Dzień 17
Wczoraj przez chłopaków zostałem ostrzeżony, że w okolicy grasują wilki i niedźwiedzie. Niespecjalnie się tym przejąłem, ale nad ranem spanikowałem. Samcznie sobie śpię i nagle jakieś prychanie koło namiotu. Budzę się i pierwsza myśl - "Masz jedzenie z wesela w namiocie i pewnie jakiś niedźwiedź wyczuł!". Powoli biorę worek z jedzeniem, otwieram namiot po drugiej stronie i rzucam jak najdalej. Nie ruszam się i nasłuchuję. Idzie. Tuż obok. Potknęło się o namiot! Po 2 min wyglądam przez lufcik i co widzę? Krowę spokojnie żującą trawę. Aż się śmiałem z siebie. Wstałem, poszedłem po worek z jedzeniem i wciąż się śmiejąc zjadłem śniadanie.
Plan na dzień był prosty. Miałem dwie opcje wejścia na Elbrusa. Pierwsza - na bogato, kolejka i ratrakiem na szczyt. Szacowany koszt około 1000zl. Druga opcja - na ubogo - piechotą. Wybór oczywisty.
Spakowałem się i ruszyłem. W sumie nie ma o czym pisać, bo przez cały dzień nic tylko wspinaczka i piękne widoki. Lekko nie było, bo dość ciężki i kamienisty teren, ale jakoś dotarłem i po 10h wspinaczki na 3800m padłem jak zabity.


Dzień 18
Spałem do 12. Jedyne co miałem w głowie to aklimatyzacja. O 14 postanowiłem się przejść na Skały Pastuchowa, czyli na 4700m. Maszerując pod górę zrozumiałem, że wejście wyżej nie będzie łatwe.
Niby nie mam problemów z przebiegnięciem półmaratonu, ale powyżej 4500m, każdy krok był ciężki. Dosłownie. 5 kroków i minuta przerwy, żeby uspokoić oddech. Przed oczami ciemno. W końcu po 2h dotarłem do Skał i kolejna godzinę zajęło mi schodzenie. Masakra.

W namiocie byłem o 17 i pierwsze co to wskoczyłem do śpiwora, bo padałem ze zmęczenia. Po chwili głosy. Wystawiam głowę z namiotu i widzę dwoje ludzi pytających mnie, czy mogą się rozbić obok. W sumie czemu nie. Chwilę pogadaliśmy i zaproponowali ruski sposób na aklimatyzację - Domowej roboty koniak i boczek. Chwała im, bo z wioski wziąłem tylko snikersy i już powoli miałem ich dość. Parka była strasznie gadatliwa, ale na szczęście uratował mnie deszcz i mogłem spokojnie się z nimi pożegnać i pójść spać

Dzień 19
Budziłem się kilka razy, żeby sprawdzić pogodę. O 23 ulewa, o 1 siarczysty mróz, o 3 czyste niebo. Ubieram się, jem śniadanie w postaci snikersa i wychodzę.
Pierwsze zaskoczenie. Okazało się, że namiot zamarzł. Dosłownie. Jak już otworzyłem wejście do namiotu to mogłem nim trzasnąć jak obrażone dziecko drzwiami od pokoju. Paskudny mróz, ale idę.

I znowu do do 4500m jakoś dawałem radę, ale później coraz ciężej. Są jednak i plusy, czyli widoki zapierające dech w piersiach. Świadomość, że jest się wyżej niż chmury i góry jest naprawdę piękna i mimo tego, że przed oczyma co drugi krok to ciemno, chce się iść. Przy Skałach Pastuchowa miałem okazję oglądać wschód słońca w górach. Jest to coś co każdy powinien zobaczyć przynajmniej raz w życiu.

o 9 zaczynają się problemy. Najpierw mgła. I to taka typowa dla gór. Nie widać niż dalej niż na metr. Dodatkowo dość przytłaczająca jest absolutna cisza. Nie słychać dosłownie nic i ma się wrażenie, że nawet Twój głos jest po prostu przez nią pochłaniany. Stwierdziłem, że najrozsądniej będzie usiąść i przeczekać. Po 30 min mogę iść dalej. Dotarłem już do przełęczy na ponad 5300m i się załamałem. Ostatnie podejście na górę jest całkowicie oblodzone. O ile wcześniej był to po prostu głęboki śnieg, tak teraz jest po prostu lód przypominający skałę. Dwie próby i dwa ześlizgi. Bez raków, których już nie udało mi się załatwić przed wyjazdem, nie miałem szans. To właśnie jest miejsce, w którym kończy się ryzykowna próba, a zaczyna klasyczna głupota.
Zacząłem schodzić. Przed oczyma ciemno z wysiłku. Jak myślę, że mam przed sobą przynajmniej 5h schodzenia to mi niedobrze. No i tak mi było niedobrze, że sobie ulżyłem zostawiając na śniegu to co zjadłem na śniadanie. Snikers w sosie własnym.
Schodząc ledwo ruszałem nogami. W pewnym momencie potknąłem się i poleciałem twarzą w dół. Mało brakowało i śnieg, którego nałapałem w usta wyleciałby mi drugą stroną, ale jakoś wyhamowałem. Schodząc spotkałem Miszę z żoną i jak mnie zobaczyli, to kazali mi usiąść i odpocząć. Nakarmili kiełbasą i dali do popicia herbatę. Chyba tylko dzięki nim dałem radę zejść na dół.

Po dotarciu do namiotu, sprawdzam telefon, a tam sms od wujka z prognozą pogody na Elbrusie. Zamiecie śnieżne i opady. Postanowiłem dać sobie 1h odpoczynku, a później się spakować i zjechać kolejką na dół. Zapłaciłem majątek i po godzinie byłem na 2000m w wiosce, gdzie zjadłem normalny obiad i odpocząłem. Miałem szczęście, bo rozpętała się taka burza, że kolejka przestała funkcjonować 15 min po tym jak z niej wysiadłem.
O 19 się rozpogodziło na tyle, że mogłem ruszyć w poszukiwaniu miejsca gdzie mogę rozbić namiot.
Znalazłem uroczy zakątek w lesie przy rzece, gdzie mogłem się umyć w strumieniu i w spokoju zjeść melona(tak, dzięki Wam wiem, że to melon, a nie dynia).
Tak sobie jem i patrzę, że lasem idzie starszy jegomość z długą brodą. Całego melona sam nie zjem, więc zaproponowałem, żeby się poczęstował i tym samym poznałem Romana 89 letniego przewodnika po górach, z którym rozmawiałem blisko 3h, a na koniec udzielił mi fenomenalnego wywiadu do mojego projektu.

Roman zadał mi pytanie czy jestem smutny, że mi się nie udało wejść na Elbrus. I to zmusiło mnie do małych przemyśleń
Czy jestem smutny? Nie. Czy jestem zły? Trochę, bo to był jeden z głównych punktów mojej wyprawy, a wiadomo - szpanować rzecz ludzka. Przy czym wspinaczka pokazała mi jakie mam granice wytrzymałości. Koniec końców jestem z siebie dumny, że okazałem się wystarczająco rozsądny, żeby odstawić pychę na bok i odpuścić sobie ryzykowne podejście bez raków na sam szczyt. Właśnie tego typu decyzje, w takich okolicznościach kształtują nasze osobowości i to kim się stajemy. Z Elbrusa zszedłem po prostu mądrzejszy i z wspomnieniami, które na zawsze pozostaną tylko moje. A właśnie to w tej podróży jest najważniejsze i najpiękniejsze.


Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.