Jak od ponad roku roku nie chorowałem, tak w Cusco choróbsko dosłownie zwaliło mnie z nóg. Nie żadna Denga, malaria czy inne podróżnicze choroby, ale najzwyklejsze na świecie przeziębienie. Wodospad z nosa i oczu, szczypiące gardło i gorączka. Zamiast spędzać czas na włóczeniu się zabytkowymi uliczkami i po okolicznych górach, leżałem w łóżku pod trzema kocami i pociłem się klnąc na swoją nieodpowiedzialność. Bite dwa dni spędziłem kursując między pokojem, toaletą i czymś w stylu baru mlecznego za rogiem, gdzie mogłem zjeść dwudaniowy obiad za niecałe sześć złotych.
Miałem serdecznie dość. Jakby jeszcze los chciał mnie dobić, to do pokoju dokwaterowali mi niezbyt rozgarniętego sześćdziesięcioletniego Niemca, który non stop chciał rozmawiać. Początkowo było miło i przyjemnie, ale niestety należał do typu osób, które nie potrafią siedzieć w ciszy i spokoju i non stop gadał. Od rana do wieczora. Jak nie do mnie, to do siebie. Jak nie do siebie, to na Skypie. Normalnie mi to nie przeszkadza, ale gdy jak prawdziwy facet prowadzę walkę na śmierć i życie ze swoją gorączką, to nie mogłem go wytrzymać i poziom mojej irytacji rósł coraz szybciej.
Trzeciego dnia choroby obudziłem się w środku nocy. Jeszcze przez chwilę miałem nadzieję, że uda mi się ponownie zasnąć, ale złudzeń pozbawiło mnie donośne chrapanie Niemca podkręcone o senne charchlanie nowego faceta w pokoju.
- Dobra, wystarczy – pomyślałem i cicho wstałem z łóżka.
Wprawdzie nie czułem się kompletnie zdrowy, ale wystarczająco silny, żeby ruszyć dalej. Po cichu spakowałem będące na wierzchu rzeczy do plecaka i zamknąłem za sobą drzwi.
Dawno nie byłem tak zirytowany swoją ostatnią niemocą, otoczeniem, podróżą samą w sobie i cholerną Ameryką Południową. Cholerną chorobą, chrapiącym Niemcem i przepoconym śpiworem. Tym, że niemiłosiernie śmierdzą mi buty i plecak, a w dodatku znowu pada. Idąc w kierunku przystanku liczyłem w myślach ile to już miesięcy jestem w trasie. Wyszło niemalże pół roku.
Tak, byłem może nie zły, ale zirytowany. Ci, którzy śledzili moje przygody w zeszłym roku, przeczytali książkę, czy byli na któreś z prezentacji pewnie pamiętają, że miałem sporo przygód. Że z sentymentem opowiadałem o Kirgistanie i Azamacie, o tym jak fascynujące są Chiny, o przygodzie z pościgiem w Laosie, o sierocińcu na Ziemi Niczyjej i o magicznej Birmie. O tym jak każdy z tych krajów jest różny w swoich tradycjach, historii i wierzeniach. Tymczasem w tej podróży jest okrutnie nudno. I nie jest to kwestia nastawienia, ale raczej swoistego podróżniczego zepsucia i rozczarowującego monolitu kulturowego jaki stanowi Ameryka Południowa (za wyjątkiem Amazonii).
Nadzieje wiązałem już nie tyle z samym Peru, ale z kolejnym celem swojej podróży, czyli Boliwią. Być możne nie najuboższym krajem kontynentu, ale na pewno najtańszym. Zamieszkanym w większości przez Indian i ponoć najbardziej wyrazisty w swojej odmienności i różnorodności w porównaniu do pozostałych krajów.
Droga na granicę prowadziła przy jeziorze Tikikaka, czyli obowiązkowym punkcie każdego kto jest w Peru. Nie miałem absolutnie żadnej koncepcji, jak można zwiedzać jezioro. Wprawdzie organizowane są wycieczki na niektóre z wysp, ale z każdy z kim rozmawiałem mówił, że nie warto tracić czas. Że skomercjalizowane i nie ma tam nic poza turystycznym kitem. Dlatego postanowiłem po prostu pojechać wzdłuż niego i zobaczyć co przyniesie los.
Droga z Cusco do Puno, miasta będącego główną bazą wypadową na jezioro, zajęła mi cały dzień. Głównym tego powodem był mały ruch. Poza autokarami z wycieczkami, autobusami, mikrobusami i taksówkami, na drogach pojawiały się jedynie nieliczne ciężarówki. Do tego doszedł jeszcze deszcz i przenikliwe zimno towarzyszące mi od rana, stało się jeszcze bardziej dokuczliwe.
Samo Puno okazało się być kolejnym, niczym nie wyróżniającym się spośród innych, peruwiańskim miastem z paskudną zabudową. Późnym wieczorem połaziłem po mieście i wróciłem spać do swojego podrzędnego hostelu z przekonaniem, że im wcześniej się stąd zabiorę tym lepiej.
Kolejny dzień zacząłem tak jak zwykle w mniejszych miastach, czyli od maszerowania na wylotówkę. Klasyczne czuję na sobie zdziwione spojrzenia wychodzących do pracy mieszkańców oraz dzieci idących do szkoły. Od czasu do czasu jakiś taksówkarz zwolni i zapyta gdzie idę z propozycją, że podwiezie mnie za jadane 20 soli. Co jakiś czas sprawdzę mapę upewniając się, że idę w dobrym kierunku. Jedynym wyjątkiem od tej regułki tego dnia był minibus, który mijając mnie na pełnej prędkości wjechał w kałużę rozpryskując całą jej błotnistą zawartość na plecaku i spodniach. Już nawet nie miałem siły rzucać przekleństwami, bo zwyczajnie opadły mi ręce. Koleś jadąc widzi, że kałuża na szerokość całej ulicy, a piesi nie mają możliwości zeskoczenia z chodnika, a i tak na pełnej bombie w nią wjeżdża. Klamka. no klamka nie ludź.
Na szczęście kawałek dalej ulitowali się nade mną robotnicy w innym rozklekotanym busiku i podrzucili do kolejnej miejscowości. Stamtąd standardowo kawałek na piechotę i czekanie na kolejny łut szczęścia, którym okazał się być motocross.
I znonwu, być może za pierwszym razem bym się jarał tym niesamowicie, ale taka jazda do najlepszych nie należy. Po pierwsze plecak ciągnie Cię do tylu i godzina jazdy naprawdę ostro daje w kość mieśniom, które non stop są napięte, bo inaczej byś zleciał. Do tego jeśli nie masz na sobie ciepłych rzeczy, to możesz być pewny, że zamarźniesz, a jak do tego wszystkiego dojdzie deszcz, to masz przepis na najgorszą przejażdżkę dnia. No, ale zawsze są to dodatkowe kilometry.
Do La Paz zdecydowałem się jechać przez turystyczną miejscowość – Copacabanę. Nie była to bynajmniej krótsza trasa, ale miałem większe szanse, że uda się jeszcze tego dnia złapać.
Gdy dotarłem do miasta na granicy postanowiłem się w pierwszej kolejności przejść do centrum, gdzie spotkały mnie dwie rzeczy. Pierwszą
była ceremonia na placu w centrum miasta. Gigantyczne tłumy ludzi zgromadzone wokół stworzonych z płatków kwiatów rozmaitych wzorów. Korzystając z okazji usiadłem przy jednym ze stoisk z ceviche i wydałem ostatnie peruwiańskie drobniaki obserwując procesję, która właśnie wychodziła z kościoła i zaczynała krążyć dookoła placu.
Po skończonym posiłku znalazłem lokalnego cinkarza i poprosiłem o wymianę pozostałych banknotów na walutę boliwijską. Do tej pory jeszcze ani razu mnie nie oszukano przy wymianie pieniędzy, bo zawsze sprawdzałem aktualne kursy i jeśli ktoś próbował przyciąć mnie jak typowego gringo, to po prostu rezygnowałem. Jednak tym razem dałem się okraść w tak banalny sposób, że aż wstyd się przyznać. Peruwiańczyk u którego wymieniłem równowartość około czterystu złotych nie przyciął skasował mnie uczciwe pięć procent całości, więc nie tylko niczego nie podejrzewałem, ale również byłem zadowolony. Cały myk wyszedł na jaw dopiero wieczorem, gdy dojechałem do La Paz.
Do miasta dojechałem tuż przed północą, więc nie ryzykując włóczenia się po mieście, które do najbezpieczniejszych nie należy skierowałem się prosto do hostelu, który mieścił sie w starej, zaniedbanej kamienicy w centrum.
Sprawnie pokonałem długie, kolorowo pomalowane schody i wszedłem do recepcji, gdzie przywitała mnie dziewczyna z drinkiem w ręku.
- Hej, mam na dzisiaj rezerwację – powiedziałem zrzucają na ziemię plecak. Zsapałem się nieziemsko, bo nie dość, że schody, to rzadsze powietrze na 3600 znowu dało mi się we znaki.
Dziewczyna sprawdziła komputer, podała mi formularz do uzupełnienia i poprosiła o dwadzieścia boliwiano.
Nie miałem żadnych drobnych więc podałem jej jeden z banknotów prezentujących sto boliwiano. Dziewczyna sięgnęła po banknot i spojrzała na mnie.
- Dużo masz takich banknotów? – zapytała
Nieco się zdziwiłem, ale zgodnie z prawdą odpowiedziałem, że w sumie siedem setek.
- No to masz problem, bo to są stare banknoty. Nie funkcjonują już od chyba dwudziestu lat. – odpowiedziała i ze współczuciem zwróciła mi banknot – jeśli chcesz, to możesz pójść na policję, ale nie sądzę, żeby coś zdziałali.
Pomysł i może miałby sens, gdyby nie to, że pieniądze wymieniłem przecież w Peru. Zły byłem jak diabli, bo dałem się złapać w tak głupi sposób jednocześnie tracąc pieniądze przeznaczone na zwiedzanie Boliwii. Nie mając specjalnie wyboru zapytałem, czy mogę zapłacić jutro z rana i wykończony padłem spać.
Dzisiaj wyjątkowo skupię się na podziękowaniu za ostatnie wpłaty na akcję „Autostopem dla Hospicjum”. Po ostatniej prośbie zamieszczonej na Facebooku na konto zbiórki wpłynęło kolejne dwa tysiące złotych za co serdecznie dziękuję w imieniu wszystkich podopiecznych, ich rodziców, wolontariuszy i pracowników hospicjum im. Dutkiewicza w Gdańsku
Jeśli jednak ktoś chciałby wciąż dołożyć cegiełkę do tego projektu, to oczywiście może to jak zwykle zrobić pod tym adresem - Autostopem dla hospicjum


















Nie martw się straconymi pieniędzmi. Za to co robisz los jeszcze nie raz Ci się odpłaci, a tego nie przeliczysz na żadne pieniądze świata :) dobro zawsze powraca do dobrych ludzi :D
A ja takie pytanie a propos pieniędzy, jeśli można spytać – jaką kwotę do tej pory przeznaczyłeś na podróż? Planuję wybrać się do Ameryki Południowej w tym roku w dłuższą podróż i zastanawiam się, na ile wystarczy kwota niecałe 5000 GBP dla dwóch osób, w miarę niskobudżetowo, ale też bez przesady, żeby nie zarosnąć brudem i nie umrzeć z głodu i odwodnienia, ale też bez przesadnego przepychu i trwonienia pieniędzy na zbędne pierdoły.
Życzę miłej dalszej podróży!
Na spokojnie wystarczy :) Przez siedem miesięcy wydałem około 14 tys. zł. W tym samolot, ubezpieczenie itp ;)
My jezdzilismy po Ameryce Poludniowej no wlasnie niskobudzetowo, ale bez przesady i normalnie na dwojke schodzilo nam okolo £1000 na miesiac. Oczywiscie wszystko zalezy od kraju, po ktorym podrozujesz. Najdrozsza jest Brazylia i tam te £1000 starczalo nam na styk, a spalismy tylko i wylacznie z couch surfingu. Natomiast na przyklad w Boliwii spokojnie mogliwmy sobie okroic budzet do okolo £750 – £800, a spalismy tylko i wylacznie w hotelach (tanich, ale zawsze), podrozowalismy autobusami i jedlismy na ulicy (chociaz w Boliwii to akurat wychodzi taniej niz gotowanie samemu :)) Jakbys potrzebowala wiecej informacji to zapraszam do kontaktu, Mozesz nas znalezc na FB: Poriomaniacy w Ameryce Poludniowej. Zycze wspanialej wyprawy :)
Jechałam z plecakiem na motorze (jako drugi pasażer) przez 10 min i omal nie spadłam do tyłu. Godzina brzmi jak niezłe wyzwanie! Moje nogi i mięśnie brzucha chyba by nie wyrobiły az tyle…
O wow… No to rzeczywiscie niefajnie Cie potraktowano… :/ Mam nadzieje, ze w Boliwii Ci sie podoba, bo jak dla nas to byl chyba najfajnieszy kraj Ameryki Poludniowej. Mieszkancy wprawdzie bardziej zamknieci niz w innych miejscach, ale przyroda mega! Spedzilismy tam prawie 3 miesiace i zjechalismy kraj wzdluz i wszerz i strasznie nam sie tam podobalo :)
Czekam na jakies historie z Boliwii! Wczoraj widzialam niezly deal z na przeloty z Toronto, a Salar de Uyuni marzy mi sie od lat :) wiem ze przereklamowane, ale stoi na moim bucket list! :))
Pozdrawiam, Ania.
http://pandaoverseas.com/
Podziwiam te wyprawy – ja bym sie bala zapuszczac w taka egzotyke, ale czyta sie o tym bardziej niz przyjemnie :)
Nie dość, że choroba, to jeszcze cinkciarz – oszust. Jakiś splot nieszczęść. Ale są z tego pozytywne wnioski – przed podróżą do danego kraju trzeba się uczyć wyglądu lokalnej waluty, jakkolwiek absurdalnie by to nie brzmiało.
A „dwudaniowy obiad za niecałe sześć złotych” brzmi jak mokry sen każdego polskiego studenta :) Pozdrawiam
piekne, kolorowe zdjecia i ciekawa relacja. gratuluje,podziwiam,zazdrosze ;)
Boliwia, wow! Zazdroszczę :) Ciekawa relacja.
Wybieram się do Bolwi w tym roku odkładałem na ten wyjazd już od dłuższego czasu. Mam nadzieję że przywiozę z tamtąd masę wspomnień.