W języku angielskim mówi się „Spałem jak dziecko”. W polskim raczej „spałem jak zabity” co generalnie ma więcej sensu, bo martwego nie obudzisz, a dziecko owszem. Spałem po polsku i spałem długo. Obudziła mnie dopiero przyjemna duchota, za którą odpowiadały promienie słońca nagrzewające ciemnozielony tropik namiotu. Standardowo rozpiąłem śpiwór i wywaliłem nogi na leżący obok mnie plecak. Wyspany, czysty i w podróży byłem po prostu szczęśliwy, że mam spokój. Obudziłem się bez konieczności rozmowy z kimkolwiek i jedyne co zajmowało moje myśli, to nieodparta potrzeba strzelenia sobie niesamowicie aromatycznej, świeżo zmielonej, kolumbijskiej kawy.
Powolne wywlekanie się z namiotu, a później jeszcze dobre trzydzieści minut z książką i kawą sprawiły, że uciekł mi transport do Salento i musiałem czekać trzy godziny, aż zbierze się wystarczająca ilość osób chcąca zjechać do miasta. Tam szybko zjadłem tanie śniadanie (chociaż ciężko nazywać godzinę 11 porą śniadaniową) i ruszyłem na południe, w kierunku granicy.
Łapanie stopa tego dnia należało do opornych. Wprawdzie z Salento wydostałem się dość sprawnie, ale później, drugi z kierowców tego dnia, zaprosił mnie do siebie do domu, gdzie nie dość, że zjadłem truskawkowy obiad, to jeszcze jego syn zabrał mnie na swoje lekcje angielskiego. Właśnie dlatego odstawili mnie na Panamericane dopiero po szesnastej. Niby główne połączenie Bogoty z Ekwadorem, a aut jak na lekarstwo. Chcąc nie chcąc, zacząłem maszerować przed siebie i łapać na odległości nie większe niż 5-10km. Gdy w końcu udało mi się dojechać na jedyną drogę prowadzącą w kierunku granicy, zaczął zapadać zmierzch. Idąc przed siebie z plecakiem, który już powoli zaczynał mi się dawać we znaki tego dnia, rozglądałem się za miejscem na rozbicie namiotu. Początkowo okolice miasta były niezbyt ciekawe i łysy z plecakiem przyciągał wzrok każdego kogo mijał, więc możliwości rozbicia się gdzieś po cichu były nikłe.
Po dobrych trzydziestu minutach dalszego marszu udało mi się wydostać poza teren miasta. Okolica w głównej mierze była zajęta przez liczne plantacje drzew owocowych, ale ciężko było się na ich teren przedostać, bo Kolumbijczycy mają dziwną manię ogradzania wszystkiego drutem kolczastym. Na szczęście po kilku próbach dostania się na teren którejkolwiek z nich, znalazłem otwarte wejście na teren jednej z plantacji papai. Na pierwszy rzut oka miejsce idealne. Odsłonięte od drogi wysokimi krzakami, piękna, równa trawka i cisza. Już byłem gotowy wyciągać namiot, gdy usłyszałem zbliżające się ujadanie psów.
- Szlag – pomyślałem i już byłem gotowy cofać się w kierunku wyjścia, gdy z wysokiej trawy porastającej plantacje, wyskoczyły w moim kierunku dwa duże czarne psy. Jeden warczał groźniej od drugiego, więc zacząłem się nieco denerwować. Zwłaszcza, że dość szybko znalazły się pomiędzy mną a wyjściem.
Człowiek myśli, że gorzej już być nie może, a po mniej niż minucie pojawiają się dwa kolejne bydlaki i z pieniącymi się pyskami zaczynają podchodzić coraz bliżej. Zsunąłem plecak z pleców i zasłoniłem się nim, ale to tylko jeszcze bardziej rozwścieczyło psy, które były już nie dalej, jak na wyciągnięcie nogi. Jeszcze jak na złość nie miałem pod ręką gazu, bo przepakowałem go do jednej z bocznych kieszeni plecaka. W myślach już analizowałem kiedy ostatnio miałem szczepienia na wściekliznę oraz ile czasu stracę, jak mnie pogryzą, gdy usłyszałem wysoki i przeciągły gwizd. Rozpaczliwie szukając pomocy spojrzałem w kierunku, z którego doniósł się dźwięk i zobaczyłem młodego chłopaka, który dziarskim krokiem szedł w naszym kierunku jednocześnie krzycząc na psy. Te jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przestały szczekać i cofnęły się do mojego wybawiciela
- Hola Amigo! – zaczął - Co tu robisz? – zapytał wyraźnie rozbawiony.
Wciąż nieufnie patrząc na merdające już ogonami psy odpowiedziałem:
- Autostopem jadę do Las Lajas i chciałem się tutaj rozbić z namiotem na jedną noc.
- Tutaj bez sensu! Chodź ze mną, to Ci pokaże lepsze miejsce – po czym, z biegającymi dookoła niego psami, zaczął iść w kierunku, z którego przyszedł. Nie zastanawiając się wiele zarzuciłem na siebie plecak, który jeszcze chwilę temu miał służyć mi jako tarcza i ruszyłem za nim.
Ów miejsce okazało się być po prostu czymś w rodzaju namiotu, który służył jako schronienie pracownikom plantacji. Gdy pokazał mi gdzie mogę spokojnie rozbić namiot oraz skąd mogę brać wodę, pożegnał się ze mną i powiedział, że będzie o szóstej rano. Tym samym zostałem na środku plantacji papai, z rozbitym namiotem i towarzystwem czterech już nie bydlaków, ale przemiłych psiaków, które rozłożyły się dookoła mnie i spoglądały jak szykuję się do spania.
Kolejny dzień i dalej ciężko. Autostop idzie opornie, bo też nieliczni jadą na południe. Dużo czekania, dużo łażenia, śmieszne podwózki i góry z nieziemskimi widokami i koszmarnymi drogami. Nocleg w górach, a następnego dnia dojechałem już bezpośrednio na granicę.
Tuż przy niej znajduje się jedno z ciekawszych i najczęściej odwiedzanych miejsc (według wielu osób) w Ameryce Południowej, czyli Sanktuarium Las Lajas.
Według legendy, w 1754 roku, w górskim kanionie w pobliżu miasta Ipiales, małej głuchoniemej dziewczynce i jej matce ukazała się Matka Boża. Po tym fakcie dziecko miało odzyskać mowę. W jaskini, w której to się zdarzyło, odkryto później malowidło Maryi niosącej dziecko. Według ówczesnych badań obraz nie został wykonany przy użyciu znanych farb ani pigmentów.
Pierwszą kapliczkę w tym miejscu ufundował niewidomy brat Juan de Santa Gertrudis Serra, który zebrał środki na jej budowę wędrując po kraju. Po ukończeniu budowy miał on rzekomo odzyskać wzrok. Każde kolejne cudowne uzdrowienie powodowało, że coraz to wiecej ludzi interesowało się tym położonym w malowniczym kanionie miejscem. W końcu, na początku dwudziestego wieku została wybudowana Bazylika, która stoi tam do dzisiaj.
Jednocześnie Las Lajas było miejscem, które nie licząc oczywiście magicznej scenerii, zwiastowało to co w dalszej części podróży zaczynało pojawiać się dość często.
Miejsca, które często są wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO, takie jak na przykład miasta w poszczególnych krajach być może i są ewenementem na skalę Ameryki Południowej, ale jeśli ktoś pojeździł po Europie, to podobne podobnych miast, czy miejsc, widział całe mnóstwo. Z tą różnicą, że dużo bardziej zadbane aniżeli np. Quito czy Cuenca – miasta, które planowałem odwiedzić następnie.
Przekroczenie granicy pomiędzy Ekwadorem i Kolumbią było jednym z najszybszych w całej historii. Całość formalności nie zajęła mi więcej niż dwadzieścia minut i w paszporcie wylądowały kolejne dwie pieczątki. Przechodząc na stronę Ekwadoru wziąłem się również za przeglądanie ile zostało mi wolnych stron w dokumencie, bo planowo mam dostać jeszcze co najmniej dziesięć pieczątek.
- Pięć stron. Nie jest źle – pomyślałem – o ile nie będą mi wstawiać pieczątek na chybił trafił na środku kartek, to spokojnie powinno wystarczyć do końca roku.
Ledwie postawiłem plecak na ziemi i wyciągnąłem kartkę, na której dużymi literami widnia napis „Quito”, a już obok mnie zatrzymuje się biały van. Rozradowany doskakuję do drzwi i już jestem gotowy się pakować do środka, gdy siedzący za kierownicą mężczyzna mówi.
- Czekaj! – powiedział stanowczo i zaczął mnie taksować wzrokiem – Paszport masz?
- Mam! – odpowiedziałem nieco zmieszany chłodnym powitaniem
- Narkotyki przewozisz?
Nigdy nie przestaną mnie zaskakiwać takie pytania. Przecież nawet jakbym miał, to bym się nie przyznał. Uspokoiłem go, że nic takiego nie posiadam, a następnie zapytałem, czy mam wrzucić plecak do tyłu. Mężczyzna kiwnął głową.
To była dziwna jazda. Facet okazał się być typem człowieka, za którym nie przepadam. O ile jestem w stanie zrozumieć podejrzliwość i sprawdzanie mojego paszportu zaraz po wejściu do auta, to ciągłe powtarzanie jaki to on dobry, ze mnie wziął jest już delikatnie irytujące. Co więcej okazało się, że jest kolumbijskim misjonarzem pracującym w jednej z bazylik w Ekwadorze, a jednak nie miał ani koloratki, czy jakiegokolwiek innego atrybutu charakterystycznego dla księży, to jeszcze całą drogę robił sobie zdjęcia i wysyłał do kogoś na WhatsApp’ie. Jazda była co najmniej dziwna, ale mimo całej tej otoczki wokół jego osoby, jechałem prosto do Quito, które było moim kolejnym przystankiem.
Obiecałem sobie, że w Ameryce Południowej będę się starał już więcej korzystać z Couchsurfingu, bo hostele mnie już najzwyczajniej w świecie męczyły. Jeśli chce się poznać kulturę danego kraju, to nie ma zmiłuj – jedną z najlepszych dróg, to właśnie mieszanie „u lokalnych”. Między innymi dlatego tydzień przed przyjazdem wysłałem do kilkunastu osób ze stolicy Ekwadoru prośby o nocleg, ale jeszcze dwa dni przed przyjazdem nikt nie odpisał pozytywnie. Dopiero w dniu przyjazdu, gdy zamieściłem tak zwany „openrequest” dostałem zaproszenie. Jakimś cudem do Polki. Jednak lepsza rodaczka niż kolejny hostel, więc gdy już dokładnie wiedziałem, o której będę w Quito zadzwoniłem do Marzeny i ustaliliśmy, że dojadę aż pod jej mieszkanie.
Niestety, mój kierowca nie był specjalnie pomocny i mimo początkowych zapewnień, że nie ma problemu i podrzuci mnie aż pod drzwi (spacerowanie nocą z plecakiem po mieście, którego nie znasz nie należy do najmądrzejszych rzeczy) zostawił mnie dobre kilka kilometrów od celu. Na szczęście po dosłownie chwili łapania stopa w mieście udało mi się zatrzymać chłopaka, który podrzucił mnie aż pod bramę bloku, w którym mieszkała Marzena.
Historia Marzeny miała taki sam mianownik, jak historia Natalii z Bogoty – chłopaka. Przyjechała rok temu na wolontariat i tak jakoś potoczyło się jej życie, że się zakochała w Marcelo i została na dłużej.
Mieszkanie, które zajmowała wraz dwoma współlokatorkami było wyjątkowo duże. Gdy pojawiłem się w drzwiach okazało się, że oprócz mnie była tam obecna Marzena, jedna ze współlokatorek, drugi Couchsurfer z Argentyny, a w nocy pojawił się jeszcze Marcelo – chłopak Marzeny. Nie wiem czemu, ale gdy dostałem zaproszenie, to byłem przekonany, że będę anonimowy, ale już po pięciu minutach posiadówki przy piwie w salonie rozwiało moje wątpliwości. Marzena rok temu była na jednej z moich prezentacji w Warszawie i dlatego, jak tylko zobaczyła mój „open request”, to napisała z zaproszeniem.
W sumie w Quito spędziłem cztery dni. Nie licząc wieczoru, gdy przyjechałem, pierwszy dzień spędziłem wspólnie z pozostałą czwórką włócząc się po okolicy i gnijąc w domu. Ciekawiej zaczęło się robić drugiego dnia, kiedy to Marzena zaproponowała, że wraz ze znajomymi Marcelo możemy się wybrać do Cotopaxi, czyli nieodległego, czynnego wulkanu.
Jednak zanim się zebraliśmy i komunikacją miejską dojechaliśmy na drugi koniec miasta (w przypadku Quito to około 20 kilometrów), a następnie doszliśmy do mieszkania znajomych, z którymi mieliśmy jechać, to minęła już czternasta. Następnie klasyczne pogaduszki i blisko 60 kilometrów do pokonania autem, więc gdy pojawiliśmy się przy wejściu do parku, powiedziano nam, że jest już za późno i nie wpuszczają. Pewnie bym zaliczył dzień do straconych w korkach, komunikacji miejskiej i siedzeniu w bagażniku, gdyby nie to, że zostaliśmy zaproszeni na obiadokolację w klimatyczne miejsce.
Mała knajpka, w miejscu, które nawet na mapie nie istniało jako coś więcej niż środek pola. Cały urok restauracji polegał na tym,że najpierw trzeba było samodzielnie złowić ryby, a dopiero później można było je zjeść. Przegadaliśmy tam w sumie blisko trzy godziny zarówno na temat podróżowania, jak i samego Ekwadoru i zwyczajów w nim panujących. Większość zamierzam opisać dopiero w książce, żeby Was tutaj nie zanudzać specjalnie, ale na szybkości wypiszę dwie rzeczy, które dość szybko rzuciły mi się w oczy. Po pierwsze mało kto ma tu opory przed wsiadaniem za kółko po kilku piwach. Nawet tych większych. I tak naprawdę dopóki nie spowodujesz wypadku, w którym ktoś zostanie poszkodowany, zwisa to wszystkim włączając policję. Druga sprawa, to w niedziele, niezależnie od pory dnia czy nocy, nigdzie nie można kupić alkoholu, a jeśli zatrzyma Cię z nim policja, to dostajesz solidny mandat.
Wprawdzie znajomi Marcelo i Marzeny podwieźli nas tylko do siebie do domu, a powrót zajął nam kolejne dwie godziny, to dzień można było zaliczyć do udanych. Zwłaszcza, że jego podsumowaniem było postanowienie, że jutro spotykamy się o siódmej i już na pewno musi się nam udać dostać do parku.
Pobudka była ciężka i pewnie, gdyby nie Valeria, która jechała do pracy i poprosiliśmy ją, żeby nas kawałek podwiozła, to byśmy pewnie nie wstali. Szósta rano, to zdecydowanie za wcześnie dla większości ludzi. Na szczęście dzięki temu, że się zebraliśmy tak wcześnie ominęliśmy większość korków i u znajomych Marcelo byliśmy chwilę przed ósmą. Oczywiście, jak można było się spodziewać, oni też zaspali i tak naprawdę obudziliśmy ich dzwoniąc do drzwi.
Przed wejściem do parku okazało się, że skoro w aucie są obcokrajowcy, to musimy wziąć przewodnika. Sytuacja podobna jak w Corvovado, czyli raz się jakaś sierota zgubiła i teraz każdy obcokrajowiec ma obowiązek zapłacić dodatkowe 40$ za przewodnika. Koszty rozłożyliśmy równo i tym samym, oprócz naszej piątki, był jeszcze lokalny przewodnik, którego rola de faco ograniczyła się do powiedzenia kilku podstawowych informacji o parku i robienia nam zdjęć.
O ile sam park nie powalił, to będący jego epicentrum wulkan – owszem. Wznoszący się na wysokość 5897 m n.p.m, o charakterystycznym stożkowatym kształcie (tzw.stratowulkan) z ośnieżonym wierzchołkiem wzbudzał respekt już z odległości kilku kilometrów. Naszym celem było wejście najwyżej jak to możliwe, czyli na 5000 metrów. Dalej można było próbować, ale tylko i wyłącznie z odpowiednim sprzętem, bo sam czubek zajmował zbity lód i śnieg, na którym łatwo można było się poślizgnąć i wpaść w którąś z licznych szczelin.
Wspinaczka w jedną stronę zajęła nam blisko dwie godziny. I krótko i nie. Po pierwsze krótko, bo samochodem można spokojnie podjechać na 4000 metrów, a resztę pokonuje się na piechotę. Tak naprawdę jedynym utrudnieniem jest dość grząski piasek, który utrudnia wspinaczkę. Jednak w naszym przypadku był to również brak odpowiedniej aklimatyzacji oraz córka znajomych Marcelo, która po kilkunastu minutach wspinaczki zastrajkowała i trzeba było ją wnosić. Jednak widoki w drodze na szczyt wynagradzały wszystko. Mimo że początkowo wulkan był spowity chmurami, to w miarę upływu czasu było tylko lepiej i lepiej.
W drodze powrotnej wszyscy, jak jeden pan (poza kierowcą) pozasypiali na siedząco, bo jednak wspinaczka dała nam się dość ostro we znaki.
Kolejny dzień, to zwiedzanie Quito, którego starówka wpisana jest na listę światowego dziedzictwa UNESCO, ale szczerze? Zupełnie nie powala. Nie licząc centralnego placu, jest zaniedbana i już na pierwszy rzut oka widoczne są liczne niedociągnięcia, czy też dewastacje. W porównaniu z Karkowem, który też jako miasto znajduje się na tej liście, jest to co najmniej bardzo ubogi krewny. Nie specjalnie przejmujący się tym jak wygląda, ani tym czego oczekują po nim odwiedzający go goście. Kraków pełen jest uroczych sklepików z lokalnymi wyrobami, klimatycznych kawiarni i restauracji, w których można usiąść i przyglądać się jak żyje miasto oraz artystów grających na przeróżnych instrumentach, malujących obrazy, śpiewających i tworzących sztukę. W centrum Quito dominują policjanci, bezdomni oraz liczne sklepy, które (podobnie jak w Kolumbii) są umiejscowione w zależności od produktów, które sprzedają. Przykład? Na jednej ulicy, długiej na kilometr, znajdziecie tylko i wyłącznie sklepy z ceramiką.
Po południu wybraliśmy się jeszcze wspólnie z Marcelo, Marzeną i Valerią na obiad w lokalnej knajpie i wieczór spędziłem już tylko i wyłącznie susząc wyprawę rzeczy i planując dalszą podróż.
Jeśli wpis się podobał, to klasycznie – będę wdzięczny za pomoc gdańskiemu hospicjum im. ks. Dutkiewicza. Od października zbieram dla nich 100 tys. złotych na sprzęt ułatwiający życie najmłodszym podopiecznym oraz na pomoc dzieciakom, które straciły bliskich w tego typu placówkach (Fundusz Dzieci Osieroconych). Idzie nieźle, ale też czasu coraz mniej, dlatego ładnie proszę (po raz 36) o wsparcie dowolną kwotą pod tym adresem – Autostopem dla hospicjum

















































Bardzo fajny post i miło popatrzeć na znajome miejsca!
Bardzo trafny komentarz: „Jak zmierzasz na szczyt, to nie narzekaj, że masz pod górkę!”
Zdanie : „Jak zmierzasz na szczyt, to nie narzekaj, że masz pod górkę!” pasuje nie tylko w kontekście podróży ale także w codziennym życiu i wyznaczaniu sobie celi.
Pozdrawiam
takie korpohaslo
„Inspirujący cytat powinien być w tym miejscu” haha, no nieźle! Zostaw trochę opowieści na książkę!
Tak się zastanawiam, że i po polsku mówi się, że ktoś „spał jak dziecko”. Chodzi o taki mocny, głęboki sen. W sumie „spać jak zabity” to pewne to samo. Oj, smaczny był ten deserek po drodze, kolacja też niczego sobie. W ogóle całkiem spoko takie ejdzonko, ale czy idzie się tym naprawdę najeść w drodze i nie być głodnym?
Witam muszę powiedzieć, że Ekwador to bardzo piękny kraj. Mam nadzieję, że kiedyś chociaż przejazdem uda mi się być tam. W sumie życie takie krótkie, że marzenia trzeba szybko realizować. Nie obiecuję, ale postaram się spełnić moje marzenie, o wyjeździe do ameryki południowej.
Twoje teksty są naprawdę swietne, bardzo lubie je czytac :) Samego Twojego bloga sledze wzglednie od niedawna, ale szczerze Ci powiem, ze rzadko kto umie tak swietnie pisac :) Naprawdę… :) Juz teraz z nieskrywana niecierpliwoscia czekam na kolejny wpis, mam nadzieje, ze niedlugo ujrzy on swiatlo dzienne :) Pozdrawiam
Super napisane. Az mi sie teskno zrobilo na sercu za tymi okolicami :) A Las Lajas i koscioly zarowno w Quito jak i w Pasto znajduja sie w mojej czolowce kosciolow ‚must-see’, zdecydowanie warte wizyty! :)
Cześć Przemek! pisałam do ciebie maila, ale zagubił się pośród setek innych… Wyczytałam w jednych z poprzednich wpisów, że w lipcu zawitasz do kraju na parę dni. Czy możesz powiedzieć, kiedy dokładnie będziesz w Gdańsku i czy znajdziesz wolną godzinkę? (: pozdrowienia, magda
Niezwykłe miejsca, warto podróżować, by choć część zobaczyć na własne oczy :)
Dziwne, ze Twoj blog nie jest jakos mocno znany :) Przeciez naprawdę masz talent, aspirujesz do miana jednego z najlepszych i najbardziej poczytnych blogerow w naszym kraju, a to nie tylko weksza ilosc czytelnikow, ale także i większe pieniazki :) Moim zdaniem jest to jeden z najlepszych blogow na naszej polskiej scenie blogerskiej :) Mam nadzieje, ze jeszcze dlugo będę mial przyjemnosc czytac to co masz nam do przekazania w tej formie :)
Świetnie się czyta ;) Pozdrawiam
Sam chyba bym się nie odważył autostopem jechać nawet poza granice mojego miasta xd dlatego tym bardziej podziwiam takich ludzi! Macie co wspominać, zazdroszczę!