2015 · Autostopem przez życie

Złośliwość rzeczy martwych

← Wszystkie wpisy

- Sto trzydzieści tysięcy colones. Sto trzydzieści tysięcy colones, to dwieście pięćdziesiąt dolarów – szybko kalkulowałem w myślach – Toć to miesiąc życia na bogato w Kostaryce i co najmniej dwa dwa w Ameryce Południowej.

Nawet nie wiem, jak to się stało. Do szkoły, w  której odbywały się niedzielne msze przyszedłem godzinę wcześniej. Trzeba było rozłożyć krzesła, nagłośnienie, rzutnik, a że zwykle Efren zajmował się tym sam, to postanowiłem mu pomóc. Wszystko szło jak z płatka. O dziesiątej zaczęły schodzić się pierwsze osoby. Przywitania, uściski dłoni i wielki misiak z Krysią, która mnie tu tydzień temu przywiozła. Msza wyśpiewana i całkiem ciekawe kazanie. Bez szaleństw, ale ciekawe. Cały ten czas mój nieszczęsny telefon, przez nikogo niepokojony, leżał sobie na stoliku i się ładował.

Gdy msza się skończyła, spojrzałem tylko na godzinę na wyświetlaczu i ponownie odłożyłem telefon na stolik. Wyszedłem przed szkołę, żeby pożegnać się ze wszystkimi, którzy wracali do bardziej odległych miejscowości, w tym Krysię, która chciała mieć ze mną zdjęcie. Z tydzień miało jej nie być, a ja planowałem na przyszły weekend Nikaraguę, więc chcieliśmy mieć wspólne zdjęcie. Poprosiłem ją, żeby sekundę poczekała i wróciłem po telefon, żeby zrobić zdjęcie. Sięgam po niego i ze zdziwieniem stwierdzam, że ekran jest kompletnie zbity. Nie porysowany, ani nie stłuczony, ale zbity tak, że jego poszczególne części odpadają.

Przed wyruszeniem w podróż długo się zastanawiałem jaki wziąć aparat. Lustrzanka, automatyk, czy może jeszcze coś innego. Koniec końców stwierdziłem, że najtaniej i najpraktyczniej będzie, jeśli wezmę lepszy telefon. I tak zawsze z niego korzystałem. Wgrane mapy, książki, muzyka i pomocne aplikacje sprawiały, że nie raz zaoszczędziłem dzięki nim masę czasu i pieniędzy. Zainwestowałem w Sony Xperie Z2. 1300zł na jakieś tajemniczej promocji na allegro miesiąc później zaowocowało telefonem z Komendy Policji, która miała informacje, że z tego telefonu były wykonywane fałszywe alarmy. Ale działał. Bateria spoko, a aparat, na którym najbardziej mi zależało, wręcz bez zarzutu. Chciałoby się powiedzieć, że telefon idealny.

Tymczasem stoję w szkolnej sali, gdzieś na kostarykańskim wybrzeżu Pacyfiku i palcami odginam kolejne kawałki szklanego ekranu.

Rozejrzałem się dookoła. Nikt nawet nie patrzył w moim kierunku, a jednak wiedziałem, że ciężko, żeby telefon spadł na ziemię, a następnie sam się podniósł i wrócił na miejsce.

Nawet nie czułem złości. Smutno mi było. Już nawet pomijam to, że ktoś kto go strącił, słowa nie powiedział, ale jakoś tak patrzyłem na ten kawałek metalu, szkła i plastiku i uświadomiłem sobie, że przecież nawet nie jest mi on potrzebny. Przecież mógłbym bez problemu podróżować i bez niego. „Kolekcjonować wspomnienia, a nie zdjęcia” – jak to mówią. Z drugiej strony opisywanie wszystkiego bez możliwości pokazania tego co widziałem, to zadanie dla zawodowców. A nim nie jestem. Czasem są momenty, ludzie, widoki, których nie potrafię opisać, a zdjęcie, nawet nie z superaparatu, wystarczy, żeby oddać to co widziałem na własne oczy. O filmach nie wspominając.

Z telefonem w dłoniach wyszedłem przed salę i najzwyczajniej w świecie zapytałem się, gdzie mogę naprawić telefon.

I oto jestem. W podrzędnym serwisie odległym od Esterillos o dwadzieścia kilometrów, z nie mówiącym po angielsku „Tico” i się zastanawiam, czy jestem gotowy wydać dwieście pięćdziesiąt dolarów na nowy, ale oryginalny wyświetlacz.

- Kantuje mnie, czy nie? – wprawdzie sprawdziłem ceny wyświetlaczy w Polsce i wiedziałem, że powinno kosztować w okolicach dwustu dolarów. No, ale dwieście pięćdziesiąt?! W końcu machnąłem ręką.

- Okej, a da Pan radę wyrobić się na środę? – zapytałem. Zależało mi na czasie, bo już w czwartek umówiłem się, że odbiorę Paulinę z lotniska, a w sobotę musieliśmy być w Nikaragui, żeby spotkać się z Marcinem.

- Tak, ale potrzebuję około siedemdziesięciu dolarów zaliczki.

Już nie zastanawiając się wiele, dałem facetowi zaliczkę odebrałem pokwitowanie i wróciłem do Esterillos, gdzie dnie spędzałem ucząc się hiszpańskiego, pisząc, czytając Pismo Święte i łowiąc ryby. Chcąc nie chcąc, wpadłem w typowy dla południowców tryb życia.

We wtorek, wykorzystując okazję, że jestem w Jaco, postanowiłem wypłacić trochę więcej gotówki, tak żeby starczyło mi i na telefon i na życie na najbliższe kilkanaście dni.

Po porannej modlitwie robiliśmy klasyczne zakupy dla Warrena, a następnie wyrwałem się na chwilę i podszedłem do bankomatu. Otworzyłem drzwi i wszedłem do klimatyzowanego pomieszczenia. Wkładam kartę. PIN. Savings. 100$. No. Wait. „Transakcja nie może dojść do skutku”.

- Dziwne – pomyślałem i spróbowałem ponownie. Bez skutku. Na niebieskim ekranie ponownie pojawił się ten sam komunikat.

Nauczony głupią przygodą z zeszłego roku, kiedy to mojej karcie skończyła się ważność, wyrobiłem dwie. Nie myśląc wiele, wkładam kartę kredytową, którą miałem zachowaną na podbramkowe sytuacje. PIN. Credit. 100$. No. Wait. „Transaction can not be proceed”.

- To pewnie wina bankomatu – pomyślałem i nie zastanawiając się wiele zabrałem się za poszukiwania innego. Błąd. Ta sama sytuacja powtórzyła się również w drugim. W trzecim jedyna różnica polegała na końcowym komunikacie.

Tętno mi nieco skoczyło, bo nie wiedziałem co się dzieje. Pieniądze na jednym i na drugim koncie były, wiec nie to było problem.

Jak tylko wróciliśmy z Efrenem do Esterillos, wziąłem się za poszukiwanie odpowiedzi tj. nękanie biura obsługi klienta zagranicznego. I BUM. Miły pan po drugiej stronie Skypa oświecił mnie, że w Kostaryce zdecydowana większość bankomatów zczytuje dane z paska magnetycznego, a nie, tak jak jest w Europie -z czipa. Spojrzałem na swoje dwie karty i z ulgą zauważyłem, że jedna z nich pasek posiada. Zapytałem miłego Pana, czy istnieje możliwość odblokowania opcji paska i powiedział, że jak najbardziej, ale należy skontaktować się z biurem polskim, które działa w normalnych godzinach, a nie o czwartej w nocy. Owszem, można było to załatwić internetowo, ale jakakolwiek zmiana na koncie wymaga potwierdzenia kodem sms. A telefon przecież w naprawie.

Tak, czy inaczej, nie mam zamiaru się rozpisywać co i jak, bo wyszedłby z tego post poświęcony jedynie zmaganiom z bankomatami i telefonem, więc resztę historii wcisnę w jeden krótki akapit.

Wypłacenie kasy z bankomatu zajęło mi osiem godzin. Przez osiem godzin jeździłem stopem do każdego kolejnego miasta i sprawdzałem kolejne banki. Niby karty odblokowane, kasa jest, a i tak jak głową w ścianę, a obsługa klienta rozkłada ręce i mówi, że u nich w systemie wszystko się zgadza.  Udało się dopiero w miejscu odległym o osiemdziesiąt kilometrów od Parrity. Chciałoby się napisać, że odebrałem telefon i koniec historii, ale nie.

Na nowy wyświetlacz dostałem miesiąc gwarancji i wprawdzie wybiegnę tu opisem dużo do przodu, ale po trzech tygodniach zaczął szwankować. Oczywiście oddałem do serwisu, a Ci bezproblemowo odesłali do producenta jako reklamacje. Czy dostałem nowy, działający ekran? Nie. Odesłali ten sam z informacją, że wada nie wynika z ich winy. Kłócić w serwisie nie było sensu, bo wrzaskami rzadko kiedy się coś zyskuje, więc spokojnie wytłumaczyłem im, że jutro muszę być w Panamie i dogadaliśmy się, że oddadzą mi dwieście dolarów. Niby szczęśliwy, ale 10 dni później, po wizycie w Darien, telefon zdechł. Dlatego do momentu, kiedy nie wymyślę, jak załatwić nowy, będzie pewnie trochę mniej zdjęć.

No, ale przynajmniej dość szybko skończyłem temat, który irytująco uprzykrza mi ostatnio podróż :)

Wyjeżdżając z Esterillos nie żegnałem się z nikim, bo byłem w stu procentach przekonany, że wrócę tu nie dalej jak za tydzień, czy dwa. W kierunku San Jose wyjechałem w czwartek po południu. Niby tylko sto sześćdziesiąt kilometrów, ale do stolicy z wybrzeża prowadzą dwie drogi. Jedna to w miarę nowa autostrada i druga, dużo starsza jednopasmówka przez góry. Którą drogę wybiera zdecydowana większość kierowców nie trudno zgadnąć, dlatego dojazd z reguły zajmuje około czterech godzin.

Jadom!

Jadom!

Do miasta dojechałem olbrzymim TIRem. OLBRZYMIM. Największym w jakim w życiu byłem. Nie takie jak nasze, ograniczone europejskimi limitami, ale typowo amerykańskie pożeracze ropy. Wprawdzie sama kabina była w nieco kiepskim stanie, ale ryk maszyny i przemiły kierowca sprawiły, że podróż do San Jose była wesołą przygodą.

Tirem

Monster Truck!

Daniel, a tak się nazywał kierowca, szybko zauważył, że mój hiszpański nie jest  na poziomie zadowalającym gadułę. Nie czekając nawet na zgodę zaczął mi przyspieszony kurs ciężarowego hiszpańskiego. Przez bite dwie godziny pytał jak się nazywają poszczególne części kabiny, drogi i krajobrazu, a następnie przepytywał i kazał tworzyć różnorakie zdania. Aż sam byłem w szoku jak dobrze mi idzie, ale w sumie nie od dzisiaj wiadomo, że autostop, to konieczność rozmowy. A rozmowa to najlepszy sposób nauki języka.

Daniel

Daniel

Po dojechaniu do miasta, zostawiłem plecak w hostelu i pojechałem prosto na lotnisko odebrać Paulinę.

Gdy tylko zobaczyłem tę drobną dziewczynę, którą znam już niemal połowę swojego życia parsknąłem śmiechem. Blada, w grubym swetrze i z fioletową walizką na kółkach. Po naszym ostatnim wspólnym stopie na północy  Finlandii w środku zimy zarzekała się, że nigdy więcej nie będzie ze mną jeździć stopem i na pierwszy rzut oka wyglądało to tak, jakby naprawdę chciała dotrzymać słowa.

Patrząc na to jak Paulina przeciska się między innymi pasażerami ze swoją nieszczęsną fioletową walizką, nieco się zamyśliłem. Dopiero, gdy stanęła na środku sali przylotów i zaczęła się rozglądać z miną i w pozie mówiącej w dość jasny sposób: „Jak się zaraz nie pojawisz, to Ci jaja urwę” podszedłem i się przywitałem.

Z Pauliną znam się od gimnazjum. Ona wzorowa uczennica, z samymi szóstkami i wybierana od zawsze na gospodarza klasy. Ja wiecznie w ostatniej ławce, z problemami i przeciętnymi ocenami. Ona umysł ścisły – laureatka olimpiad wojewódzkich, klasa o profilu politechnicznym, studia na biotechnologii i chemii medycznej, aż w końcu grant naukowy, doktorat i badania na Uniwersytecie Gdańskim.  Jednym zdaniem – moje absolutne przeciwieństwo. No, ale jakoś tak się życie potoczyło, że całkiem znośnie się dogadujemy.

Paulina trafiła do hostelu po blisko 30 godzinach lotu, więc była padnięta. Wprawdzie nie miałem specjalnie ochoty siedzieć chociaż by jednej zbędnej godziny w stolicy Kostaryki, to jednak moja nowa towarzyszka podróży potrzebowała czasu, żeby poradzić sobie z tzw. Jetlag’iem.

Nie licząc wyjścia na miasto, po którym również Paulina doszła do wniosku, że jest to najbrzydsze miasto w jakim była, cały dzień spędziliśmy w hostelu. Wprawdzie było raczej brzydko i zimno, ale owinięci w śpiwory, z zimnym piwem w ręku, planowaliśmy co dalej. Właściwie ja planowałem, a Paulina czytała książkę i cieszyła się swoim urlopem.

Następnego dnia zerwaliśmy się z łóżek przed piątą rano, bo autobus na granicę z Nikaraguą odjeżdżał z San Jose o szóstej. Tak, autobus. Nie dlatego, że chciałem, ale dlatego, że obiecałem Paulinie, że po mojej ostatniej wpadce z namówieniem jej na podróżowanie autostopem przy minus dwudziestu pięciu stopniach mrozu, nie będę jej zmuszał do jazdy stopem. No i ta nieszczęsna fioletowa walizka.

Autobusy...

Autobusy…

Pierwszą godzinę spędziliśmy stojąc w kolejce po bilety. Kolejne sześć siedząc upchani jak sardynki, z kobietami przed nami, które rozwaliły siedzenia do tyłu, z śmierdzącymi pachami pochylonymi tuż nad naszymi głowami i słońcem, które paliło przez szyby. Dwieście pięćdziesiąt kilometrów przez siedem godzin. Byłem zirytowany, bo za tę przyjemność zapłaciliśmy jeszcze po dziesięć dolarów od osoby. Stopem byłoby nie dość, że szybciej, to jeszcze wygodniej, ciekawiej i bezpłatnie.

Granica między Kostaryką a Nikaraguą nieco różniła się od wszystkich, które w życiu widziałem. Po pierwsze najpierw trzeba było pójść zapłacić podatek od opuszczenia kraju (8$). Dopiero wtedy pobrać kartę migracyjną i wypełnić w kolejce do okienka, gdzie celnik wbijał pieczątkę do paszportu. Następnie kawałek na piechotę po żwirowanej drodze (z fioletową walizką na kółkach) i doszliśmy do pierwszego posterunku po stronie Nikaragui. Tam mierzenie temperatury i zaświadczenie, że nie jest się chorym. Następnie przechodzi się przez mały park, który jest kompletnie pozbawiony drogowskazów, a trzeba trafić do niebieskiego budynku, który pełni rolę urzędu celnego Nikaragui. Po jednej jego stronie znajduje się wejście do kraju, a po drugiej wyjście. Nijak oznaczone, więc chwilę trwało zanim się zorientowaliśmy gdzie co i jak. W drodze do okienek jest się nagabywanym przez dziesiątki mieszkańców Nikaragui, którzy wciskają Ci karty imigracyjne w zamian za „napiwek”. Najśmieszniejsze jest to, że są one za darmo dostępne u celników, ale Ci niespecjalnie kwapią się z ich wcześniejszym wydawaniem. Lądowy wjazd do Nikaragui kosztuje kolejne 12$ od osoby.W końcu po blisko dwugodzinnym przebijaniu się przez kolejki, nagabywaczy i papierkową robotę, jesteśmy w Nikaragui.

DSC_2279

Plan na najbliższe trzy dni był prosty. Dojechać nieopodal San Juan del Sur, gdzie mieliśmy zarezerwowany nocleg i zwiedzić okolicę. Z granicy od naszego hostelu dzieliło nas nie wiele więcej jak 70 kilometrów, ale patrząc na mapę widziałem, że trzeba wykonać trzy skręty. Doszedłem do wniosku, że autobus i autostop w samym funkcjonowaniu nie mogą się specjalnie od siebie różnić. Tuż za granicą podeszliśmy na parking, gdzie były zaparkowane najprawdziwsze na świecie czikenbusy! Kolorowe, z rysunkami, frędzelami, światełkami, ludźmi na dachach, a sam model autobusu przypominał te wszystkim dobrze znane żółte szkolne autobusy ze Stanów Zjednoczonych.  Przejazd do najbliższego miasta kosztował kilka centów, więc jak tylko mój plecak i fioletowa walizka Pauliny wylądowała na dachu busa, wsiedliśmy do środka i ruszyliśmy w kierunku Rivas, skąd miały kursować autobusy do San Juan del Sur.

Czikenbus - done

Czikenbus – done

Jednak w trasie coś mnie tknęło i stwierdziłem, że zamiast jechać bezpośrednio do miasta wysiądziemy na skrzyżowaniu dróg w kierunku Rivas i San Juan del Sur.

Wylądowaliśmy pośrodku niczego. Kilka budynków i niezbyt uczęszcza w sobotnie popołudnie droga z widokiem na największe w Nikaragui jezioro z wyspą Ometepe – naszym celem na jutro.

Po spławieniu jednego taksówkarza podeszliśmy do małej zatoczki autobusowej, gdzie planowaliśmy poczekać na autobus. Ledwo Paulina usiadła, a obok nas z piskiem opon zatrzymuje się auto. Zdziwiłem się nieco, ale odruchowo podszedłem do otwartego okna pasażera:

- Donde vas? – zapytał mnie uśmiechnięty, wąsaty mężczyzna siedzący na fotelu pasażera

- San Juan dal Sur – odpowiedziałem patrząc na obiecująco wyglądającą pakę pick-upa, na której siedziało dwóch młodych chłopaków i około trzynastoletnia dziewczynka.

- Ok, wskakujcie – odpowiedział.

Gdy odwracałem się w kierunku Pauliny, na twarzy miałem uśmiech od ucha do ucha. Złapać stopa nawet go nie łapiąc, to chyba jedna z fajniejszych rzeczy w tym sposobie podróżowania.

- Paulina! Jedziemy! Dawaj! – krzyknąłem i podbiegłem po swój plecak w czasie, gdy Paulina już turlała walizkę w kierunku auta. Patrząc jak wskakiwała na pakę, miałem cichą nadzieję, że ta forma podróżowania spodoba się jej dużo bardziej niż autobusy i jakoś się przełamie.

"Niech będzie, że fajnie"

„Niech będzie, że fajnie”

Po obiedzie w pierwszej lepszej knajpie nad oceanem, dostaliśmy się na plażę, gdzie mieliśmy spędzić kolejne kilka dni. Wprawdzie była oddalona od najbardziej turystycznej części wybrzeża o dobre dziesięć kilometrów, ale dzięki temu mieliśmy dla siebie niemalże całą plażę.

Playa Marsella była ukryta w małej zatoczce pomiędzy sporych rozmiarów klifami, pokryta w całości białym piaskiem i z palmami przykrywającymi okoliczne budynki. Jedynym  problemem okazała się być woda. Jakież było moje zdziwienie kiedy się okazało, że jest zimna. Wprawdzie może nie aż tak jak Bałtyk, ale w porównaniu do zupy, w której pływałem w Esterillos, to było paskudnie zimno.

Po wrzuceniu rzeczy do pokoju kupiliśmy sobie po piwku i siedzieliśmy na plaży rozmawiając, aż do momentu, w którym na niebie pojawiły się gwiazdy.

Słońce między palcami - klasyk

Słońce między palcami – klasyk

Kolejny dzień, to popis mojego nieprzygotowania. Chcieliśmy się dostać na wyspę Ometepe, ale zanim zjedliśmy śniadanie i dojechaliśmy do przystani, z której kursowały promy na wyspę, wybiła  10. Jak na złość akurat wypadała niedziela i promy kursowały dużo rzadziej. Kolejny w kierunku wyspy był dopiero po popołudniu.  Nie mając specjalnie planu, poszliśmy się smażyć na plaży, a następnie na obiad, który awansował do miana największego posiłku w moim życiu.

Znacie ten stan – jesteście głodni i myślicie, że zjedlibyście wszystko, byleby tylko było zaraz na stole? W takim stanie nie myśli się racjonalnie, więc postanowiliśmy zjeść obiad dwudaniowy. Na pierwsze zupa z krabów, a na drugie Paulina wzięła ośmiornicę, a ja krewetki z dodatkami. Po godzinie jedzenia dosłownie płakaliśmy. Było dobre, naprawdę, bardzo dobre, ale porcje dali takie, że nawet ja nie dałem rady.

Zapłacone i nie zjedzone

Zapłacone i nie zjedzone

Na koniec, żeby oczywiście spalić, to co żeśmy zjedli, postanowiliśmy się przejść do Rivas, skąd planowaliśmy już łapać stopa na naszą plażę. W sumie pięć kilometrów na piechotę w ostrym popołudniowym słońcu. O ile mnie to nie ruszało, to Paulinę, która chciała się jak najszybciej opalić i nie chciało jej się z rana wracać po krem z filtrem – pokarało. Kolejne dwa dni męczyła się bąblami na nosie.

Na Ometepe udało nam się dostać dopiero w poniedziałek. Zerwaliśmy się o szóstej rano, tak, żeby dojechać do przystani możliwie wcześnie i spędzić na wyspie cały dzień. Stopem oczywiście. Od pierwszej przejażdżki na pace Paulina tak jakby zaczęła się znowu przekonywać do łapania stopa. Ba, nawet taksówkę na stopa złapała co mi się chyba nigdy nie udało.

Droga dojazdowa do San Juan del Sur

Droga dojazdowa do San Juan del Sur

Dama łapie

Dama łapie

Wyspa Ometepe jest jedną z większych atrakcji turystycznych Nikaragui. Uformowana wokół dwóch wulkanów – Conception (1610m) i Maderas(1394m). Z atrakcjami w postaci naturalnych źródeł, które ponoć mają zdrowotną moc, plaż no i oczywiście wspinaczki na schowany w chmurach najwyższy wulkan.

Prom, którym płynęliśmy w kierunku wyspy najlepsze lata miał już dawno za sobą. Zdezelowany, przeciekający praktycznie na każdym kroku spełniał jednak swoją funkcję i płynęliśmy.

Wnętrze promu

Wnętrze promu

Wyspy praktycznie nie da się zwiedzić w jeden dzień i jak ktoś się już na niej pojawia, to warto, żeby spędził tu chociaż jedną noc. Niestety,nocleg na naszej plaży mieliśmy opłacony za trzy dni z góry, wiec zostanie na wyspie nie wchodziło w grę. A jednak wyspę trzeba było zobaczyć. Jak zrobić to w miarę szybko? Ano na skuterze. Wprawdzie wspomnienia ze skuterem i zostawianiem dokumentów miałem bardzo złe po ostatniej podróży, ale niespecjalnie mieliśmy wyjście.

Jakby na życzenie, zaraz po zejściu na ląd zostaliśmy zaczepieni przez młodą i bardzo dobrze mówiącą po angielsku dziewczynę, która zaproponowała nam wynajęcie jednośladów. Szybki wywiad, co i jak a trzydzieści minut później, w kaskach na głowach, jechaliśmy w kierunku pierwszych atrakcji.

Skuterem przez życie

Skuterem przez życie

W sumie na wyspie zwiedziliśmy dwie rzeczy. Pierwszą z nich była laguna, która nie wiedzieć czemu była rekomendowana przez wszystkich, a w rzeczywistości przypominała nic innego, jak bajoro w środku niezbyt egzotycznego lasu. Jedyną atrakcją okazały się być wyjce. Te największe w „Nowym Świecie” małpy, wydają tak donośne i niespotykane dźwięki, że w pierwszym momencie, gdy je usłyszeliśmy tuż nad głowami, narobiły nam niezłego stracha.

Widok na Maderas i foczkę

Widok na Maderas i foczkę

Drugie miejsce okazało się być schowanym pośród drzew olbrzymim basenem z wodą pełną minerałów. Wprawdzie spodziewaliśmy się tam dzikich tłumów i wrzasków, ale było nadzwyczaj cicho. Największy problem? Czas. Musieliśmy zapakować się z powrotem na prom o godzinie 16, żeby nie wracać na plaże po ciemku, więc po zaledwie trzydziestu minutach spędzonych na pluskaniu się w wodzie, zawróciliśmy w kierunku portu odległego o 30 kilometrów.

Ojo de aqua

Ojo de aqua

I znowu, czekając na prom Paulina jakimś cudem załatwiła nam transport do samego San Juan del Sur. Wystarczyło, że na chwilę odszedłem, a gdy wróciłem, rozmawiała już z parką amerykanów, którzy zaoferowali nam podwózkę na pace.

Prom powrotny

Prom powrotny

Do San Juan dojechaliśmy po ciemku, ale jakimś szczęśliwym trafem złapaliśmy kolejnego stopa z miłą parką anglików, którzy zostawili nas niecały kilometr przed hostelem.

Wtorek spędziliśmy nie ruszając się z plaży z dwóch powodów. Po pierwsze Paulina dostała słoneczny wycisk przez ostatnie dwa dni i dzień w cieniu był tym czego potrzebowała. Drugim powodem był Marcin, który miał dzisiaj do nas dojechać.

Amerykanie

Amerykanie

Ale o Marcinie i naszym wspólnym, niemalże miesięcznym i pełnym przygód podróżowaniu po Kostaryce i Panamie napiszę w kolejnym wpisie.

artystycznie

Artystycznie

urlopowe

Urlopowe

Wiem, że nie jest to porywający wpis. Żadnych przygód, które sprawiają, że ten blog jest inny niż reszta blogów podróżniczych, ale na szczęście jest to ostatni taki nudny wpis. Kolejne, które już gdzieś kryją się przygotowane, będą przygodami wypełnione. Dodatkowym, nazwijmy to gratisem, będą filmy autorstwa Marcina, które są delikatnie mówiąc dobre :)

I kończę już swoim klasykiem – „Autostopem dla hospicjum„! Mamy już ponad pięćdziesiąt dwa tysiące złotych! Czyli od ostatniego wpisu, który miał miejsce tydzień temu uzbieraliśmy dwa tysiące złotych :) To dużo. Naprawdę dużo, ale mamy przed sobą jeszcze długą drogę, aby dobrnąć do zaplanowanych siedem miesięcy temu stu tysięcy złotych, dlatego po raz kolejny, w imieniu dzieci i ich rodziców proszę o wsparcie. Modlitwą, drobnym gestem, wolontariatem, a jeśli masz taką możliwość, to również finansowym pod tym adresem – www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Komentarze (13)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.