję wędkarstwa oraz za to, że postawiłeś na mojej drodze Krysię, Denisa i Efrena”. I tak dalej. I tak dalej.

Na początku nieco mnie zdziwiła taka forma modlitwy, ale koniec końców doszedłem do wniosku, że jest lepsza niż ta proponowana podczas mszy, czy rodzinnych spotkań. Przecież niemalże zawsze, jak ktoś mówi „A teraz w ciszy się pomódlmy”, to sam często się łapałem na tym, że już po chwili myślami odpływałem bardzo daleko. Natomiast metoda wypowiadania modlitwy na forum publicznym sprawia, że nie tylko musisz się skupić na tym co mówisz, ale również osoby, które modlą się z Tobą wiedzą, co jest dla Ciebie ważne. Mało tego, dość często na kolejnych spotkaniach, przed modlitwą, Mike pytał nas czy mamy jakieś specjalne intencje, w których chcemy, żeby pomodlił się każdy z obecnych.

Po modlitwie (nie pamiętam kiedy ostatnio miałem tak spocone ręce) Mike został z parką na terapii, a ja wraz z Efrenem i Paul’em, który był kierowcą, pojechaliśmy zrobić zakupy dla Warrena, który już z trudem się poruszał, ale również nam towarzyszył. Okazało się, że właśnie to miał na myśli Efren mówiąc „pomoc niepełnosprawnym”. Wprawdzie nie miałem nic przeciwko, ale zdziwiłem się, gdy odwieźliśmy Warrena pod dom, który był (najdelikatniej mówiąc) ogromny. Prywatne osiedle, z basenem, piętrowy i sprzątaczka, która uwijała się pod czujnym okiem jego żony.

Z Warrenem podczas zakupów

Z Warrenem podczas zakupów

Być może bez powodu, ale wydało mi się dziwne wożenie i robienie zakupów dla kogoś, kto, owszem, nie był w stanie zrobić ich samodzielnie, ale spokojnie mógł zapłacić komuś kto by radę dał.

Po powrocie do kościoła, Mike zaprosił nas na lunch do lokalnej restauracji, a następnie wróciliśmy postudiować Biblię. I to była chyba jedna z ciekawszych rzeczy, które robiłem podczas mojego pobytu w Esterillos (poza łowieniem ryb, homarów i wpatrywaniem się w gwiazdy;)).

Po zachodzie

Po zachodzie

i o wschodzie

i o wschodzie

Wiem, dla większości osób studiowanie Biblii brzmi, jeśli nie paskudnie nudno, to co najmniej dziwnie i pewnie będą czytać dalszą część tego postu z politowaniem. W sumie nawet czytać nie muszą, tylko mogą przewinąć nieco niżej, bo będzie ciekawiej. Teraz czas na takie moje małe świadectwo.

Biblia użytkowa

Biblia użytkowa

Biblię zacząłem odkrywać dopiero na jachtostopowym  rejsie z Gibraltaru na Wyspy Kanaryjskie i z ręką na sercu Wam mówię, że nigdy nie sądziłem, że może się ona stać naprawdę ciekawą lekturą. Jest jednak jeden warunek. Musisz mieć wiedzę dotyczącą obszaru,  na którym była pisana, z dodatkiem znajomości hebrajskiego oraz historii, zwyczajów i tradycji. Jeśli jej nie posiadasz, to prawie równie dobrze możesz czytać Alicję w Krainie Czarów. Taka prawda. Biblię trzeba chcieć zrozumieć lub poznać kogoś kto Ci w tym pomoże. Miałem to szczęście, że w maju, jadąc stopem na pierwszą audycję związaną z premierą i promocją książki zabrała mnie Pani psycholog (czy też psycholożka. Jak kto woli), która po trzech przegadanych godzinach, zapytała czy znam o. Adama Szustaka. Nigdy w życiu o typie nie słyszałem, wiec zaprzeczyłem, a Pani włożyła do odtwarzacza płytę i puściła mi „Kazanie o orzechach”. Godzinna konferencja podczas której śmiałem się i która zmusiła mnie do myślenia. Jednak jak to w historiach o cudach bywa, kilka tygodni później  o kazaniu już nawet nie pamiętałem, a promocja książki, magisterka i planowanie wyjazdu pochłonęły mnie w całości.

Tuż przed wyjazdem, kiedy wszystko dopinałem na ostatni guzik, zgrywałem sobie na telefon muzykę. Jako, że zaczynałem od Camino de Santiago, to uznałem, że dobrze będzie mieć również jakieś kazania. I wtedy ponownie trafiłem na o. Adama. Bezczelnie ściągnąłem z Chomika cztery sezony konferencji (w sumie ponad czterdzieści godzinnych kazań). Dopiero po wyjeździe z domu zorientowałem się, że jakimś cudem na telefonie zapisały mi się tylko dwie rzeczy. Godzinna płyta Jassie Ware oraz wszystkie kazania. Nie było zmiłuj. Zacząłem słuchać. Słuchać, myśleć i śmiejąc się, gdy wielgachny dominikanin pozdrawiał internautów, którzy ściągnęli kazania z chomika. Kazania były poświęcone właśnie analizie Biblii, a dokładniej „Pieśni nad Pieśniami” – najpiękniejszego tekstu o miłości jaki kiedykolwiek powstał. Czemu o tym piszę? Ano, żebyście zrozumieli, że każde godzinne kazanie było poświęcone analizie tylko i wyłącznie dwóch wersów. DWÓCH WERSÓW! I to było sensowne wyjaśnianie o czym mówi dany wers i co Bóg próbuje nam w tych słowach powiedzieć. Nie da się przeczytać jakieś przypowieści i zrozumieć jej w piętnaście minut.

Po Camino przyszła pora na żeglugę przez ocean, więc na swoich wachtach miałem mnóstwo czasu na myślenie o tym, co usłyszałem w kazaniach i tak oto narodziła się fascynacja Biblią.

Spotkania z Mike’iem były w podobnym klimacie jak kazania o. Szustaka. W zależności od tego o czym chcieliśmy pogadać, wybieraliśmy fragment Pisma Świętego, a następnie analizowaliśmy go tak, jak tylko mogliśmy.

Świetnym przykładem, może być tutaj np. znana nam wszystkim przypowieść o Synu Marnotrawnym. Każdy zna fabułę, ale nie każdy rozumie jak ważna wiadomość jest w niej zapisana. Nie będę się rozpisywał na jej temat, ale dla ciekawych tematu zadam tylko kilka pytań, na które można spróbować sobie odpowiedzieć, a następnie sprawdzić odpowiedzi( poza oczywistościami rzecz jasna). Co znaczy, że Syn poprosił Ojca o swoją część majątku? Co znaczy, że jadł ze świniami? Co znaczy, że Ojciec wybiegł? Czy Syn przeprosił? Czym jest pierścień? Czym są sandały i płaszcz?

Podczas studiów

Podczas studiów

[DLA TYCH CO CHCIELI PRZESKOCZYĆ - TU MOŻECIE ZACZĄĆ CZYTAĆ]

A teraz wracając do tematu, bo strzelam, że co najmniej połowę z Was już zanudziłem swoimi religijnymi wywodami.

Spotkanie zeszło nam do piątej po południu, więc gdy wróciliśmy do Esterillos już się ściemniało. Kupiłem sobie Oreo( jak ja je uwielbiam, to głowa mała) i po prysznicu padłem spać.

Kolejne dni w Esterillos upływały tym samym rytmem. Co drugi dzień wyjazd do Jaco na modlitwę i studiowanie Biblii, łowienie ryb, homarów, bujanie w hamaku i rozmowy o wierze z Efrenem. Budowa szkoły nie wyszła, ale o tym czemu, napiszę w kolejnym poście. Pobyt nad oceanem był sielanką, którą zakłóciły jedynie trzy rzeczy.

Praca taka ciężka

Praca taka ciężka

Widoki takie monotonne

Widoki takie monotonne

Atrakcje takie ciekawe

Atrakcje takie ciekawe

Na trzecim spotkaniu w Jaco byłem obecny tylko ja, Efren, Mike oraz Warren. Zaczęliśmy tak jak zwykle, czyli kawka, pogaduchy, aż w końcu pastor zarządził modlitwę. Usiedliśmy przy stole, chwyciliśmy się za ręce i zaczęliśmy. Pierwszy był Mike, który po mniej więcej pięciu minutach przerwał, otworzył oczy i spojrzał na Warrena. Już wcześniej czułem, że coś jest nie tak, bo siedziałem po jego drugiej stronie i czułem, ze początkowo zaczyna coraz bardziej luzować uścisk dłoni, aż niemalże musiałem mu rękę trzymać. W momencie, gdy Mike przerwał, otworzyłem oczy i zobaczyłem, że Warren jest cały blady na twarzy  i ma głowę pochyloną na klatce piersiowej. Wyglądał jakby spał.

- Warren, wszystko w porządku? – zapytał Mike.

Odpowiedziała mu złowroga cisza, którą mącił jedynie cichy szum klimatyzatora. (hehe)

- Warren! jesteś z nami?! – Tym razem powiedział już dużo donośniej i potrząsnął ręką seniora. Na szczęście Warren podniósł głowę i coś wymruczał, więc nie było tragedii. Kilkukrotnie zdarzało mi się, że ktoś w moim towarzystwie mdlał, wiec byłem gotowy, żeby  w najgorszym przypadku zaczynać resuscytację. Ku mojemu zdziwieniu, graniczącemu z niedowierzaniem, Mike poprosił mnie i Efrena, żebyśmy podeszli do najwyraźniej osłabionego Warrena i położyli na nim ręce. Nie specjalnie wiedziałem o co chodzi, ale Efren wykonał prośbę i wtedy Mike zaczął się modlić.

- Boże daj Warrenowi siłę, aby mógł dalej z nami cośtam cośtam… – no patrzyłem i myślałem, że to jakiś czeski film. Wiadomo, wiara wiarą i modlitwa modlitwą, ale w tym momencie najmądrzej będzie go szybko zapakować do auta i zawieźć do szpitala. Na szczęście owa modlitwa trwała nie więcej niż dwadzieścia sekund, po których Mike rzucił hasło:

- Dobra chłopaki, weźcie go pod ręce i sprowadźcie do samochodu, a ja podjadę pod drzwi.

Historia skończyła się dobrze, bo okazało się, że Warren zwyczajnie „nie miał rano ochoty na śniadanie”, a wziął leki, więc zjadł najzwyczajniejszego w świecie banana, to po chwili był już z powrotem na chodzie. Mike i tak zawiózł go do kliniki, gdzie za równowartość 50$ zbadano mu ciśnienie i powiedziano, że musi jeść śniadania. Tak naprawdę resztę przedpołudnia spędziliśmy na porządkowaniu jego leków, w których miał dosłownie pigułkową sałatkę.

Kolejna przygoda okazała się być chyba najgroźniejszą jaką miałem do tej pory w tej podróży. [Kochana rodzino - przypominam, że żyję, więc spokojnie]

Zaczęło się niewinnie. Ba, zaczęło się fenomenalnie.  W końcu po tygodniu pobytu w Esterillos, Efren zapytał mnie, czy chcę z nim dzisiaj popłynąć na łowienie ryb z harpunem. Już pomijam fakt, że jest to dużo większa frajda niż wędkowanie, bo podchodzi to bardziej pod polowanie, ale przede wszystkim nurkuje się wśród rafy koralowej w otoczeniu ryb jak na filmach. Dodatkowo skuteczność łowienia jest nieporównywalnie większa.

Ubrałem na siebie koszulkę, żeby się nie spalić pływając i poszliśmy po łódkę, która należała do Denisa. Właściwie nazywać to łódką, to małe przegięcie. Tak naprawdę był to nieco większy, niezabudowany, dwuosobowy kajak.  Z

Nasz Titanic

Nasz Titanic

aładowaliśmy do niego harpun, dwie maski, rurki, dwie pary płetw, worek na ryby, kamerę i dwa pagaje, a następnie zwodowaliśmy. Przyznaję szczerze, że nie zdawałem sobie sprawy z niebezpieczeństw jakie wynikają z wypływania na ocean taką „łódką”.

Wypływaliśmy mniej więcej w połowie przypływu. Fale były raczej małe, a ocean spokojny. Świeciło przyjemne popołudniowe słońce, więc gdy Efren tłumaczył mi co i jak brałem to raczej jako typowe ostrzeżenia przed każdym rejsem. Siedziałem na dziobie, więc zza pleców słyszałem tylko głos Efrena:

- Obserwuj wodę, jak będzie fala, to krzycz i koniecznie musimy wejść w nią dziobem! Nigdy bokiem! – pouczał – I patrz jak pagajujesz, bo nalewasz wodę do środka!

Wyjście na ocean poszło nam całkiem sprawnie. Przebiliśmy się przez może trzy większe fale, które nieco nas zalały, ale po chwili pracy z prowizorycznym wiaderkiem i wszystko było w porządku. Od brzegu oddaliliśmy się o jakieś 700-800 metrów, aż w końcu pod dnem łódki ujrzeliśmy coś na kształt podwodnej góry kamieni.

- Dobra, Pasha! Rzucaj kotwicę! – krzyknął Efren

Wyrzuciłem z dziobu coś co nazywał kotwicą, chociaż obok prawdziwej kotwicy, to raczej nigdy nie leżało, ale kilkudziesięciometrowa lina raz dwa znalazła się pod wodą.

- Ok, teraz Ty zeskakujesz z dziobu, a ja z rufy – instruował Efren – Tylko musimy zrobić to w tym samym momencie, żeby łódka się nie przechyliła.

Cała sztuka polegała na tym, żeby usiąść okrakiem na dziobie i przesuwać się do momentu kiedy, nie urywając niczego, z dziobu spadniemy.

Następnie pozostało założyć maskę, rurkę do oddychania, płetwy i zacząć szukać ryb. A te były wręcz niepoliczalne. Podwodna góra kamieni, miała wymiary bez mała około 30×50 metrów, a w niemalże każdej szczelinie i pomiędzy każdym kamieniem, co chwilę, przepływała jakaś większa ryba lub cała ławica mniejszych. Żółte, czerwone, zielone, srebrne. W dodatku popołudniowe słońce jakby nadawało temu podwodnemu światu cieplejszych kolorów.

Na początku z harpunem łowił Efren. I szło mu genialnie. Tak naprawdę tym lepszy jesteś w polowaniu na ryby, im dłużej jesteś w stanie wytrzymać pod wodą. Jemu nie sprawiało większego problemu pływać na głębokości około 10 metrów przez ponad minutę. Natomiast, gdy za łowienie zabrałem się ja, to połowę czasu pod wodą zajmowało mi zanurzenie, a drugą wypłynięcie. I tak byłem pełen podziwu dla siebie, że jestem w stanie przepłynąć pod wodą 30 sekund i nie widzieć podwójnie.

Łowiliśmy w sumie przez prawie dwie godziny, a naszym łupem padło sześć okazałych sztuk ryb, w tym jedna, którą musieliśmy we dwóch wrzucać do łódki, bo była za ciężka.

Efren pod wodą

Efren pod wodą

Yeti pod wodą

Yeti pod wodą

Gdy słońce już powoli chyliło się ku zachodowi, Efren rzucił hasło, że wracamy.

Tym razem zamieniliśmy się stronami. Ja siedziałem na rufie, bo byłem cięższy, a on na dziobie. Gdy tylko wyciągnął kotwicę, zaczęliśmy pagajować w kierunku brzegu.

Im bliżej byliśmy tym większe fale nadchodziły nam od strony rufy. Początkowo na nich przepływaliśmy, ale w końcu zaczynały się łamać. Mniej więcej 300-400 metrów od brzegu jedna z nich, wystarczająco duża, złamała się tuż nad nami i przetoczyła przez łódkę.

Słona woda wdarła mi się do oczu. Szybko wytarłem twarz klnąc na soczewki, które żyją ze słoną wodą jak pies i kot.

Z przerażeniem zauważyłem, że w miejscu, gdzie jeszcze chwilę temu siedział mój towarzysz walają się tylko płetwy, a pagaj jest za burtą.

- – Efren?! – Krzyczę i wzrokiem lustruję powierzchnię wody, aż po chwili tuż za dziobem łódki widzę blond czuprynę.

- Pasha, skacz do wody! – Krzyknął

Nie zastanawiając się po co, ani dlaczego, wyskoczyłem. Dokładnie w momencie kiedy kolejna fala przykryła łódkę.

Przez moment prąd porwał mnie w kierunku brzegu, żeby dosłownie chwilę po przejściu fali zacząć wciągać w głąb oceanu. Wynurzyłem się zaczerpnąć oddechu i wykonując kilka zamaszystych ruchów ramionami, dopłynąłem do łódki i złapałem się burty.

- Efren! Gdzie jesteś?! – krzyknąłem rozglądając się dookoła. Dopiero po chwili zobaczyłem, że trzyma się w tej samej pozycji na drugiej burcie.  - Fuck! Co robimy?! – zapytałem patrząc, że worek z rybami unosi się kilka metrów od łódki. To samo z częścią sprzętu

- Nie wiem! Nie wiem! Łódź jest pełna wody, a wiadro nam uciekło! Łap pagaje! – odkrzyknął

W tym momencie niczym sobie uświadomiłem, że przecież gdzieś w łódce jest moja kamera. Szybko spojrzałem do środka i ręką przeszukałem zawartość łódki pełnej wody.

- Fuck, fuck, fuck! Kląłem rozpaczliwie rozglądając się dookoła  w momencie kiedy kolejna fala przykryła wszystko i znalazłem się pod wodą . – Chrzanić to – pomyślałem i otworzyłem oczy.

Wszystko było rozmazane, a sól gryzła niewyobrażalnie. Prawo, lewo, prawo, lewo. Jest! Kilka metrów ode mnie zauważyłem jaskrawy zielony pasek. Szybko podpłynąłem i owinąłem go sobie wokół dłoni. Mniej więcej w tym samym momencie poczułem coś jeszcze. Kilkudziesięciometrowa lina od kotwicy nie była sklarowana i  spokojnie unosiła się na i pod wodą. Wynurzyłem się ponownie i zacząłem oceniać sytuację. Do brzegu daleko, a prąd cholernie silny.

- Pasha! Spróbujmy odwrócić łódkę i wylać wodę, a następnie ja znowu postawić – krzyknął Efren.

Sensowny pomysł, ale gówniana konstrukcja łódki uniemożliwiła ponowne jej odwrócenie bez wody. Trzy próby i nic.

- Dobra, Eferen, zostawiamy łódkę i płyniemy do brzegu po pomoc! – powiedziałem, czując, że każda minuta zbliża nas do zachodu słońca i nasze szanse na sensowny pomysł maleją.

- Nie możemy! To łódka Denisa i nie mogę jej zostawić, bo nie stać mnie na kupno nowej – krzyknął Hiszpan dryfując na kolejnej fali, która szczęśliwie złamała się dopiero za nami.

- Dear Lord! Why you are doing to me?! – retorycznie pytał Efren. W tym momencie uświadomiłem sobie jak bardzo się od niego różnię. Do wzywania Boga było mi w tym momencie daleko, a jedyne co powtarzałem w kółko, to (zrozumcie mnie i przepraszam wszystkich zgorszonych) – „Kurwa mać”. Jak typowy polak.

Zły na siebie, że znalazłem się w tak głupiej i niebezpiecznej jednocześnie sytuacji, odkrzyknąłem do Efrena:

- Dobra, ja płynę do brzegu po pomoc.

- Weź rzeczy, bo zaraz się nam potopią – odkrzyknął

Rozejrzałem się dookoła. Płetwy unosiły się na powierzchni, gogli ani rurek nie widziałem, ale pod rękę wpadły mi również dwa pagaje. Wtedy zaczęło się najgorsze. Nawet się nie spostrzegłem jak ta przeklęta lina od kotwicy zaczęła się zaplątywać dookoła mnie. Zorientowałem się dopiero jak przyszła kolejna duża fala, a pływ zaczął mnie wciągać w głąb oceanu. Lina jakby żywy boa, zacisnęła się na mnie uniemożliwiając ruch jedną ręką. Na szczęście druga była wolna, więc machając nogami jak najmocniej potrafię, po dłuższej chwili, wypłynąłem na powierzchnię.

- Tylko nie panikuj! Spokojnie, to tylko woda i lina! Myśl! Spokojnie! – powtarzałem w myślach, jednocześnie czując, że serce zaczyna mi bić jak zwariowane. – Cholerne pagaje! Cholerna lina. Nosz ku…!

Po sporych zmaganiach, udało mi się wydostać z pułapki i krzyknąłem do pilnującego łódki znajdującej się pod wodą, Efrena, że płynę po pomoc.

Pierwsze kilkadziesiąt metrów było w miarę znośne. Spokojna praca nogami, gdy nie ma fali i z całych sił, gdy na fali jestem. Ręce zajęte, bo próbowałem utrzymać dwa pagaje, dwie pary płetw i kamerę, ale w końcu stwierdziłem, że założę jedne z nich na nogi, to będzie mi łatwiej. Następnie około 15 minut walczyłem z falami i pływami, które w miarę zbliżania się do brzegu zaczynały być coraz większe i silniejsze.

Na brzeg dopłynąłem sapiąc ze zmęczenia. Odwróciłem się w kierunku, gdzie ostatni raz widziałem łódkę i ze strachem stwierdziłem, że nie widzę Efrena. Rzuciłem wszystko na piasek i wbiegłem do ogrodu, gdzie był mój namiot, a kilka metrów dalej domki mieszkańców, w tym hostów Hiszpana.

Wpadłem do najbliższego z nich, gdzie akurat paliły się światła i nie pukając krzyknąłem

- Efren! Ayuda! Barco fregadero! – wykrzyczałem moją łamanym hiszpańskim

Rodzina, do której mieszkanie wybrałem akurat jadła obiad. Na mój widok skamienieli, ale w końcu jednej z facetów wstał od stołu i zapytał.

- Donde es?

- Ocean senor. 300 metros! 

Niepozorny facet z brzuszkiem, znikł w drugim pokoju i po chwili wrócił z płetwami.

 - Vamos Pasha! – powiedział

Po chwili byliśmy na plaży, gdzie pokazałem mu miejsce, w którym miejscu był ostatnio Efren i następnie pobiegłem po kolejne osoby.

Jak na złość nikt nie zebrał się piorunem, tylko za każdym razem, a to siku, a to dziesięć tysięcy pytań. Gdy po nie więcej niż pięciu minutach, wróciłem na plażę zobaczyłem, że pierwszy mężczyzna już dopłyną do łódki i, ku mojej uldze, zobaczyłem też jasną czuprynę Hiszpana. Chwilę później zauważyłem, że płynie w kierunku brzegu.

Po mniej więcej dziesięciu minutach wyszedł z wody, gdzie wyrzucił harpun i jedną z ocalonych masek i krzyknął do mnie, żebym z nim wracał do łódki.

Na początku nie dowierzałem, bo wyglądało na to, że chłopak ma zamiar z powrotem płynąć do łódki.  Z drugiej strony kilka dni temu chwalił się, że na zaliczenie egzaminu z instruktarzu surfingu musiał przepłynąć sześć kilometrów. Spojrzałem na niego i już po chwili zniknął mi w wodzie płynąc stylem dowolnym w kierunku niewidocznej łódki.

Oczywiście nie chcąc być gorszy, wskoczyłem do wody zaraz za nim. 50, 100, 150 metrów. Skórcz w łydce. Zatrzymuję się i patrzę w kierunku głowy Efrena.

- Szlag by to – pomyślałem, oceniając połowę dystansu i jednocześnie czując, że nawet gdy nie płynę to wciąga mnie w stronę oceanu. – Dobra Skokowski, czasy kiedy byłeś mistrzem szkoły w pływaniu się skończyły i duma dumą, ale nie masz szans. Być może dopłyniesz, ale już nie wrócisz.

Jakby na potwierdzenie tych słów przy powrocie skurcze zaczęły się powtarzać niemalże co chwile i dopłynięcie na brzeg zabrało mi dwa razy więcej czasu. Wychodząc z wody czułem pełne politowania spojrzenia okolicznych mieszkańców, którzy spędzili w wodzie pewnie połowę życia.

- Duma do kieszeni ziomek. To było mądre. – powtarzając sobie i utwierdzając w przekonaniu, że jednak potrafię ocenić swoje możliwości.

Felerna łódka wylądowała na piasku dopiero po zmroku. Mniej więcej godzinę od pierwszej fali i była wyciągana przez czterech chłopa.

Trzecia przygoda zdarzyła się trzy dni przed moim pierwszym wyjazdem z Esterillos i sprawiła, że już teraz wiem, że będę musiał swoją podróż skrócić o około miesiąc. Ale o niej dowiecie się dopiero w kolejnym wpisie

Mam nadzieję, że wpis się podobał, a jeśli tak jest, to przypominam, że wciąż można wspomóc akcję „Autostopem dla hospicjum”. Wystarczy wejść tutaj i dowolną kwotą pomóc najmłodszym podopiecznym oraz ich rodzicom.  

P.S. Jeśli tego posta przeczyta Martyna Wojciechowska, to będę bardziej niż szczęśliwy, jeśli również wesprze akcję symboliczną kwotą ;)

Komentarze (27)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.