2015 · Autostopem przez życie

Zdrada ideałów

← Wszystkie wpisy

Stałem na nadbrzeżu karaibskiego portu i patrzyłem się na znikającą sylwetkę Nimbusa.

- Miałem szczęście – pomyślałem po raz chyba setny w przeciągu ostatnich trzech tygodni. Gdybym trafił na jakiegoś kapitana palanta lub wyjątkowo nieznośną załogę, to rejs byłby mordęgą, a tak był jedynie okropnie nudny.

Jeszcze kilka dni temu, jak tylko okazało się, że Matt z rodziną płyną prosto do Stanów, zacząłem się zastanawiać co dalej. Tak naprawdę opcje były trzy, ale dwie wiązały się z ponownym dwutygodniowym żeglowaniem, na które nie miałem ani trochę ochoty.

Pierwsza opcja, to poszukiwanie łodzi na południe. W kierunku Grenady, Trynidadu, a później próba przeskoczenia do Wenezueli i byłbym na kontynencie. Plan dobry, jednak problem było to, że raczej niewiele łodzi zbliżało się do Wenezueli z powodu nieciekawej sytuacji politycznej po śmierci Cheveza i coraz to częstszych przypadków piractwa na wybrzeżu. Do tego pewnie skakałbym z wyspy na wyspę, które w zgodnej opinii wszystkich, z którymi rozmawiałem, nie różniły się specjalnie od siebie.

Druga opcja, to kierunek północno-zachodni. Najlepiej całkowicie zachodni w kierunku Ameryki Centralnej. Jednak znaleźć łódź płynącą już w styczniu bezpośrednio w tamtym kierunku graniczy z cudem, bo zdecydowana większość łodzi korzysta z sezonu na Karaibach. I rejs znowu trwałby przynajmniej dwa tygodnie.

Trzecia opcja? Zdradziecka, oszukańcza, najłatwiejsza i przede wszystkim nieautostopowa, czyli samolot. I właśnie tę opcję wybrałem. Czemu? Ano powodów było kilka.

Bez bicia się przyznaję, że głównym powodem decyzji o przeleceniu z St Maarten do Kostaryki była moja (jakkolwiek to brzmi) depresja przygodowa. Chciałem w końcu pojeździć autostopem, mieć dzikie przygody, walczyć z wężami boa i przemytnikami narkotyków, skrajnymi warunkami pogodowymi, a tymczasem do tej pory jedynie siedziałem i tyłem na łodzi nie robiąc nic, co by chociaż w najmniejszym przypadku podnosiło poziom adrenaliny. Czasem zdarzało się, że wycieczka do pobliskiej restauracji na wieczorny obiad urastała do rangi przygody dnia

Kolejne powody były kompletnie z innej bajki.

Po pierwsze dwa spotkania. Jakoś tak się wszystko złożyło, że W najbliższym czasie w okolicach Kostaryki miały się pojawić dwie osoby. Pierwszą była Paulina, z którą już wcześniej  podróżowałem autostopem po Finlandii, a drugą Marcin, który pomagał mi przy tworzeniu filmu o akcji „Autostopem dla hospicjum”.

Oboje planowali pojawić się w Ameryce Centralnej z nieco innych powodów. Paulina leciała zrobić sobie w końcu zasłużone wakacje, a Marcin, tak jak ja, był w trakcie podróży w kierunku Ameryki Południowej. Na depresję podróżniczą składa się również tęsknota za krajem i znajomymi, więc możliwość spotkania się z osobami, które znam od dawna, była niezwykle kusząca.

Drugim powodem była sama Kostaryka. O jej odwiedzeniu marzyłem od kiedy zacząłem planować podróż. Zobaczyć tukany, kolibry, małpy, leniwce, jaguary, olbrzymie czerwone papugi, dżungle, lasy deszczowe, wulkany i najlepsze na świecie fale do surfowania. Ciężko się oprzeć, a jeszcze ciężej zrezygnować będąc w okolicy

Trzeci powód, to czas. Najbardziej prawdopodobnym kierunkiem złapania jachtu był Meksyk lub ewentualnie Panama, ale tam pojawiały się jednostki, które chciały przepłynąć Pacyfik lub płynąć do Stanów, a sezon na to zaczynał się dopiero w kwietniu. Zanim z któregokolwiek z tych krajów dostałbym się do Argentyny, to byłby już czerwiec, a na południowej półkuli oznacza to zimę w pełni.

Czwarty powód pojawił się zupełnym przypadkiem. Gdy planowałem podróż nie rozczytywałem się w poszczególnych forach, a jedynie przeglądałem informacje co warto zobaczyć w krajach na mojej trasie ze szczególnym uwzględnieniem Kostaryki, Peru, Boliwii i Argentyny. Okazało się jednak, że krajem, nad którym powinienem był spędzić trochę więcej czasu była Panama. A bardziej przejście graniczne Panama – Kolumbia o magicznie brzmiącej nazwie – Darien Gap.

Czy da się przejechać całą drogę z Alaski do Patagonii na motorach? Nie da się. Czy można zrobić to na rowerach? Nie ma takiej opcji. Czy jest w ogóle szansa przejść to na piechotę? Być może. Pod warunkiem, że przejdziesz Darien.

Darien. Darien. Darien. Od kiedy zacząłem czytać o tym 90 kilometrowym fragmencie dżungli z każdym kolejnym dniem coraz bardziej zaczynało mnie tam ciągnąć. Czy da radę przejść to na piechotę. Da radę. Przemytnicy narkotyków dają radę od kilkudziesięciu lat. Jacyś gringo też się na to porywali. Jedni przepadali bez wieści, a innych, za dziesiątki tysięcy dolarów, rodziny wykupywały z rąk porywaczy. Gdy zaczniesz grzebać w Internecie znajdujesz hasła mówiące że więcej osób zdobyło Everest aniżeli kiedykolwiek przeszło Darien. Do czynników ludzkich, takich jak handlarze narkotyków, czy partyzancka armia FARC trzeba też dodać faunę i florę tamtego regionu. Dżungla zamieszkana przez śmiertelnie niebezpieczne, zabójcze pająki, węże, czy nawet żaby, które mogą zabić jeśli tylko je dotkniesz. Wzgórza porośnięte ścianą zieleni, wśród której łatwo stracić orientację i nigdy z niej nie wrócić. Bez szlaków, bez ścieżek, bez wody pitnej. Darien zaczynało brzmieć jak szczepionka na depresję podróżniczą.

Rezerwując bilet zastanawiałem się, czy aby nie jest to zdrada ideałów bloga. W końcu chciałem podróżować tylko i wyłącznie autostopem. W moim wyobrażeniu właśnie to sprawiało, że blog jest wyjątkowy pośród innych. Na podróż autostopem stać każdego, a kupując bilet samolotowy wydałem tyle ile w sumie przez ostatnie 90 dni podróży.

Przez jakiś czas nawet miałem wyrzuty sumienia, ale koniec końców doszedłem do wniosku, że przez rok oszczędzałem i odkładałem pieniądze właśnie po to, żebym nie był skazany na coś co w najmniejszym stopni mnie nie kręci (a taka jest moja smutna prawda o pokonywaniu oceanów) tylko mógł sobie pozwolić na ekstrawagancję. Przecież jakby nie patrzeć to też moja podróż i jeśli coś mi w niej nie pasuje i chcę to zmienić, to mogę. Grunt, żebym pozostał szczery wobec Was.

To tyle, jeśli chodzi o moją decyzję. Kiedy Nimbus zniknął mi z oczu wiedziałem, że do wylotu na Kostarykę mam pięć dni.

Pięć dni, to całkiem sporo, a najgorsze, ze St. Maarten miał w obwodzie nie więcej jak pięćdziesiąt kilometrów i atrakcje, czy widoki warte zobaczenia bliskie zeru. Jak na ironię, najciekawszym miejscem na całej wyspie była plaża tuż przy lotnisku. Z miejsca gdzie stałem miałem do niej około pięć kilometrów, ale mając zapas czasu, postanowiłem pójść do niej naokoło. Wybrałem trasę o 45 kilometrów dłuższą. Wyspa była za mała, żeby jeździć autostopem, więc po prostu szedłem z plecakiem przed siebie, robiąc dziennie około 15 kilometrów i zatrzymując się na noclegi na plażach.

Z każdym kolejnym kilometrem upewniałem się, że kupno biletu lotniczego było dobrą opcją. Zwłaszcza w podrównaniu do próby popłynięcia na południe, bo jeśli wszystkie wyspy na Karaibach wyglądają podobnie, to nie ma tam nic ciekawego. Wzgórza za wzgórzami, zarośnięte czymś na kształt kosodrzewiny i nic poza tym. Dodatkowo na wyspie, na której byłem, była tak naprawdę jedna główna droga, która niemalże non-stop się korkowała, bo nie była wstanie sprostać dużej ilości samochodów. Nuda, nuda, nuda i skwar w południe. Tak wyglądało moje pięć dni marszu

DSC_1687

Zatopiony statek piracki

Zatopiony statek piracki

Jeden z piękniejszych widoczków

Nocleg nr.1

Swojsko

Swojsko

Zachód – najciekawsza część dnia

Jedyna nie uczęszczana przez auta ścieżka na wyspie

Jedyna nie uczęszczana przez auta ścieżka na wyspie

Opuszczone wille

Nie jestem Charlie

Zachód 2

Zachód 2

Nocleg 2

Nocleg 2

Palmy najciekawszym elementem krajoobrazu

Palmy najciekawszym elementem krajoobrazu

Granica z drugiej strony wyspy

Granica z drugiej strony wyspy

Nocleg3

Nocleg3

Lądowanie

Uroki karaibskiej pogody

Uroki karaibskiej pogody

PicsArt_1421024175001

Robinon – początki

Przez cztery dni zwiedzałem plaże. Jedne mniej drugie bardziej dzikie, żeby ostatniego dnia przespać się tuż koło lotniska, a następnego dnia pojawić się na jednej z najsłynniejszych plaż na świecie. Co jest takiego wyjątkowego w plaży, która ma mniej niż trzysta metrów długości i nie więcej jak trzydzieści szerokości? Nic. Co jest wyjątkowego w pasie startowym lotniska im. Książniczki Juliany? Też nic. Jednak jedno i drugie mimo że jest przedzielone wąską ulicą, to niemalże na siebie nachodzi, co daje niesamowity efekt. Za każdym razem, gdy ląduje jakikolwiek samolot, to przelatuje nad tłumami plażowiczów, którzy jak na komendę wyjmują aparaty i GoPro (w tym miejscu jest chyba największe stężenie tego sprzętu na świecie) i robią sobie zdjęcia kolosem, który jest nie dalej jak 50 metrów nad nimi. Im większy tym lepszy, ale że każdy sprawdza rozkład lotów, to po południu, gdy lądują olbrzymy należące KLM, czy AIR France, to na plaży nie da się nawet igły wcisnąć. Sącząc zimne piwo patrzyłem na ten zabawny seans i ze smutkiem stwierdziłem, że jest to największa atrakcja w okolicy. W tym momencie moja depresja sięgała zenitu. Na szczęście dzień później wylatywałem na Kostarykę.

Na lotnisku pojawiłem się dwie godziny przed odlotem. Bilecik wydrukowany, plecak zabezpieczony i byłem pewny, że mój marazm i niczym niezakłócony, ale męczący, spokój, nie zostanie w żaden sposób naruszony. Z błędu wyprowadziło mnie jedno pytanie Pani sprawdzającej mój bilet samolotowy:

- Czy ma Pan bilet powrotny? – zapytała obojętnym tonem

- Nie, planuję zostać w Kostaryce około trzech tygodni, a później pojechać do Panamy – odpowiedziałem zdziwiony pytaniem

- W takim razie nie mogę Pana wpuścić na pokład samolotu, bo zostanie Pan cofnięty na granicy – odpowiedziała oddając mi mój bilet.

- Że co proszę? – nie wierzyłem w to co słyszę.

- Bez biletu lub dowodu jego zakupu nie wejdzie Pan na pokład. Proszę wyjść i wrócić jak już Pan taki kupi.

Nerwowo spojrzałem na zegarek. Godzina i czterdzieści pięć minut do odlotu, a mój plecak z komputerem leżał gdzieś czekając na samolot, który mógł odlecieć beze mnie.

Szybko pobiegłem w kierunku restauracji i z telefonem zacząłem się rozglądać za WiFi. Pięć minut później miałem połączenie i zacząłem kombinować. Jaką rezerwację wykupić, żeby była jak najtańsza? Jak zrobić to w telefonie? Jak nie wydać kasy? Jak później to wydrukować? Dziesiątki pytań i czas, który nieubłaganie upływał. Jak zwykle w takich sytuacjach okazała się pomoc innych blogerów podróżniczych którzy już po chwili od zadanego pytania podali mi linki i sposób rozwiązania problemu. Banalnie prosty swoją drogą, ale że na wariata biletów nigdy nie rezerwowałem, to mimo przyjemnie chłodnej klimatyzacji spociłem się pierwszorzędnie. Tak naprawdę wystarczyło zrobić jakąkolwiek rezerwację, dostać powiadomienie z jej numerem na emaila i później jej nie opłacić, ale to w zupełności wystarczało do przekonania obojętnej pani z okienka.

Pokazałem jej rezerwację oraz numer, który wklepała do komputera i wpuściła na strefę bezcłową.

Dziesięć godzin później, po jednej przesiadce, byłem już w Kostaryce. I tam zaczęła się przygoda.

Wiem, że pewnie tym wpisem dam tylko pole do popisu moim wiernym hejterom i pewnie wiele osób rozczaruję, ale jest to prawdopodobnie ostatnia moja tak wielka podróż i jeśli nie muszę, to nie mam zamiaru się w niej zmuszać do czegokolwiek. Mam nadzieję, że zrozumiecie.

 Zakończę oczywiście tak jak zwykle – prośbą.

Jeśli wpis się podobał, to będę wdzięczy za pomoc w mojej akcji „Autostopem dla hospicjum”. Zacząłem niemalże cztery miesiące temu i brakuje ostatnich dwóch tysięcy złotych, żeby dobić do połowy kwoty, którą sobie wymarzyłem, czyli 100 000zł. Swoją drogę, aż mi się miło zrobiło, jak po raz któryś zacząłem poprawiać ten tekst i z radością stwierdziłem, że za chwilę, będę mógł pisać, że jesteśmy już na półmetku tego wyzwania.

Komentarze (23)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.