2015 · Autostopem przez życie

Życie w sieci towarzyskiej

← Wszystkie wpisy

W Singapurze siedzę już ponad trzy miesiące. Pierwszy spędziłem uziemiony w domu kończąc książkę. Później nieco ponad tydzień szukałem upragnionej pracy. Właściwie to nawet nie pracy, a darmowych praktyk, bo z robotą dla obcokrajowców w Singapurze nie ma lekko. Jednak cieszyłem się nieziemsko. Nie dlatego, że będę codziennie dojeżdżał do kosmopolitycznego centrum w celu wyższym niż podziwianie wieżowców, ale że w końcu będzie okazja do spędzenia z ludźmi trochę więcej czasu. Byłem tak spragniony kontaktu z kimś poza Pauliną, że gdy pierwszego dnia przyszedłem do pracy, to zacząłem zagadywać każdego. Począwszy od sekretarki, u której jako praktykant niezwiązany umową musiałem zostawić telefon, przez chłopaka przy dystrybutorze z wodą, a na dziewczynie siedzącej w boksie pracowniczym obok mnie kończąc. Bezskutecznie. Sekretarka była skupiona na ekranie komputera i mnie niezrozumiała. Chłopak przy dystrybutorze pokiwał tylko głową i dalej przeciągał kciukiem po ekranie telefonu przeglądając Facebooka, a dziewczynę w boksie obok wystraszyłem w momencie, gdy  robiła sobie pierwszą poranną fotkę z rąsi.

Nieco mnie to wszystko speszyło, ale pomyślałem, że może zwyczajnie zagadałem do niewłaściwych osób. Zabrałem się za pracę i wyczekiwałem przerwy na lunch. Mój przełożony powiedział, że zabierze mnie z moim zespołem do pobliskiej stołówki, więc robiłem sobie niemałe nadzieje na nowe znajomości.

Kilka minut przed południem dostałem emaila od siedzącego niecałe pięć metrów dalej szefa, że punkt dwunasta spotykamy się przed windą.

Pojawiłem się punktualnie i zobaczyłem, że oprócz mnie przy windzie stoi jeszcze siedem osób. Wcześniej widziałem je, gdy siedziały w boksach obok mnie. Dziewczyna od selfe, chłopak od dystrybutora, dwie Malajki, dwie Hinduski  i mój singapurski przełożony – Cho. Wszyscy poniżej trzydziestki i wszyscy z telefonami w dłoniach.

Gdy podszedłem, Cho podniósł wzrok znad Whatsappa, kiwnął głową i powiedział do grupy – „To jest Pasha. Nasz nowy stażysta” . Jedna z Hindusek przelotnie na mnie spojrzała , a pozostali nawet nie zareagowali. Postanowiłem się przedstawić.

- Część mam na imię Pasha i jestem z Polski – a następnie w wyciągnąłem dłoń w kierunku chłopaka od dystrybutora. Zajęty jakąś grą, nawet nie zauważył mojego gestu. Zrobiło się niezręcznie, ale sytuację uratowała winda, która akurat w tym momencie podjechała na nasze piętro. Weszliśmy wszyscy razem i w stołówki szliśmy w ciszy. Każdy  zapatrzony w telefon, Każdy poza mną, bo nie widziałem sensu w braniu telefonu na obiad.

W stołówce każdy z nas zamówił sobie jedzenie i wspólnie usiedliśmy przy stoliku. Każdy z telefonem. Hinduski siedzące po mojej prawej zrobiły sobie wspólne zdjęcie. Malajki po mojej lewej fotografie jedzenia i zawzięcie wybierały filtry na Instagramie. Cho przeglądał wiadomości na Whatsapp’ie, a  chłopak spod dystrybutora ciągle grał w jakąś grę. Nie przerwał nawet, gdy dostał ciepłe noodle pod nos. Tylko ja siedziałem i próbowałem zagaić rozmowę. Ale po czterech próbach – „W co grasz?„, „Może Wam zrobić zdjęcie?„, „Która stołówka w okolicy jest najlepsza?” i „Jakie są fajne knajpy w centrum?” odpuściłem, bo odpowiedzi jakie uzyskiwałem, to w najlepszym wypadku kręcenie głową, albo „Nie wiem„.

Sytuacja powtarzała się codziennie.  Przychodziłem do biura i początkowo mówiłem wszystkim donośne „Siema„. Odpowiedzi brak. Tylko gdzieś z dalszych boksów jakieś zdziwione spojrzenia. Po tygodniu mówisz już tylko ciche „cześć” do osób siedzących obok Ciebie. I tak bez różnicy, bo i tak bez odpowiedzi.

Czemu o tym piszę? Ano dlatego, że znowu Singapur jest uważany za miasto przyszłości. O ile z podziwem patrzę na rozwiązania komunikacji miejskiej, poziom życia, architekturę, atrakcje miejskie, ofertę kulturalną, czy też ogólną atmosferę przyjaznego miejsca do życia, to każdy, kto pomieszka tutaj choć parę tygodni zauważy, że Singapurczycy mają problem. Problem z nawiązywaniem relacji społecznych i uzależnieniem od Internetu oraz telefonów. I nie wiem, czy się śmiać, czy bać, bo jeśli to jest kierunek, gdzie zmierza cały świat, to nie wiem, czy chcę w takim świecie funkcjonować.

Smartfony nie tylko zmieniają nasze zachowania, które jeszcze kilka lat temu uznalibyśmy za dziwne lub co najmniej niepokojące, ale przede wszystkim zmieniają ludzi. I strasznie szybko staje się to powszechnie akceptowalne. Obecnie jest już normą, że podczas firmowych spotkań, prezentacji czy szkoleń prawie każdy wysyła smsy, wiadomości, czy też przegląda Facebooka. Na spotkaniach rodzinnych właścicieli mojego pokoju to samo. Nie licząc krótkich wymian zdań, niemalże normą jest, że ze sobą nie rozmawiają. Włączają telewizor i siadają przed nim z telefonami. Niby są razem, ale tak naprawdę osobno.

Dlaczego jest to ważne? Bo pakujemy się w nie małe kłopoty, które w krajach azjatyckich są coraz to bardziej widoczne. Ludzie chcą być ze sobą, ale równocześnie gdzieś indziej, żeby nie powiedzieć wszędzie. Idą na wykłady,  czy spotkania, ale zwracają uwagę tylko na to co ich interesuje, jednocześnie poświęcając część uwagi na życie w sieci. Wiadomo, że według części naukowców, to dobrze, bo mamy szerszy punkt widzenia. Być może to i prawda. Internet oraz ogólnodostępne smartfony pozwoliły nam na dostęp do ogromu wiedzy. Jednak jeśli pominiemy gloryfikowany aspekt dostępu do treści z całego świata i pozostaniemy przy kontaktach społecznych, to na przykładzie Singapurczyków widzę tylko i wyłącznie negatywy. Zwłaszcza u młodego pokolenia. Ludzie dojrzali, wychowani na relacjach międzyludzkich „twarzą w twarz” wiedzą jak rozmawiać i że znają relacje. Te bogate, zagmatwane i wymagające. Ci wychowani na krótkich wiadomościach, emotikonach, filtrach do zdjęć, wszechobecnemu kultowi ludzi idealnych, mają z tym problemy.

Trzy powody dlaczego sieć jest lepsza od życia.

Na jednym z couchsurfingowych spotkań, zapytałem mieszkająca w Singapurze od urodzenia dziewczynę, jak to jest, że ludzie tutaj są tacy dziwni, cisi, niedostępni. W odpowiedzi usłyszałem, że Singapurczycy dużo bardziej wolą pisać, niż rozmawiać. Co nie jest wcale takie głupie. Wiadomości można dowolnie edytować, skracać, dodawać obrazki wyrażające uczucia. A Singapurczycy lubią mieć wszystko pod kontrolą.

Druga sprawa, to potrzeba bycia wysłuchanym. Zobaczcie ilu z nas rozpaczliwie czeka na lajki i komentarze pod zdjęciami i wpisami na Facebooku. Czemu?  Z prostego powodu. Dzielimy się na nim swoimi odczuciami, tym kim jesteśmy, kim chcielibyśmy być, lub co na dany temat sądzimy. Dzielimy się ogromem treści ze wszystkimi naszymi „znajomymi” wiedząc, że nasz głos nie idzie w pustą przestrzeń. Ktoś na pewno zobaczy i przeczyta. Łapka w górę daje nam poczucie, że zostaliśmy wysłuchani, a komentarz – radość z interakcji. No i ta kontrola. Ktoś doda niepochlebną opinię, to zwyczajnie możemy ją usunąć.

W obecnym świecie jesteśmy dosłownie bombardowani newsami, zdjęciami, tekstami, smsami. O tym jak ktoś się z kimś spotkał, pojechał gdzieś, jakie to ma wspaniałe życie, chłopaka, dziewczynę, jaki to jest piękny, bogaty, odnosi sukcesy. Wszyscy dzielą się wszystkim. Często swoim życiem w czasie rzeczywistym. Przeglądamy to wszystko i mimowolnie chłoniemy. Gdy tylko zrobimy coś naszym zdaniem fajnego, to dzielimy się tym z innymi, nakręcając tym samym to błędne koło w poszukiwań akceptacji i podziwu ze strony innych. Sam się na tym łapałem podróżując, czy też śledząc podróże innych. Czy my jeszcze podróżujemy, żyjemy dla siebie, czy właśnie mamy potrzebę podróżowania i życia dla innych? Czy robiąc kolejne rzeczy  - wyżej, dalej, dłużej, ekstremalnej, śmieszniej, głupiej – robię to dla siebie? Czy może tylko po to, żeby wybić się w zalewanej podobnymi rzeczami sieci. Jeśli to pierwsze, to po cholerę się tym wszystkim chwalę? Jakby było tego mało uważam, że większość ludzi jest zwyczajnie głupia. Więc śmieszą i imponują im rzeczy, które dla normalnego odbiorcy są po prostu poniżej jakiegokolwiek poziomu. No i to uczucie, gdy widzisz, że inni wydają się mieć ciekawsze życie niż Ty. Pełne słońca, uśmiechu, pieniędzy, znajomych i imprez. W czasie, gdy  Ty siedzisz w łóżku, z niezmienianą od miesiąca pościelą, zakuwając do kolejnego egzaminu, który ma mniej sensu, niż większość dyrektyw parlamentu europejskiego.

Trzecia sprawa to samotność. Jesteśmy wrażliwi, jesteśmy  samotni i boimy się intymności. Używamy technologii, by czuć połączenie, które możemy wygodnie kontrolować . Dzięki temu nie musimy okazywać swoich słabości, tego jak wyglądamy, gdy brak na nas filtrów, autokorekty słownikowej i klawisza backspace.

DSC_6914

Smartfony i social media zmieniają już nie tylko nasze życie, ale również to kim jesteśmy, bo oferują nam trzy rzeczy, o których marzy każdy z nas.

Po pierwsze dlatego, że możemy swobodnie wybierać na co chcemy zwracać uwagę. Po drugie, zawsze będziemy wysłuchani. Po trzecie, nigdy nie będziemy musieli być sami. Ta trzecia myśl jest istotna w zmianie naszej psychiki. W Singapurze nie zobaczycie ludzi osamotnionych chociażby najkrótszą chwilę. Przechodzą między kolejkami metra, ulicami, i stoją na przystankach z telefonami w dłoniach. Jeśli nie gra, to czat. Jeśli nie czat, to social. W komunikacji miejskiej dokładnie to samo. Nie licząc osób starszych, nikt nie siedzi samotnie, bez telefonu, czy też w rozmyślaniu patrząc się za okno kolejki lub autobusu. Samotność staje się problemem do rozwiązania, a ludzie szukają rozwiązania poprzez połączenie z pomocą technologii. Jednak w tym przypadku połączenie jest bardziej objawem niż lekiem. Wyraża główny problem, ale go nie rozwiązuje. Aż chciałoby się powiedzieć, że słynny cytat „Myślę, więc jestem” powoli zamienia się w „Udostępniam, więc jestem”. Poprzez technologię określamy siebie, dzieląc się myślami i odczuciami, nawet na bieżąco. Często w stu sześćdziesięciu znakach, za pomocą emotikonów lub wybranych „czuję się”. 

Znacie to uczucie, gdy nagle zepsuje się Wam telefon, zgubicie go lub nie macie dostępu do sieci? Nieprzyjemny dyskomfort. Tak jakby nie pasowało nam to, że nie możemy widzieć co dzieje się u innych lub też inni nie widzą co u nas. Przecież prawie niemożliwością jest robienie rzeczy cudownych i nie chwalenie się nimi w czasie rzeczywistym. „Nie udostępniam, więc mnie nie ma”. Jak bardzo powszechne w stwierdzeniu „Skoro nie ma go na fejsie, to pewnie nie istnieje”. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że im bardziej chcemy być połączeni z innymi tym głębiej wpadamy w te błędne koło. Teraz już nie wystarczy być połączonym tylko i wyłącznie za pomocą Facebooka. Twitter, Instagram, Pinterest, a ostatnio mania na Snapchata, dzięki któremu możemy na bieżąco relacjonować nasze życie.  Łączymy się coraz bardziej jednocześnie narażając się coraz większą izolację.

Wyobraźcie sobie, że w Singapurze idziemy ze znajomymi łowić krewetki, a później grillować. Rozmowy? Owszem, dotyczące zrzutki, rozdysponowania wędek, krzeseł i przynęty, ale żeby siedzieć obok siebie i rozmawiać w czasie łowienia? Mowy nie ma. Każdy z telefonem. Szczytem hipokryzji jest wspólne zdjęcie pod koniec połowu i udostępnienie go na wszystkich mediach z uwzględnieniem tablicy farmy gdzie łowiliśmy, podziękowaniem i oceną na portalu. Oczywistością jest oznaczenie wszystkich na zdjęciu i napisanie jak to było fantastycznie. To samo tyczy się każdej aktywności. Ten sam scenariusz. Wychodzisz na lunch, to obowiązkowe są przynajmniej dwa zdjęcia, oznaczenie znajomych, miejsca, lajki, tagi, komentarze. Na rozmowy brak czasu. I nagle okazuje się, że z tego całego wzajemnego łączenia się wychodzi obraz wystraszonych samotności ludzi. Takich, którzy pracują po dwanaście godzin dziennie izolując się od niemożliwych do zaplanowania iteracji w życiu po pracy.

A umiejętność przebywania sam na sam ze sobą jest cholernie ważna. Jeśli nie rozwiniemy u siebie zdolności do bycia samemu, umiejętności odcięcia się, skupienia, to kończymy w izolacji próbując się łączyć. W samotności odnajdujemy siebie samych, a znając siebie możemy łączyć się z innymi w prawdziwej rzeczywistości.

Nie umiejąc przebywać w samotności zwracamy się do innych poprzez technologię. By czuć, że żyjemy i że potrafimy wchodzić w powszechnie akceptowalne interakcje. Wtedy nie doceniamy tego, kim są inni ludzie. Używamy ich niemal jak części zamiennych do wspierania kruchego poczucie własnego „ja”. Nie ma znaczenia kto to jest – grunt, że jest.  Zaczynamy myśleć, że ciągle łącząc się z pomocą technologii będziemy czuć się mniej samotni. Jednak prawda jest całkiem inna. Jeśli nie umiemy być sami, będziemy bardziej samotni. Jeśli nie nauczymy dzieci, jak być samemu, jak rozmawiać, czym jest zabawa w samotności i użycie wyobraźni, to  będą znały tylko osamotnienie. 

I tak, na setkach placów zabaw w Singapurze, spotykają się matki z dziećmi. Te pierwsze siedzą z telefonami, a drugie zamiast bawić się na fantastycznych trampolinach, grają na tabletach.  W metrze, jeśli dziecko nie ma w ręce smartfona, to zaczyna się krzyk i płacz, więc matka daje mu dla świętego spokoju. I to jest tu powszechnie akceptowalne.

Obecnie w Singapurze ponad 88% mieszkańców posiada smartfona najnowszej generacji z dostępem do sieci 3G . Wśród osób do 30 roku życia ten współczynnik wynosi 97%. 91% uważa je za źródło szczęścia, ale również blisko 80% za źródło stresu. No i najważniejsze – ponad 40% użytkowników smartfonów korzysta z telefonu ponad sześć godzin dziennie. Nie mówiąc o 47%, które budząc się w nocy sprawdzają sieć. I mowa tu o wszystkich grupach wiekowych w tym również tych powyżej 70 roku życia. Zakładam, że gdyby ktoś zrobił badania tylko i wyłącznie na grupie ludzi do trzydziestego roku życia, to mógłby się przerazić.

W Polsce na szczęście nie jest jeszcze aż tak źle. Być może dlatego, że w przeciwieństwie do Azjatów nie uzależniamy się tak łatwo, a być może tylko i wyłącznie dlatego, że wciąż poziom życia społeczeństwa odstaje od singapurskiego. Nie mniej jednak, śledząc trendy w Internecie widzę, że dla najmłodszego pokolenia idolami są nie sportowcy, muzycy, czy też postacie z książek lub filmów, ale Youtube’rzy – młodzi chłopacy publikujący w sieci nagrania tego jak grają i testują różne gry. Gdy byłem młodszy miałem dwugodzinny limit na używanie komputera. Mój brat i siostra to samo. Pozostały czas zagospodarowywaliśmy sobie sami. Chodziliśmy na dodatkowe zajęcia, biegaliśmy grać w piłkę na długie godziny i z kumplami rozmawialiśmy, a nie wysyłaliśmy sobie „snapy„, czy nie wrzucaliśmy zdjęć na Insta, czekając na serduszka. Obecnie coraz więcej polskich dzieci ma telefon z dostępem do internetu praktycznie bez przerwy.  Pozostaje pytanie – w jakim kierunku to wszystko pójdzie? Mam szczerą nadzieję, że nie w tym samym, co w Singapurze.

Jeśli tekst się podobał, to będę wdzięczny za wsparcie hospicjum im. ks. Dutkiewicza w Gdańsku. Na chwilę obecną udało się zebrać już ponad 66 tysięcy złotych, ale wciąż brakuje sporo brakuje do zakłądanych 100 tysięcy :) Wystarczy wejść w ten link i dowiedzieć się jak można pomóc dzieciakom będącym pod opieką - https://www.siepomaga.pl/r/autostopemdlahospicjum

Komentarze (39)

Komentarze przeniesione z archiwum bloga.