Utrecht – Amsterdam
Mimo, że dojechałem do Utrechtu dość późno, to już od 9 rano byłem na nogach. W pierwszej kolejności wziąłem gorący prysznic, a później już tylko siedziałem i z laptopem na kolanach czekałem, aż obudzi się Steph albo któraś z lokatorek w mieszkania. Pierwsza była Anet, była współlokatorka mojej towarzyszki z jej czasów na Erasmusie. Zaczęliśmy rozmawiać o typowych dla nowo poznanych ludzi rzeczach, aż pojawiła się Steph, a chwilę później druga lokatorka – Rose. Były śmiechy, były chichy, ale to czego mi brakowało najbardziej to kawy i śniadania. Nieśmiało zaproponowałem dziewczynom pomysł zjedzenia czegoś przed południem i , ku bezgranicznej uciesze mojego żołądka, wzięły się za robienie potężnej, kolorowej jajecznicy. Czułem się trochę głupio widząc, że wszystkie dziewczyny w kuchni, a ja po zaparzeniu kawy nie miałem nic do roboty, więc wziąłem się za sprzątanie im mieszania i zdeklarowałem zmywanie po śniadaniu.

Laptop time

śniadanie time
O mieszkaniu bym nie wspominał, gdyby nie ciekawa rzecz z nim związana. Otóż dziewczyny wynajmowały duże, czteropokojowe mieszkanie za cenę 300 euro miesięcznie. Nawet dla polaka, 1200zł za tak duże mieszkanie, to mało. Zabrzmi śmiesznie, ale płaciły tak niską cenę ponieważ budynek był przeznaczony do rozbiórki. Okazało się, że deweloper w nieskończoność odkładał ostateczny termin zrównania okolicy z ziemią i bał się, że bloki zostaną zajęte przez wszelakiej maści zwolenników squatów. Dlatego też postanowił wynająć mieszkania za niską cenę pod dwoma warunkami. Pierwszy obejmował wyprowadzkę w przeciągu miesiąca od ogłoszenia rozbiórki, a drugi zabraniał mieszkania w lokalu więcej niż dwóm osobom.
Miałem cichą nadzieję, że Steph będzie chciała się wybrać do Amsterdamu razem ze mną, ale wciąż była cieniem siebie, wiec postanowiła zostać z dziewczynami w domu. Ich plan na sobotę brzmiał „chillowanie”, ale jak na moje bliżej im było do „gnicia i nic nie robienia”. No, ale chill brzmi bardziej cool.
Do Amsterdamu postanowiłem pojechać nie stopem, a pociągiem. Po części dlatego, że nie chciałem tracić czasu na dojście na i błądzenie po mieście w poszukiwaniu wylotówki. Miałem tylko jeden dzień i chciałem go wykorzystać. Pożyczyłem od Anet składany rower i po trochu błądząc, trafiłem na dworzec.

Ulice Utrechtu
Problem pojawił się przy kupowaniu biletów. Bilety kolejowe były piekielnie drogie. Mało tego, to trzeba mieć jeszcze kartę, której wyrobienie kosztuje 7e. Postanowiłem jednak kombinować. Zacząłem od karty i po prostu pożyczyłem ją od Rose, która miała zamiar cały dzień chillowac. Następnie popytałem, jak mogę pojechać taniej i okazało się, że studenci mieszkający w Holandii mają dla osoby im towarzyszącej 40% zniżki. Nie zastanawiając się wiele zacząłem zacząłem szukać na dworcu młodych ludzi jadących do Amsterdamu.
Drugą osobą do której zagadałem była Julie, która nie tylko zgodziła się, żebym jechał z nią, ale również przegadaliśmy cała trzydziestominutową drogę.

Nieśmiała Julie
Amsterdam sam w sobie jest piękny, ale jak na mój gust to zdecydowanie za dużo w nim turystów (zabrzmiało samolubnie). Mimo tego, że miałem rower, to poruszanie się licznymi, krętymi uliczkami przychodziło mi z trudem. Co chwilę ktoś na drogę wchodził, przebiegał, zatrzymywał się na niej i z nieznanych powodów zawracał lub cofał. No i ten wszechobecny zapach palonej marihuany. Dosłownie gdzie się nie stanęło tam czuć było, że stolicą wolnych konopi jest właśnie Amsterdam.

Play me

Kanał i rower, czyli Amsterdam

Rowerowy korek, czyli Amsterdam vol.2

Okna z widokiem na kanał
W drodze powrotnej skorzystałem z tej samej opcji co na trasie Utrecht – Amsterdam, ale mój towarzysz nie należał do rozmownych, a koniec końców kontroler też się nie pojawił.

1/2 roweru
Do domu dotarłem w okolicach ósmej wieczorem i zostałem zaskoczony przez dziewczyny tekstem, że jestem zaproszony na imprezę do Amsterdamu i mogę iść za darmo jako osoba towarzysząca. Trochę mnie zatkało, ale powiedziałem, że to przemyślę.
Wieczór, tak samo jak cały dzień był piękny. Około dwudziestu stopni i bezwietrznie, więc kolację postanowiliśmy zjeść na tarasie. Przynieśliśmy krzesła, świeczki i gitarę, a dopiero na samym końcu jedzenie. Na kolację dziewczyny znowu się postarały. W pierwszej kolejności przyrządziły wielką blachę z przystawkami i serami. Na drugie danie miały potężną lasagne ze szpinakiem, więc gdy już miałem wstać z ziemi, to niemalże nie byłem w stanie.

Wspomnienie dzieciństwa

Klimaty prawie ogniskowe
Gdy zaczęły wypytywać, czy zdecydowałem już czy jadę z nimi. Zacząłem się zastanawiać. Przed sobą miałem wizję epickiej imprezy house w Amsterdamie, na którą wejściówki kosztowały po 50e, ale zrezygnowałem. Wbrew pozorom nie jechałem do Holandii na imprezę, palenie czy kosmiczne ciasteczka, ale po to żeby się spotkać i pogadać ze Steph, z którą mam super kontakt i nie chcę go stracić. Druga sprawa, że jadę przejść El Camino i imprezy to ostatnia rzecz, na którą mam teraz ochotę. Przedstawiłem swój pomysł na wieczór dziewczynom i przyjęły go z rozczarowaniem, ale też zrozumieniem.
Jeszcze zanim wyszły pożegnaliśmy się, bo mój plan obejmował wyjazd możliwie najwcześniej z rana.
Autostopem do Paryża, a nawet dalej.
Tak jak miałem plan wstać z samego rana, tak mi nie wyszło. Jak na ironię nie zadzwonił mi budzik i pierwsze oko otworzyłem dopiero o 10. Jak tylko, półprzytomny, zorientowałem się która godzina, zacząłem szybko pakować rzeczy. Harmider, który zrobiłem przy przewracaniu i wciskaniu na wariata klamotów do plecaka, obudził Steph. Po chwili rozmowy, uświadomiłem sobie, że przecież nigdzie mi się nie śpieszy. Mam przecież przed sobą pół roku podróży, więc te 30 minut mnie nie zbawi. Drugi dzień z rzędu zaproponowałem jajecznicę, tym razem robioną przez moje dwie lewe ręce i spokojnie usiedliśmy i porozmawialiśmy, bo kolejne nasze spotkanie nie wcześniej jak za rok.
Gdyby ktoś z Was był zainteresowany, to Steph z chłopakiem, Tillem, również jadą do Ameryki Południowej i Północnej tworząc projekt „Roads to courage”, w ramach którego będą pytać napotkanych na drodze, inspirujących ludzi, co ich motywuje do przełamywania strachu. Ich stronę możecie znaleźć tutaj.
Steph odprowadziła mnie jeszcze na wylotówkę z Utrechtu, a tam zacząłem łapać. Było już południe, więc obiektywnie rzecz biorąc miałem nikłe szanse dojechania do Bordeaux, które sobie zaplanowałem na niedzielę.
Ledwo wyciągnąłem kciuk i już miałem transport. Wprawdzie tylko do Bredy, ale zawsze dobry początek. Tam 30 minut pytania na stacji i trafił mi się jeden z ciekawszych ostatnimi czasy kierowców. Był nim młody, dobrze ubrany chłopak w sportowym aucie. Do słowa do słowa ustaliliśmy, że jedzie do Gent, wiec na trasie do Paryża, dlatego rzuciłem do auta plecak i usiadłem na przednim siedzeniu.
Ruch aż miło
Zacząłem standardowo. Skąd jestem, jak się nazywam i dokąd jadę, a Anthon tylko się przedstawił i dał mi do ręki małe, czarne pudełko, w środku którego znajdował się średniej wielkości, złoty dukat z inskrypcją po angielsku – „God grant me the serenity to accept the things I cannot change. Courage to change the things I can and wisdom to know the differnece.”
Medal of Honor
- Wiesz co to za hasło – zapytał, przyglądając się mi za ciemnych okularów.
Poczułem się co najmniej dziwnie myśląc, że albo jest najemnikiem, bo nie wiem czemu, ale hasło mi jakoś pasowało do tej profesji.
- Nie mam pojęcia – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, zachowując swoje podejrzenia dla siebie.
- Jestem uzależniony – odpowiedział, jakby nigdy nic, uśmiechają się od ucha do ucha – dzisiaj wyszedłem z kliniki – zaakcentował jeszcze mocniej na wypadek gdyby nie dotarła do mnie pierwsza cześć zdania.
Nie wiem czemu, ale spojrzałem na chłopaka i z lekkim przerażeniem zauważyłem, że jest strasznie wychudzony. Nie wiedziałem, czy drążyć temat, czy nie, ale Anthon najwyraźniej miał potrzebę pogadania o swoim uzależnieniu, które ku mojemu zdziwieniu było niecodzienne. Otóż mój kierowca, był nałogowym hazardzistą i przez ostatnie cztery lata stracił w kasynach i maszynach niebagatelną sumę pół miliona euro. Mimo, że już jakiś czas temu dowiedział się, że jest uzależniony, to dopiero po wizycie w klinice zdał sobie z tego sprawę. Spędził tam trzydzieści dni i teraz, żeby naprawić wszystkie krzywdy, które wyrządził jedzie w pierwszej kolejności na półroczny wolontariat do RPA. Później ma plan wykonać wszystkie dwanaście kroków, które wyprowadzą go na życiową prostą.
Mimo, że przegrał majątek, którego pewnie większość ludzi nigdy w życiu nie widziała na oczy, wciąż nie narzeka na brak pieniędzy, bo na pożegnanie podarował mi okulary warte bez mała 500zł.
Kolejnym kierowcą był inżynier budowlany, pracujący w pięciu językach dla Goldmana, który w swoim życiu odwiedził ponad 30 krajów. Podobnie jak ja był fanem historii, więc niemalże godzinę rozmawialiśmy o stosunkach polsko-niemiecko-rosyjskich i ich historycznych korzeniach. Facet mi niesamowicie zaimponował, bo znał takie daty z historii Polski jak rozbiory, wojny z Krzyżakami czy potopu szwedzkiego. Na takich dywagacjach minął nam czas z Gent do Paryża, gdzie w końcu utknąłem na dwie godziny.
Chciał mnie wziąć, ale powiedziałem, że złomem nie jeżdżę
Gdy już w końcu udało mi się złapać transport za stolicę Francji, do Orleanu, to nie dość, że utknęliśmy w korkach na ringu miasta, to jeszcze chwilę po wyjeździe z Paryża zrobiłem najgorszą możliwą rzecz i przysnąłem.
Gdy otworzyłem oczy, nie tylko było już ciemno, ale z przerażeniem zauważyłem, że nie jesteśmy już na autostradzie. Szybko sprawdziłem GPSa i mi ręce opadły. Ojciec z córką, którą wiózł na studia, zjechali na drogę krajową. Oznaczało to mniej więcej tyle, że znowu muszę się dostać na autostradę. Mało tego, jeśli chcę gdzieś jeszcze dzisiaj zajechać, to muszę to zrobić przed 22, bo o tej godzinie kończy się zakaz jazdy dla tirów i wszyscy będą ruszać.

Nie wiem jak opisać zdjęcie, żeby nie było rasistowsko, ale wysadzili mnie w kiepskim miejscu
Poprosiłem, żeby wysadzili mnie przed miastem, gdzie najbliżej było do jakiegokolwiek wjazdu na autostradę. Zarzuciłem na siebie plecak, na niego odblaskową kamizelkę, latarkę na głowę i ruszyłem 4 km w kierunku bramek. Nie wyglądało to ciekawie. Mało aut, ciemno i w dodatku najbliższa stacja benzynowa na autostradzie dopiero za 30km. Postanowiłem, że w pierwszej kolejności muszę dość na bramki, które będą oświetlone i gdzie będzie mnie dobrze widać.
Ku mojemu zdziwieniu, ledwo doszedłem na bramki i wyciągnąłem tabliczkę, a zatrzymało się nie jedno auto, ale dwa. W dodatku oba jadące ponad 100km dalej. Podziękowałem pierwszemu kierowcy i zabrałem się z rodzinką jadącą do Tour. Wysadzili mnie na potężnej stacji benzynowej, gdzie już niemalże każdy tir stał na odpalonym silniku. Zrobiłem dwie rundki dookoła aż znalazłem Vitalija, 32letniego Ukraińca, który od 12 lat mieszka i pracuje w Portugalii jako kierowca. Był tak miły, że nie tylko zrobił mi kawę, ale również odstąpił przepyszną zupę rybną, którą przygotował też dla siebie. O 22 ruszyliśmy i drugiej w nocy dojechaliśmy przed Bordeaux, gdzie po raz pierwszy rozbiłem nowy namiot. W sumie głupio postąpiłem nie testując go wcześniej, ale teraz nie mam już wyboru i czeka mnie dostosowanie się do niego.

Vitalij!
Gdy już w końcu zapakowałem wszystko co miałem do środka, wskoczyłem do śpiwora i cieszyłem się jak dziecko. Mimo, ze podróż dopiero się zaczyna, to nocleg pod namiotem jest już małym preludium do czegoś większego. Cel na jutro – Lourdes!
P.S. 1 – jutro będzie film z pierwszych 2 dni podróży ![]()
P.S. 2 – Jestem już na El Camino, więc może być
Jeśli się podobało, to proszę wesprzyj akcję zbiórki dla podopiecznych Hospicjum Dziecięcego i Fundacji Hospicyjnej
Wystarczy, że wejdziesz na tę stronę i przelejesz dowolną kwotę
Jeśli akurat nie masz funduszy, to podziel się tym linkiem ze znajomymi lub powiedz komu możesz o akcji
Mamy już 18 tysięcy, ale chcemy zebrać 100!
http://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum


To właśnie lubię w przemieszczaniu się autostopem – niesamowitych ludzi, których pewnie normalnie ciężko by było spotkać.
Twoja znajoma to prawdziwa szczęściara. Mam znajomcyh w Ultrecht i wiem od nic, że wynajem mieszkania kosztuje tam majątek.
Powodzenia w dalszej podróży, do tej pory jak widzę idzie Ci bardzo dobrze :)
Przemku! Cudownie jest znowu czytać Twoje posty „z drogi” – trzymam mocno kciuki, żebyś na swojej drodze spotykał tylko takich ludzi jak do tej pory! Z niecierpliwością wyczekuję kolejnych pełnych pozytywnej energii wpisów :) Już po dwóch postach znowu obudziłeś we mnie chęć podróżowania, ale na razie podsycam ją tylko w środku i odkładam na wakacje, bo ja jeszcze ze studiami się nie rozprawiłam ;)
p.s. zawsze wiedziałam, że osiągniesz w życiu coś wielkiego!
Przesyłam uściski z Poznania!
Farciara z tej Steph, udało jej się znaleźć chłopaka, z którym może dzielić pasję do ciekawych podróży :)
Powodzenia na szlaku!
Jaka farciara? Steph ma chłopaka!
No właśnie, Tilla, chłopaka, z którym podróżuje. I z którym może dzielić swoją pasję. Przecież napisałam ;)
Swoją drogą mają bardzo ciekawy blog.
Przyznam się, że fantastycznie czyta mi się Twoje wpisy. Podziwiam Cię również za odwagę, ja bym się tak nie odważył chyba podróżować.
Mówiąc szczerze to nie do końca mi się podoba jak wyrażasz się o Steph- jak rozumiem to Twoja dobra znajoma i bardzo się ucieszyłeś, że mogłeś ją znowu zobaczyć- tylko dlaczego opisujesz ją na blogu w samych ciemnych barwach? Ona nie zna polskiego, więc nie może się bronić- gdyby przeczytała to wszystko co o niej napisałeś z pewnością zrobiłoby się jej bardzo smutno i nie wiem czy by się zgodziła spotkać z Tobą raz jeszcze. Na jednej z prezentacji powiedziałeś kiedyś, że szczerość jest bardzo ważna- dlaczego więc sam oczerniasz innych na blogu, a nie powiesz im tego w twarz? Jeśli masz o niej takie złe zdanie to się z nią po prostu więcej nie spotykaj- problem się sam rozwiąże.
Bardzo miło (i z napięciem;)!) się czyta takie wpisy. Zaraz sięgam po kolejne!