2015 · Autostopem przez życie

Wizyta w Maroko – Safi

← Wszystkie wpisy

Kolejny dzień i kolejna wachta. Ku mojej radości rozpocząłem ją o poranku w przyjemnym słoneczku. Korzystając z okazji, wyciągnąłem wszystkie ciuchy jakie miałem i rozłożyłem gdzie tylko się dało w nadziei, że być może w końcu trochę obeschną. Cztery godziny minęły jak z bata strzelił, więc gdy około dwunastej obudziła się reszta załogi, przygotowałem śniadanie i popołudnie spędziliśmy wszyscy razem w kokpicie. Czas i nudę zabijaliśmy rozmawiając i wykonując typowe, ale kompletnie nikomu nie potrzebne, prace porządkowe.

Na pierwszy ogień poszło czyszczenie odbijaczy i polerowanie dzwonu pokładowego, który w ogóle nie był używany. Głównym powodem szorowania tego drugiego była fascynacja Adama żaglowcem „Zawisza”, gdzie również znajduje się dzwon, z tą różnicą, że dziesięć razy większy. Oczywiście jak na żeglarza przystało, przetaczał na historie związane z dzwonem na tym polskim żaglowcu, więc z Michałem za punkt honoru powzięliśmy sobie wypolerowanie naszego tak, żeby świecił jak psu jajca. Z powodu tegoż też dzwonu dwa dni później krew mnie zalała. Okazało się, że przez ponad dwie godziny szorowaliśmy cholerny kawał mosiądzu zamiast przyjrzeć się rzeczom, których używamy kilka razy dziennie, takim jak np. czajnik na herbatę. Coś mnie pokusiło, żeby zamiast nalać wodę przez dzióbek, otworzyć pokrywkę i się przeraziłem. Była tam taka ilość kamienia, że dosłownie odchodził płatami od ścianek. Nie płatkami, ale płatami o wymiarach 2x2cm.

Tak, czy inaczej, korzystając z swojej lepszej dyspozycji i sprzyjających warunków pogodowo-falowych, zacząłem bardziej szczegółowo wypytywać z kim tak naprawdę płynę.

Michał, oprócz tego, że dostał się do rady miejskiej jako niezrzeszony radny, na co dzień pracuje w ośrodku wypoczynkowym oraz jako nauczyciel pływania dzieci. Rejs był dla niego wakacjami po pracowitym sezonie oraz ostatnim momentem, żeby odpocząć w samotności, bo 11 stycznia jego rodzina miała się powiększyć o pierwsze dziecko (pogratuluj Magdzie!!!) Zarówno on, jak i Adam, byli facetami, którzy nie tylko posiadali szeroką wiedzę, ale szczerze mi zaimponowali typowo męską wiedzą z zakresu mechaniki, elektroniki i wszystkiego co można wrzucić do worka „złota rączka”.

Adam z Basia są parą od ponad roku i w kwietniu postanowili, że jesienią wyczarterują łódkę i na pół roku popłyną z Grecji na Wyspy Kanaryjskie i z powrotem. Wcześniej Adam pracował lub też pracuje jako webmaster, a Basia była kierownikiem greckiej restauracji w Warszawie. Jako, że pół roczny czarter łódki, to nieziemskie pieniądze, postanowili, że swój rejs podzielą na kilka etapów, które następnie będą sprzedawać w Internecie. W ten właśnie sposób na łódkę trafił do nich Michał.

Gdy powoli słońce chyliło się ku zachodowi, a Michał z Adamem nieustanie i bezowocnie próbowali coś złowić, uświadomiłem sobie, że zawroty głowy i odruch wymiotny poszły w zapomnienie. Ba, czułem się całkiem dobrze, więc gdy tylko zjedliśmy kolację, którą tym razem przygotowała Basia, położyłem się spać. Obudziłem się o czwartej rano, gdy to znowu wypadała moja kolejna wachta. W moim odczuciu jedna z najpiękniejszych do tej pory.

Wbrew pozorom niebo nad oceanem rzadko kiedy bywa krystalicznie czyste. Niemalże zawsze nad horyzontem unoszą się chmury. Wynika to z tego, że wieczorami, gdy temperatura spada, ocean zaczyna parować, tworząc w ten sposób warstwę pary wodnej, która w zależności od innych, zmiennych warunków atmosferycznych, przekształca się w deszcz lub zwyczajnie pozostaje warstwą niskich, ale niegroźnych chmur. Tym razem trafiłem na absolutnie czyste, bezchmurne niebo, na którym na próżno było szukać księżyca. Ostatni raz tak piękne gwiazdy widziałem trzy lata temu na pustyni w Iranie. I być może to właśnie bliskość Sahary, wpływała na widoczność i przejrzystość nieba. Dodatkowo, w okolicy nie było żadnych miast, więc żadne łuny nie osłabiały blasku gwiazd, a czterogodzinna wachta, w trakcie której oczy przywykły do ciemności tylko, potęgowała efekt.

Przeszło mi, paniczne na początku, przejmowanie się każdą łodzią, czy kontenerowcem w promieniu mniejszym niż 15 mil, więc już tylko od czasu do czasu zerkałem na AISa. Gdy upewniłem się, że przeciągu 10 minut nie zostaniemy przejechani przez żadnego trzystumetrowego kolosa z tysiącami ton chińskich koszulek, który nie zauważy dwunastometrowej łupiny z czwórką Polaków na pokładzie, położyłem się na plecach w kokpicie i pozwoliłem, żeby dotarło do mnie, to czego uczestnikiem byłem od czterech dni.

- Płyniesz na Kanary – powiedziałem sam do siebie i dopiero wtedy dotarło do mnie – Złapałeś jachtostopa na Kanary! – co więcej – skończyłeś już rzygać.

Leżąc słuchałem leniwie odbijających się od burt fal i wpatrywałem w konstelacje, które nigdy specjalnie mnie nie interesowały, a które nagle wydały się dużo ciekawsze, aniżeli gapienie się w horyzont. Swoją drogą, początkowo wachty wydawały się dłużyć w nieskończoność, ale już trzeciego dnia udało mi się zgrać na telefon kazania o. Adama Szustaka, którego gorąco polecam każdemu. Ustaliłem sobie rytm – godzinne kazanie, a następnie godzina myślenia o nim i o wszystkim na około, różaniec i godzina na słuchanie muzyki. System działał zaskakująco dobrze. Co więcej, ze zdziwieniem odkryłem, że modlitwa przychodzi mi dużo łatwiej na jachcie niż to było na Camino. Nie wiem czemu, ale byłem święcie przekonany, że to pielgrzymka będzie etapem, w którym modlitwa będzie nierozłącznym elementem każdego dnia. Tak było tylko i wyłącznie na początku. Później już nieco gorzej. Wpatrując się w gwiazdy doszedłem do wniosku, że głównym tego powodem jest fakt, ze na Camino był punkt A i punkt B, a dystans pomiędzy nimi musiałeś przejść.  To czy przejdziesz, zależało wyłącznie od tego jak bardzo ścisnąłeś poślady. Owszem, spotykało się ludzi i rozmawiało na wszystkie tematy począwszy od piłki nożnej, przez historie życiowe, na Bogu kończąc, ale gdy człowiek docierał do albergue lub rozbijał namiot, to jedyne o czym marzył, to sen. Na Atlantyku było inaczej. Niewiele zależało ode mnie, Adama, czy kogokolwiek. Tutaj wystarczy trzydzieści minut sztormu, czy nawet chwila nieuwagi okraszonej głupotą i zostajesz rozpaczliwie bujającym się w kapoku rozbitkiem, który jeśli nie zostanie wyłowiony w ciągu kilku godzin, staje się mięsem dla ryb. Dopiero na łodzi, wysoko w górach, czy na środku pustyni człowiek uświadamia sobie jak mały jest. Między innymi z tego też powodu, zawsze na wachcie wyciągałem z kieszeni swój, pachnący olejkiem sandałowymi różaniec, który dostałem na pamiątkę Pierwszej Komunii świętej.

Wachtę kończyłem widząc na horyzoncie światła marokańskiego miasta Safi.

 Początkowo mieliśmy w planach płynąć prosto do marokańskiego miasta Agadir, ale nie wiedzieć czemu, plan się nieco zmienił i wylądowaliśmy na Czarnym Lądzie o 150 mil morskich wcześniej – w Safi.

Wachtę skończyłem o 4 w nocy, gdy do miasta zostało jakieś 15 mil, więc wiedziałem, że nie pośpię. Ledwo się położyłem, a łódka zaczęła dudnić tłustym basem. Kapitan, jak to Polacy mają w zwyczaju, postanowił wejść do afrykańskiego portu na pełnej bombie i z płynącym z głośników „Highway to hell”  ACDC.

Wejście do Safi

Wejście do Safi

Port nie miał nic wspólnego z mariną. Powiedziałbym nawet, że dużo więcej ze stocznią. Otoczony potężnym falochronem, cały zalany betonem, zabudowany hangarami pokrytymi szarą blachą, spomiędzy których gdzieniegdzie wyłaniały się żurawie, dziesiątki zardzewiałych wagonów towarowych oraz kolejka ciężarówek przy ogromnych silosach. Oprócz tego, to w jedną, to w druga stronę kursowały na zmianę małe łodzie rybackie. Począwszy od małych, jednoosobowych jednostek na sporych rozmiarów kolorowych kutrach rybackich kończąc. Nierozłącznym elementem, który łączył je wszystkie były dziesiątki, jeśli nie setki, białych mew, które przenikliwym piskiem oznajmiały kolejny dzień w porcie.

Malownicze żurawie

Malownicze żurawie

DSC_0920

Marina a la Safi

Kolorowe kutry

Kolorowe kutry

Zacumowaliśmy burta w burtę do jednego z większych kutrów tuż obok kapitanatu, gdzie Basia z Adamem poszli się dowiedzieć o warunki postoju. W tym czasie ja z Michałem sprzątaliśmy po śniadaniu i ogarnialiśmy pokład po trzy dniowym rejsie. Gdy wrócili okazało się, że nie możemy wyjść poza teren portu dopóki nie zostawimy paszportów u Imigracyjnych. Ci mieli się pojawić o 10, czyli o tej samej godzinie kiedy marinero miał wywiesić aktualną prognozę pogody. Dyskutując o możliwych wariantach tego co zrobimy dalej, doszliśmy do wniosku, że jeśli pogody nie będą sprzyjające, to czym prędzej uciekamy dalej na południe.

Prognoza była zła. Bardzo zła, żeby nie powiedzieć paskudna. Był środowy poranek, a od czwartkowego wieczoru, z kumulacją w piątek, miał się zacząć olbrzymi sztorm. Kolorowe diagramy na kartce papieru pokazywały wiatr do pięćdziesięciu węzłów oraz ponad ośmiometrowe fale. Podczas rozmowy zdecydowaliśmy, że ja zostanę na pokładzie pilnując rzeczy, a reszta załogi pójdzie sprawdzić prognozę, której Adam ufał i jeśli rzeczywiście będzie taka zła, to momentalnie wracają i płyniemy do Agadiru. Był to pierwszy z kilku razy, kiedy plan nie wyglądał tak, jak brzmiał w założeniu. Wyjście na miasto, które miało im zając maksymalnie godzinę, zajęło ponad trzy, więc gdy wrócili było już jasne, że zostajemy.

Popołudnie spędziliśmy zmieniając miejsce, w którym cumowaliśmy oraz na wyjście na miasto, gdzie wieczorem skorzystałem z Internetu i zameldowałem się rodzicom, którzy świrowali z niepokoju. Okazało się, że nasz system GPS nie do końca działa tak, jak powinien i według niego zatonęliśmy 60 mil po wyjściu z portu w Gibraltarze. W przypadku moich rodziców oznaczało to mniej więcej tyle, że pewnie obdzwonili wszystkie możliwe miejsca, żeby się dowiedzieć, czy nie było, żadnych wiadomości o zatonięciu polskiego jachtu.

Maroko, które mimo francuskiej przeszłości, jest krajem arabskim i bez problemu można tutaj zauważyć wszechobecny wpływ kultury Wschodu. Meczety, charakterystyczną architekturę, imamów, kobiety  w burkach, czy hidżabach, ale też obecną biedę, brud i naciągaczy oferujących Ci pomoc i haszysz na każdym kroku. O ile zarówno ja i Michał byliśmy już w krajach arabskich, to dla Adama i Basi był to pierwszy raz i wyglądało to dla nich jak w koszmarze. Brudni ludzie dotykający jedzenia brudnymi palcami, zwierzęta o które się nie dba, a jedynie z pogardą kopie; ciemnoskórzy, z czarnymi, głęboko osadzonymi oczyma, mężczyźni, których ciała skryte były pod bawełnianymi płaszczami z wysokimi szpiczastymi kapturami. Oczywiście w takich warunkach zaraz włącza się stereotypowe myślenie w kategoriach: „Wszystko co kupimy i zjemy spowoduje rozwolnienie; każdy chce nas okraść; każdy bierze łapówki” dlatego załatwienie czegokolwiek poprzedzała debata o tym jak bardzo chcą nas okraść.

DSC_0945

Bonjour!

Jestem zadbany i kochany

Jestem zadbany i kochany

Ja tylko na chwilę

Ja tylko na chwilę

W mieście spędziliśmy w sumie nieco ponad cztery doby. Pierwszego dnia, korzystając z ładnej pogody, połaziliśmy po mieście, które poza zaniedbaną tzw. Starą Medyną i Twierdzą nie miało wiele do zaoferowania. Centrum można było obejść w niecałą godzinę zaliczając w tym czasie większość stoisk, oraz część miasta, która słynie z wyrobów garncarskich.

Starówka taka piękna

Starówka taka piękna

Przewodnicy tacy pomocni

Przewodnicy tacy pomocni

Będzie bolał brzuszek, czy nie?

Będzie bolał brzuszek, czy nie?

Po pierwszym wspólnym zwiedzaniu miasta miałem dość załogi. Spędziłem z nimi pięć dni na zdecydowanie za małej przestrzeni i potrzebowałem oddechu. Nie dlatego, że ich nie lubiłem, bo tak nie było, ale zwyczajnie potrzebowałem powietrza, swobody i czasu dla siebie.

Wieczorem zostaliśmy zaproszeni na pokład łodzi „Feldoe”, która pod francuską banderą zacumowała do nas burta w burtę. Na jej załogę składała się czteroosobowa rodzina, której głową, a jednocześnie kapitanem był Francois. O ile nas do Safi zagnał przypadek, tak ich zbliżający się sztorm. Gdy pojawiliśmy się u nich na łodzi, oniemiałem. Wnętrze niczym nie przypominało tego co mieliśmy u siebie na jachcie. Rodzinka żyła w najprawdziwszym domu na wodzie, a do całości brakowało jedynie wesoło trzaskającego kominka. Okazało się, że Francois, który przez całe swoje życie tworzył filmy dokumentalne postanowił, że póki ma jeszcze siły, chce opłynąć ze swoją żoną i dziećmi, świat by spędzić z nimi maksymalnie dużo czasu i wynagrodzić wszystkie swoje wyjazdy. Dlatego też rzucił prace, sprzedał mieszkanie i kupił łodź.

Już na pierwszy rzut oka było widać, że kapitan Feldoe nie jest tak dobrym żeglarzem jak Adam. Samo cumowanie, mimo dobrych warunków, sprawiło mu sporo problemów. To oraz brak bardziej technicznej wiedzy, jaką w opinii Adama powinien mieć każdy żeglarz sprawił, że nasz kapitan zaczął go lekko pogardliwie i z politowaniem nazywać „Francuzikiem”. I tu wyszła taka trochę nasza polska przypadłość.

Feldoe crew

Feldoe crew

Pamiątkowe zdjęcie

Pamiątkowe zdjęcie

Polscy żeglarze mają to do siebie, że w rozmowach zaczynają się licytować – kto więcej wie na temat jachtów, w jakich to warunkach nie pływał, na jakich jachtach, w jakich portach nie bywał i ile to już lat spędził na morzu. Doskonale to widać na przykład na Mazurach, gdzie przecież prawdziwy żeglarz wchodzi i wychodzi z portu na żaglu. Co z tego, że dużo bezpieczniej i pewniej można wejść na silniku, ale przecież muszę wszystkim pokazać jaki jestem zajebisty. Najlepiej do tego wszystkiego dodajmy jeszcze alkohol i mamy co mamy. Na Wyspach Kanaryjskich, czy Karaibach, poznałem mnóstwo osób, dla których żeglowanie nie jest ekskluzywnym, czy ekstremalnym sportem wyczynowym, ale jedynie sposobem na spędzenie emerytury w przyjemnych warunkach za cenę niższą niż w ojczyźnie. Nie trzeba tysięcy godzin za sterem i dziesiątek tysięcy mil morskich, żeby wiedzieć jak obsługiwać jachtowego autopilota, jak z pomocą hydraulicznych kabestanów postawić żagiel, czy tajemnej wiedzy nawigacji. Wszystkiego tego można nauczyć się w dwa do trzech dni. To co jest na pewno potrzebne każdemu, to umiejętność naprawiania drobnych usterek, ale też niekonieczna, jeśli nie planujemy przekraczać oceanów. Być może kiedyś, w czasach kiedy nie było telefonów i Internetu satelitarnego, czy nawigacji GPS, trzeba było być wybitnym żeglarzem, ale teraz naprawdę wiele nie trzeba. Przykładem może być żeglowanie właśnie z Adamem. Tak naprawdę jedyny moment, który wymagał umiejętności, to wychodzenie z portu, z którym każdy, kto ma patent żeglarza powinien sobie poradzić. Później, w zależności od wyposażenia i sprzętu na jachcie, to można i samotnie oceany przekraczać.

Na Feldoe spędziliśmy blisko trzy godziny testując kolejne lampki portugalskiego porto, hiszpańskiego rumu i marokańskiej wódki, a gdy wróciliśmy, pograliśmy jeszcze chwilę w planszówkę, która miał ze sobą Michał i padliśmy spać.

Sobota i niedziela, nie licząc całonocnego sztormu, były  praktycznie identyczne. Gdy zorientowałem się, że wyjście wszystkich na miasto zajmuje ekipie blisko całe przedpołudnie, przestałem na nich czekać. Wymykałem się z łodzi o 9 rano, żeby skorzystać ze spokoju w jednej z licznych kafejek, w których miałem dostęp do sieci. Po dwunastej dochodziła do mnie reszta ekipy i wspólnie przygotowywaliśmy się do wypłynięcia. Zrobiliśmy zapasy zakupów, uzupełniliśmy zbiorniki wodą i paliwem i czekaliśmy na sygnał do wypłynięcia. Wbrew pozorom żadne z tych zadań nie było proste, bo miejsce w którym cumowaliśmy w porcie, było trudno dostępne i nie było mowy, żeby na jego teren wjechała jakaś taksówka. Port sam w sobie tez nie miał ułatwień typowych dla marin, więc było sporo kombinowania. Jednak gdy w sobotę wieczorem mieliśmy już wszystko załatwione, Adam rzucił hasło:

- Panowie, jutro z samego rana wypływamy.

I klasycznie – jeśli się podobało, to będę wdzięczny za wsparcie akcji „Autostopem dla hospicjum”. Wspólnie udało się nam już uzbierać ponad 30 tysięcy złotych, ale do 100 tys. wciąż sporo brakuje :) Jeśli akurat masz na koncie zbędną złotówkę, dwie lub kilka set, to kliknij tutaj i dowiedz się o szczegółach akcji – Autostopem dla hospicjum

Komentarze (8)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.