Od Limy dzieliło mnie nieco ponad sześćdziesiąt kilometrów, więc złapanie bezpośredniego stopa w godzinach porannych nie należało do trudnych i po chwili łapania wskoczyłem do busika jadącego w kierunku stolicy Peru. Kierowca nie należał do zbyt rozmownych, więc po prostu siedziałem i po raz tysięczny w tej podróży, wpatrywałem się w Pacyfik. Tym razem z nieco innej perspektywy, bo droga wiła się zboczem dość wysokiej góry, której podłoże znikało w rozbijających się o brzeg falach.
Wprawdzie domyślałem się, że z rana drogi dojazdowe do miasta mogą być zakorkowane przez poranny ruch, ale nie sądziłem, że miasto będzie praktycznie sparaliżowane.
- Będzie szybciej jak podejdziesz na piechotę na najbliższy przystanek autobusowy – odezwał się ni stą ni zowąd kierowca – bo ja spędzę tutaj w korku co najmniej dwadzieścia minut
Spojrzałem przed na dziką zbieraninę aut przed nami i przyznałem mu racje. Wziąłem plecak, otworzyłem drzwi, pożegnałem się i ruszyłem pomiędzy samochodami we wskazanym kierunku
Na pierwszy przystanek trafiłem bez większych problemów, ale już ogarnięcie, który autobus jedzie do centrum było nie lada wyzwaniem. Nie robiłem sobie nawet nadziei na rozkład jazdy, czy mapę, bo takie rzeczy w Peru nie występują, ale liczyłem, że ktoś z lokalnych mi pomoże. Niestety, ile osób pytałem tyle padało odpowiedzi. A to, że tym i później w tamtym; że bezpośredni; że tu takich nie ma i że centrum to w drugą stronę. W końcu zirytowany wskoczyłem do pierwszego lepszego zdezelowanego gruchota chlubiącego się mianem autobusu i z mapą w dłoni patrzyłem kiedy będę musiał wyskoczyć, żeby dojść do centrum.
Miasto stało. Dosłownie. Zawalone autobusami, samochodami, ciężarówkami i rikszami i biegającymi pomiędzy nimi psami i ludźmi przechodzącymi na przełaj lub próbującymi coś sprzedać. Pokonanie dwunastu kilometrów dzielących mnie od centrum zajęło mi półtorej godziny, które wypełnione było dźwiękami klaksonów, wpadającymi na mnie pasażerami i palącym przez zabrudzoną szybę słońcem. Gdzieś pomiędzy jednym a drugim ostrym hamowaniem i kilkukrotnym, niezapowiedzianym, skrętem kierownicy, wpadła mi w oko gazeta czytana przez siedzącą niedaleko kobietę. Po bliższym przyjrzeniu się zauważyłem, że „jedynka” informuje o gigantycznym karambolu. Poczekałem aż pani skończy czytać, a następnie zapytałem, czy mogę na chwilę pożyczyć gazetę. Bez problemu znalazłem pierwszą z kilku stron poświęconych wydarzeniom dnia wczorajszego. Okazało się, że wypadek miał miejsce niecałe dwie godziny po tym jak się pojawiłem na miejscu, a suma ofiar śmiertelnych i rannych przekroczyła odpowiednio 35 i 75 osób. Zdjęcia wprawdzie nie oddawały tego co się działo na miejscu, ale aż przeszedł mnie dreszcz, kiedy po raz kolejny kierowca gwałtownie zahamował unikając w ten sposób zderzenia z przecinającym ulicę samochodem.
Wyszedłem w miejscu, które można nazwać obwodnicą i skierowałem się w kierunku centrum, gdzie dzień wcześniej zabukowałem sobie hostel polecany przez Lonely Planet. Przede wszystkim dlatego, że miał świetne recenzje i był najbliżej centrum spośród innych, które znalazłem przez Internet. Wprawdzie mogłem zaryzykować i zwyczajnie się przejść po okolicy w poszukiwaniu jakiegoś hostelu, czy hospedaje, ale po pierwsze w palącym peruwiańskim słońcu nie jest to przyjemne, a po drugie miałem ochotę zwyczajnie się napić z innymi obcokrajowcami. A to najłatwiej osiągnąć poprzez wyszukiwanie hosteli polecanych przez właśnie ten przewodnik. Korzystają z niego praktycznie wszyscy backpakerzy. Oznacza to mniej więcej tyle, że jeśli coś jest w nim opisane, to gwarantuje to tłumy obcokrajowców na miejscu. Czasem to dobrze, czasem to źle. Jednak po dwóch tygodniach podróży, w czasie których poza kierowcami i przypadkowymi osobami nie spotkałem nikogo (jakkolwiek smutno to brzmi). Chciałem po ludzku pogadać z innymi białasami i napić się piwa w normalnych warunkach.
Do hostelu dotarłem bez większych problemów. Ulokowany w pokolonialnym budynku z wysokimi sufitami i olbrzymimi salami wyłożonymi drewnem i marmurem sprawiał wrażenie hotelu w wyższym standardzie niż hostelu, ale po upewnieniu się, że za dwie noce zapłacę równowartość sześćdziesięciu złotych oddałem plecak do przechowalni.
Wprawdzie dochodziła dopiero jedenasta, a check-in miałem po drugiej, ale korzystając z okazji postanowiłem naprawić sobie buty, zjeść porządny obiad i zabrać się za nadrabianie zaległości na blogu, bo od dobrego tygodnia nie miałem dostępu do sieci. Rozsiadłem się w lobby z laptopem na kolanach i nie zwracając uwagi na harmider towarzyszący wchodzącym i wychodzącym backapckerom zacząłem pisać.
Bliżej drugiej po południu wrzuciłem plecak do na łóżko w dormitorium i poszedłem przed recepcję, gdzie zbierała się grupa na tak zwane „Free city tour”. Wprawdzie wycieczki nie do końca są darmowe, bo zwykle po zwiedzaniu jest pożegnanie z tak zwanym „co łaska”, ale i tak wychodzi dużo ciekawiej i taniej aniżeli inne opcje. Dodatkowym plusem jest dość łatwe poznanie innych backpackerów, którzy z reguły zjechali się do hostelu tego samego dnia.
Na grupę, z którą trafiło mi się zwiedzanie, składały się cztery osoby. Dziewczyna z Australii, dwóch Irlandczyków oraz Dunka, a naszym przewodnikiem był Pablo mieszkający w Limie od urodzenia.
Początkowo chciałem o stolicy Peru napisać, że było to najpiękniejsze miast, które do tej pory odwiedziłem w Ameryce Południowej, ale nie jest. Piękna jest starówka, która jest zresztą wpisana na listę UNESCO, ale dookoła niej miasto nie różni się od pozostałych, które widziałem na drodze. A im dalej od centrum tym gorzej.
Jednak wracając do samej starówki rzeczywiście robi wrażenie, ale tak jak w przypadku Quito – wrażenie robi zbudowana w stylu do złudzenia przypominającego budowle z Francji i Hiszpanii z przełomu XVIII i XIX w. Szerokie aleje, parki, kościoły oraz dominująca wszędzie biel budynków. Jedyne co nie pasowało do tego obrazu, to wyeksponowane, kiczowate sklepy z mydłem i powidłem na parterze niemalże każdego budynku, nieliczni Indianie przemykający tu i ówdzie oraz zagadujący półgębkiem na każdym rogu wytatuowani Peruwiańczycy – „bit of weed my friend?”
Początkowo ekipa było nieco sztywna, bo chłopaki z Irlandii trzymali się raczej razem i na doczepkę mieli Australijkę, która była typową sierotką w podróży – plecak 30kg, sukienki, obcasy, zero hiszpańskiego i nadmiar pieniędzy. Podczepiła się pod chłopaków, bo jako blondynka nie miała lekkiego życia w Ameryce Południowej i zwyczajnie czuła się z nim bezpieczniej. No i miał jej kto pomagać z plecakiem. Druga dziewczyna, ta z Dani, wydawała się najbardziej sensowna. Taka baba z jajami, większymi aniżeli coraz większa część męskich lemingów.
Po powrocie do hostelu oczywiście padła propozycja wspólnego piwa, które przerodziło się w cztery wspólne piwa oraz wyjście na pizze. Później okazało się, że dziewczyna na recepcji ma urodziny, więc cała obsługa hostelu planowała świętować. Całość wyszła średnio, bo wsiadając w trzy różne taksówki pogubiliśmy się, a że był poniedziałek, to większość barów albo była zamknięta albo pusta. Koniec końców straciliśmy pół nocy na zwiedzaniu po ciemku nieciekawych okolic, barów pełnych Pań „very good and very cheap bjutyful boj” oraz drogiego piwa (19zł!!!). Chłopacy byli rozczarowani, więc skończyli w kasynie, a ja nie mając najmniejszej ochoty na hazard wróciłem do dormitorium taksówką, którą jeszcze po drodze pchać musiałem, bo się benzyna skończyła.
Drugi dzień w stolicy Limy spędziłem przechadzając się po najbardziej prestiżowej części jaką jest Miraflores. Generalnie nic co by mnie powaliło, bo na myśl przywodziło wybrzeża południowej Francji. Wąska plaża, parki, a wzdłuż nich dziesiątki wieżowców oraz restauracji niemieszczących się w budżecie większości osób podróżujących z plecakami.
Nie mając specjalnej ochoty krążyć po mieście przeszedłem się w kierunku hostelu, gdzie spędziłem resztę dnia planując dalszą trasę oraz nadrabiając zaległości na blogu.
Kolejny wpis pojawi się pewnie pojutrze, ale już teraz możecie wpłacić przysłowiowe dwa grosze na akcję dla hospicjum, o której pewnie już większość zapomniała.
Czasem są takie momenty, że patrząc gdy patrzę na licznik wskazujący ile udało się już zebrać i zaczynam wątpić, ale kurde, Przemek jestem, więc wtedy po prostu wracam do pisania. I nawet jak nie ma o czym pisać, to zawsze coś napiszę, żeby później sobie nie zarzucić, że mi się nie chciało, że nie miałem czasu, że sto tysięcy powodów. Ile się uda, to się uda, ale zarówno ja jak i Ty teraz możemy zrobić coś fajnego. Mimo że czasu zostało nam coraz mniej. Wystarczy, że wejdziesz tutaj - siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum
Jeśli nie masz kasy, to wystarczy, że udostępnisz ten link z jakimś podpisem od serca. Pisząc „ten” mam na myśli link bezpośredni do akcji na siepomaga, a nie do wpisu ;)
Pjontka!














nie wiem czy tylko u mnie, ale przekierowanie do zbiórki nie działa
Już poprawiłem :) Dzięki za informację :)
Popraw link do siepomaga bo nie działa :)
Takie przygody w zupełnie obcym dla mnie państwie zawsze się ciekawie i miło czyta, a tak jak już pewnie wspominałem dobrze piszesz, nie mogę doczekać się kolejnych wpisów :)
Chyba już zbyt dużo widziałeś, że tak wiele zaczyna Cię nudzić :-)
Smutna prawda, z którą staram się walczyć :)
Świetny blog. Gratuluję pomysłu na życie i pozdrawiam z Polski :)
Dlaczego musisz porownywać wszystko do tego co już znasz? Napewno peruwianczycy czytajać ten twoj blog by cie tu zbanowali nie musisz zmieniać czegoś czegotak na prawdę nie znasz. Cel masz piękny ale czasem odrzuć ignorancje na bok. Nie wiem czy w dalszych wpisach nie zmieniles naracji , ale mnie osobiscie już nie zaimponujesz tymi wpsami i nie pragne dociekac co tam dalej zobaczyleś. Gdzie ty widzialeś w Limie przemykajacych indian ??? Jask by cie uslyszeli co ty o nich myslisz najprawdopodobniej już byś z tamtad nie wyjechal o wlasnych silach. Przed pisaniem nalezy zaczerpniąć odrabine wiedzy ,żęby nie wyjsc na i….
Stary blog ,ale z takimi pseudo turystami trzeba walczyć bo ludzie oczymuja falszywe informacje co może ich zniechecać do podróżowania.