Dzien 9
Wstałem o 7.00, bo robiło się już zbyt gorąco, żeby wytrzymać w namiocie. Spakowałem toboły, a w między czasie obudził się Juri i oznajmił mi, że koniecznie muszę zjeść z nimi śniadanie.Okazało się, że na śniadanie były ziemniaki ze śmietaną i koperkiem. Pyszne, ale straciłem dwie godziny. Doipiero 9.30 w końcu się ogarnąłem, pożegnałem i ruszyłem na trasę.
Ledwo podniosłem tabliczkę z napisem Odessa, a już zatrzymało się auto ze starszym małżeństwem jadącym do centrum.Mili Państwo uprzejmie wypytujące mnie o doświadczenia związene z Ukrainą, a ja równie uprzejmie odpowiadałem, że Ukraina to krasna kraina. Po drodze zatrzymaliśmy się na straganie, których przy drogach jest po prostu multum i nabyliśmy moją nową miłość – dynie.
Do miasta dotarłem o 11 i dziarsko zabrałem się za zwiedzanie, tak aby uniknąć największego skwaru, który między 12 a 14 jest po prostu nie do wytrzymania.

Niestety, szybko jednak okazało się, że nie specjalnie jest co zwiedzać. Jedynym punktem wartym uwagi okazały się schodzy znane z filmu „Pancernik Potomin“, po których schodzili oddziały carskie i strzelały do ludzi zgromadzonych u ich podnóża. Według przewodnika ciekawe są również katakumby niedaleko miasta, w których ukrywali się wszyscy począwszy od przemytników do powstańców w czasach wojny, ale niestety były zbyt daleko żebym mógł je zobaczyć.

Największy skwar przeczekałem w miejscu, gdzie spotykają się wszyscy podróżnicy, spragnieni dostępu do Internetu – MacDonaldzie. Po upewnieniu się, że mam gdzie podładować telefon i nikt na mnie nie patrzy, wyciągnąłem dynię. Trochę dziwnie smakowała w miejscu gdzie pachniało Big Macikiem i frytkami, ale głód i pragnienie zaspokojone kosztem 5zl.

Po sprawdzeniu w telefonie Google Maps miałem niewesołą minę. Przede mną 18km marszu do wylotówki z miasta, a temperatura na zewnątrz bliska 40 stopniom.Teoretycznie mógłbym pokonać ten dystans komunikacją miejską, tylko jak skoro na żadnym przystanku nie ma ani rozkładu, ani lini?
Ruszyłem więc pytając każdego po drodze, czy wie jaka marszrutka jedzie na wylotówkę. Oczywiście nikt nie wiedział.
No i tak idę, idę mijam stacje. Idę, Idę mijam parki, Idę, idę mijam place, Idę, idę, mijam osły. Tak! Ni mniej ni więcej w środku miasta stały dwa osły i spokojnie pasły się na chodniku.Zaprawdę Ukraina to krasna kraina.
W końcu po blisko 4h marszu, w popołudniowym słońcu, dotarłem do wylotówki.
Oprócz paskudneo zmęczenia irytowała mnie jedna rzecz, Marszrutka nr. 130. Numer ten towarzyszył mi od praktycznie połowy trasy, ale oczywiście nikt nie wiedział dokąd ona jedzie.Nosz aż mi się zebrało na siarczyste KURDE.

Podreptałem jeszcze chwilę i zapytałem pierwszy samochód stojący na poboczu, czy jedzie może do Chersonia. Okazało się, że jechał.
Eksplozja radosci!
Po czym okazało się, że cche kasy i „taxi,taxi“.
Rów mariański i dwa metry mułu rezygnacji i rozczarowania.
Idę dalej i słyszę klakson. Patrzę i ten sam kierowca macha żebym wracał. Weźmie mnie za darmo!
Eksplozja radosci x2!!!
Musiałem wyglądać naprawdę żałośnie, bo Igor powiedział, że zostawi mnie aż na prostej drodze na Kym.
- Po 3h jazdy jestem. Dobre miejsce, ale myślę tylko o śnie. Wypakowałem się z auta i poczłapałem w poszukiwaniu noclegu. Jedynym dobrym miejscem okazało się zaorane pole w dość odsłoniętym miejscu, gdzie wiało dość mocno.
- Czułem się dosłownie jak kupa. Odciski na całych stopach, pięty zdarte, głowa boląca od słońca i ciało śmierdzące jak stare skarpety wpakowane do mikrofalówki.
- To był jeden z tych dni kiedy chce się wszystko rzucić i wrócić do domu.
Dzien 10
Znowu pobudka o świcie, bo za gorąco na sen. Dalej czuję się paskudnie, dlatego stopa zaczynam łapać dosłownie 20m od miejsca gdzie spałem.Postanowienie na dzisiaj – dotrzeć nad morze i odpocząć.
Mam szczęście, bo po 10 min zatrzymuje się auto jadące na Krym.Kierowca non stop rozmawiał przez telefon i palił fajki przy zamkniętym oknie. Miałem już tak dość, że me wszystko po mnie spływało. Pęcherze spuchły i do tego rozcięcie, którego się dorobiłem na kajakach zaczęło się paskudzić od brudu. Bajka. Byle nad morze!
Telefonowy ziomek wysadził mnie na trasie „prostej“ trasie do Tarhankut, gdzie planowałem spędzić najbliższe dni, ale okazało się, że przez godzinę nikt się nie zatrzymał, więc o 13 zdecydowałem się iść na busa. I wtedy jest! Kierunkowskaz i auto zwalnia. Z klimatyzajca!
Okazało się, że jadą do Eupatorii,W ogóle mi to nie po drodze, ale jadę z nimi dla tych kilku pięknych chwil w chłodzie.
W przewodniku wyczytałem, że w Eupatoria są piękne piaszczyste plaże.Możliwe, że tak jest, ale ciężko było zauważyć cokolwiek pomiędzy tysiącami osób leżącymi, stopa w stopę, bark w bark.Królestwo za cichą plażę z piaszczystym dnem.
- Kupiłem dokładną mapę Krymu i zobaczyłem, że droga do Tarhankut wcale nie jest taka prosta, jak myślałem. Kilka różnych wariantów, ale wszystkie przez malutkie wioski, więc prawdopodobnie mało będzie osób jadących bezpośrednio na klify.Stwierdziłem, że chrzanić to i znalazłem dworzec, a na nim bus w okolice Tarhanku
Wilgotność w autobusie 99%, temperatura w okolicach 50, a zapach taki jakby każdy od tygodnia się nie mył.Dodtatkowo nie wiem czemu, ale całą drogę towarzyszył mi zapach gotowanych kartofli.
Gdy wysiadłem z “autobusu” (bo równie dobrze mógł służyć za komorę gazową) pod skrzydłem miałem Niagarę w wersji mini.Na pocieszenie jeszcze informacja, że do plaży 3km.Co to dla mnie?Kupiłem arbuza na kolację i w drogę.
Mniej więcej po 200m miałem w głowie jedną myśl – “błagam niech mnie ktoś zastrzeli, bo mam dość”.No ale jakoś się dowlokłem.
Jak tylko zobaczyłem morze i kawałek miejsca, gdzie mogę rozbić namiot, miałem wrażenie jakbym bym w filmie.Czemu?
Ano kojarzycie scenki pod koniec filmów kiedy wyczerpany wojaczką mężczyzna wraca po wielu latach do domui i widzi w progu swoją ukochaną?Robi rozmarzoną i niedowierzającą szczęściu minę, plecak powoli zsuwa się mu z ramion i rusza, i przyspiesza, aby w końcu wpaść jej w ramiona. Całość dopełnia piosenka Celine Dione w tle albo motyw muzyczny z “Glagiatora”.
Mniej więcej tak wyglądałem wbiegając jak wariat w cichach do morza, chociaż mój wzrok był pewnie bliższy opętanemu niż rozmarzonemu. 15 min później usiadłem na plaży i wziąłem się za konsumpcję arbuza.
Gdy podniecenie opadło zacząłem się rozglądać dookoła.Typowo ruski dziki camping.Mnóstwo zdezelowanych aut z muzyką na full regulator, grill i wszyscy w samych gaciach.Nagle usłyszałem Polaków. Patrzę i nie wierzę! Ci sami autostopowicze, których spotkałem 3 dni temu pod Kijowem, czyli jakieś 700km stąd!Pomogłem im rozbić namiot i wziąłem się za rozpakowywanie swojego.I wtedy usłyszałem krzyk rozdzierający duszę.
Patrzę, a tam białogłowa na ziemi, a nad nią starszy człowiek dzierżący w dłoni nóż.Szybka ocena sytuacji i sięgam po apteczkę, bo wiem, że bez tego się nie obejdzie, i biegnę na ratunek. Z pewną miną oferuję pomoc przy wyciągnięciu 2cm drzazgi z nogi 6letniej Angeliki.Szarmancki uśmiech na twarzy i pytanie „Kak Ciebie zawut?“, a następnie dwa ruchy sterylną igłą i zarówna drzazga jak i dozgonna wdzięczność białogłowej były moje.
Resztę wieczoru spędziłem rozmawiając z Darkiem i Paulą i naszych autostopowych doświadczeniach i o 22 położyłem się na karimacie podziwiając gwiazdy przy techno remixie piosenki „Ai Se Eu Te Pego“, donoszącej się z remizy odległej o kilka kilometrów.
Dzien 11
Miałbyc dzień lenia i nie wyszło.
O 7.00 znowu skwar nie do wytrzymania, więc wygramoliłem się z namiotu i leżę. Po 20 min leżenie zaczęło być nudne.Ruszyłem się do wsi w poszukiwaniu pożywienia.
- W podróży ważna jest zróżnicowana dieta, więc zafundowałem sobie kefirek i czekoladę. Jak szaleć to szaleć.
- Po powrocie na camping pożegnałem się z Paulą i Darkiem i z zapałem wziąłem się za leniuchowanie. 20 min na brzuchu, 20 min na plecach i brak koncepcji co dalej.Postanowiłem się ruszyć w poszukiwaniu urwisk, z których słynie Tarhankut.

O! i zapomniałem wspomnieć, że nie spakowałem spodenek do pływania, więc po prostu, bez stresowo poszedłem w samych slipkach. Sami swoi, więc czułem się jak w domu.
Po 30 min dotarłem do klifów. Piękne! Pierwsza myśl – “Musisz skoczyć”

Przechadzając się zostałem zaczepiony przez młodą parkę prośbą o zrobienie zdjęcia. Mam gest, więc zrobiłem im nawet trzy. Po chwili patrzę, że auto obok nich jest na mołdawskich numerach. Pytam więc „Do you speak english?“ odpowiedź „Yes, we do“. Nie jakieś “so, so” czy “little a bit” tylko “Yes, we do” – zwariowałem
- Pogadaliśmy 10 min i zapytałem czy mogę z nimi pojeździć wzdłuż urwisk. Zgodzili się, więc pobiegłem wszystko spakować i po 50 mi miałem plecak w ich aucie.
Oleg i Elena, bo tak się nazywali, byli parką z Mołdawi tuż po ślubie na swoim miodowymi miesiącu.Zwiedziłem z nimi całe wybrzeże i skoczyłem z klifu.

Kochana rodzinko(bo pewnie Wy się najbardziej przejmiecie)! Czasami staram się zachować pozory odpowiedzialności , więc zanim skoczyłem to podpłynąłem zobaczyć czy jest wystarczająco głęboko i czy nie ma żadnych skal. Nie było, a przede mną też skakali, więc stwierdziłem, że raz się żyje i poleciałem 30m w dół. Żyję, jestem cały nic nie złamałem, a wspomnienia pozostaną.
Po kilku godzinach pływania i zwiedzania wybrzeża Elena i Oleg zaprosili mnie do siebie, gdzie zjedliśmy dynie i arbuza, a następnie przez 2h opowiadali mi o Mołdawi, o swoim ślubie i o życiu generalnie.

Już wtedy zacząłem czuć, że słońce zrobiło swoje i zaczynają mnie piec ramiona. No cóż, bywa. Trzeba przecierpieć
- Wieczorem poszliśmy na plażę, gdzie zaproponowali mi, że jak chcę to mogę z nimi pojutrze pojechać do Jalty. W sumie czemu nie?

Po pożegnaniu się z nimi rozbiłem namiot i zasypiałem w rytmie "Ai Se Eu Te Pego dum dum Ai Se Eu Te Pego". Nowe miejsce noclegowe okazało się w bezpośrednim sąsiedztwie remizy, którą słyszałem wczoraj.
To była długa noc.
Dzien 11
- Plan na dzisiaj był prosty. Ubrać ciuchy, wskoczyć do morza i leżeć w cieniu. Następnie czynność zapętlić i powtarzać do wieczora. Wychodziło mi to całkiem sprawnie aż do 13, kiedy przyszedł Oleg z pytaniem czy chcę iść z nimi do stołówki i poszukać WiFi. Postanowiłem zostawić namiot i poprosiłem plażowiczów obok, żeby mieli na niego oko.
Z obiadu wróciliśmy o 16.
Wchodzę na plażę, patrzę i w pierwszym momencie nie widzę namiotu. Podszedłem i jest. Żołądek wrócił na swoje miejsce.Namiot był przygnieciony sporym głazem z karteczką “Poleciał do morza. Udanych wakacji”.
Co się okazało? Po prostu wiało mocno, a że miałem zamontowany sam topik, to powyrywało, śledzie z pisaku i namiot pofrunął. Poczciwi ludzie z tych rosjan.
Schowałem się w cieniu i uciąłem sobie drzemkę, która trwała aż do 19 kiedy to obudziła mnie Elena z pytaniem czy idę z nimi popływać, bo kupili materac i okulary do pływania.
Resztę wieczoru spędziliśmy w wodzie i porobiłem im kilka fotek dla potomnych.
Dzisiaj dla odmiany kładłem się spać w rytmie rosyjskiej wersji Króla Juliana i jego madagaskarskiego hitu "I like to move it, move it"
Dzien 12
- Z Olgiem i Eleną umówiłem się, że ruszymy w trasę o 8 rano.Nawet nam to wyszło i o 8.15 byliśmy już w trasie.
Generalnie przed poznaniem mnie, chcieli jechać do Europatorii i Simferopolu, ale wybiłem im ten pomysł z głowy, bo według przewodnika, nie ma tam nic ciekawego i po prostu szkoda czasu.
W ogóle na Krymie mało ciekawych rzeczy, a fascynacja nim spowodowana jest raczej ładną pogodą przez większość roku, niż atrakcjami turystycznymi.Sam półwysep to w większości pustynia. Nie licząc górzystego i zalesionego południa, to nie znajdziecie tutaj nic poza stepami spalonej słońcem trawy.

Kierunek Bakczysyraj. Dość ciężko było ich przekonać do wyprawy tam, bo mama powiedziała Elenie, że Tatarzy Krymscy ją zgwałcą i okradną (niekoniecznie w tej kolejności) , a ta bezgranicznie wierzyła w jej osady.No ale jakoś się udało mi ją przekonać, że warto.
Bakczysyraj jest jednym z tych miejsc, które koniecznie trzeba odwiedzić będąc na Krymie. Jest to urokliwe miasteczko istotne dla trzech religi - islamu, prawosławia i judaizmu. Jest on również duchową stolicą tatarów krymskich, którzy wracają tam po latach spędzonych na wygnaniu w Uzbekistanie, gdzie wysłał ich Stalin.
- Pierwszym punktem zwiedzania, był dobrze zachowany Pałac Chanów opisywać go nie będę, bo każdy może znaleźć jego fotki w internecie, ale rozbawiła mnie informacja w moim przewodniku, którą skomentowała mała dziewczynka z polskiej wycieczki, z którą rozmawiałem.

A mianowicie: okazuje się, że pałac miał również polski epizot w swojej historii.Któregoś razu do haremu chana trafiła polka Maria Potocka, w której władca zakochał się bez pamięci. Jednak haremy miały to do siebie, że ich lokatorki nie mogłby ich opuszczać, dlatego „piękna Maria zmarła z tęsknoty i żalu za ojczyzną“ – tak opisał to mój przewodnik, a jak to skomentowała rezolutna dziewczynka? „Moim zdaniem to ona tu z nudów zmarła, bo przecież ile można leżeć, pachnieć i być na każde zawołanie czana?“
Spod pałacu dostaliśmy się do monastyru Uspienskiego, który jest po prostu klasztorem wydrążonym w skale, ale robi wrażenie.

Z monastyru do twierdzy żydowskiej Czufut-kale musieliśmy iść ponad 30 min. Kiedyś musiała być ona nie do zdobycia, bo nie dość, że znajdowała się na szczyscie płaskowyżu, to jeszcze pod nią mieściła się rozbudowana sieć jaskiń i tuneli prowadzących do okolicznych lasów.

- Po kilku godzinach zwiedzania, słońce dawało się już nam ostro we znaki, więc wróciliśmy do miasta w poszukiwaniu miejsca na obiad. Wpadła nam w oko tatarska restauracja, gdzie pierwszy raz spróbowałem krymskich win. I zwariowałem! Prze-pysz-ne!
Nie żebym był znawcą, ale wina, które z nam z polski, to te które piją moi rodzice i za którymi specjalnie nie przepadam. Drugi rodzaj win, to te, ktre znam z imprez, ale one nie mają smakować tylko działać.

- Opiszę jedno, które zasmakowało mi najbardziej – Bastardo. Jest to wino czerwone, jaki bukiet, to nie wiem, ale dla mnie pachniało roztopiaona mleczną czekoladą, a smakowało jak wiśnie w niej zatopione. No i miało 20% alkoholu, czyli coś na pograniczu wina i likieru. Magia!
Na obiad zjadłem chleb tatarski z mięsem zapiekanym w środku. Całkiem niezły.
O 15 ruszyliśmy dalej. Jako, że Elena i Oleg po wizycie w Bakczysyraju zaufali mojemu osadowi podróżnika, zgodzili się pojechać do Jalty trasą dłuższą, ale bardziej atrakcyjną.

Droga okazała się długa i męcząca z powodu powalającej ilości zakrętów, ale widoki były nieziemskie. Trasę zwienczała Aj Petri, czyli jedna z największych atrakcji na Krymie. Mieliśmy szczęście i podziwialiśmy tą skałę w świetle zachodzącego słońca.

Dzień byłby idealny gdyby zakończył się znalezieniem taniego noclegu, co w tym nadmorskim kurorcie graniczy z cudem.Cudu nie było.Wszędzie noclegi od 200 dol. w górę.Młoda para była zmęczona i specjalnie nie wiedziała co robić, więc po skojrzeniu na ich GPSa przejąłem inicjatywę i powiedziałem, że śpimy dzisiaj na dziko.
Miejsce, które wybrałem okazało się dobre z punktu widzenia, jednonocnego postoju. Zaproponowałem nawet żeby Oleg i Elena spali u mnie w namiocie, a ja się kimnę w aucie, ale jak sami przyznali boją się i pewniej będą się czuli zamknięci w aucie.
Dzień zwieczyliśmy kolacją składającą się z pomidorów i arbuza przy aucie w środku miasta.
Dzien 13
Obudzili mnie już o 5 rano, bo ludzie zaczęli chodzić chodnikiem, więc ruszyliśmy w poszukiwaniu plaży.

- O 6.00 kąpiel w morzu i dynia na śniadanie, a następnie kierunek Sudak. Zajęło nam to roche czasu, bo zatrzymywali się w każdej miejscowości pytając o ceny noclegów, żeby mniec rozeznanie co ile kosztuje. I tak za kwaterę na jedną noc na południu Krymu zapłacicie około 140zl za dwie osoby.

W końcu o 13 dotarliśmy do miasta, gdzie się z nimi pożegnałem i wsiadłem do busa jadącego prostu do Kreczu, bo było zbyt goroco i zbyt daleko od głównej trasy na łapanie stopa.
Gdy dotarłem do Kerczu znalazłem WiFi i okazało się, że napisał do mnie Igor, który zaoferował pomoc i nocleg.Po telefonicznej rozmowie z nim, ustaliłem, że jest u rodziców za miastem i mogę do nich dołączyć. Wsiadłem, więc w marszrutkę jazda.
Dom rodziców okazał się być staromodną willą, zbudowaną 10m od morza i otoczoną ogrodami i winnicą. Jak z bajki!Igor spędzał tam weekend z dziećmi swojego brata i rodzicami.

Pokazali mi mój pokój, powiedzieli, żebym czuł się jak w domu, a jak będę gotowy, to żebym dołączył do nich na plaży.
Całą godzinę spędziłem w wodzie z Aluszta i Wiktorem bawiąc się w “Majeka” czyli rosyjską odmianę “berka”.Jak wróciliśmy, to mama Igora zrobiła wybitnie tłustą kolację, podczas której zostałem poczęstowany rosjską wódką. Tak dla smaku. Oczywiście wzniąsłem 2 minutowy toast za zdrowie i pomyślność gospodarzy.

Po kolacji pograliśmy jeszcze trochę w karty, porozmawialiśmy i spać.

Dzien 14
Nikomu nie życzę tego co mnie spotkało nad ranem.Po kolacji, na którą zjadłem boczek, topiony ser i wódkę, mój układ pokarmowy przeszedł swoiste katharsis. Po tej ciężkiej przeprawie ledwo żyłem i było mi mega gorąco. Po cichu wziąłem ręcznik z pokoju i wyszedłem na plażę popływać przy wschodzie słońca.

Po powrocie, odświeżony zaległem jeszcze na poranną drzemkę i wstałem dopiero o 10, jak mnie maluchy zawołały na śniadanie.
Po śniadaniu przekonali mnie, żebym został z nimi jeszcze jednen dzień, więc poszliśmy na plażę. Dzięki Bogu nie graliśmyh już w "Majek" (przy całym szacunku dla dzieci, ta gra nie dość, że jest wykańczająca, to jeszcze bezcelowa) tylko bawiliśmy się w powstrzymywanie fali. które polegało na machaniu czym się da w celu zatrzymania nadchodzącej fali (tak, o wiele sensowniejsza zabawa). Było o tyle śmiesznie, że fale były naprawdę potężne i co druga praktycznie mnie zakrywała, a maluchy przewracała co chwilę.
Wróciliśmy dopiero na obiad po którym zacząłem się pakować w towarzystwie dzieciaków. I się zaczęło. Pasza zostań, Pasza podaruj mi markera, zdjęcie, plecak, pasek, wszsystko! I wtedy Aluszta rozczuliła mnie maksymalnie, bo powiedziała - "Pasza, podaruj mi siebie!". Normalnie wymiękłem, ale dzielnie stawiłem czoła sytuacji i jak zwykle niezawodne okazało się, stare, dobre, ruskie - "Niet".No ale ksero swojego zdjęcia jej zostawiłem.

Następnie jakimś cudem spakowaliśmy się w 7 osób do Lady i ruszyliśmy do domu Igora.

Tam wyprałem rzeczy i poszliśmy nad morze, gdzie odbywał się coroczny festiwal muzyki metalowej. Uroczo. Wieczorem mój host pokazał mi miasto nocą i powiem szczerze - byłem w szoku. Myślałem, że Kercz to mała pipidowa, a tu się okazało, że to wielkie miasto z wielką historią.

Dzien 15
Na śniadanie Igor zrobił rozwodnioną owsiankę. I chwała mu za to, bo wciąż podejrzliwie patrzyłem na jedzenie. Wpakowany, czysty, przeprany. pożegnałem się z moim wybawicielem z Kerczu i poszedłem do kawiarenki internetowej uaktualnić bloga i zaległości na facebooku, a następnie ruszyłem w stronę dworca w poszukiwaniu marszrutki nr. 1, która miała mnie dowieźć do portu.
Na peronie dosłownie hołota. Ledwo pojechał busik, a wszyscy jak szaleni się rzucili. W środku kierowca na prawo i lewo rzucał wyzwiskami i dwie osoby dosłownie wypchnął na zewnątrz. Niezły początek.
Po dojeździe do portu załmałem się. Koniec festiwalu = tłumy ludzi. No i jeszcze pełne słońce, bo 3 godziny straciłem przy kompie.

Udało się. Po 3h taktycznego przesuwania się w kolejce, dobrnąłem do pogranicznika, który przybił pieczątkę. Idę na prom. I teraz uwaga! Igor ostrzegł mnie, żebym jak tylko wejdę na prom poszedł na sam jego początek, a jak dobijemy do brzegu, to żebym biegł jak najszybciej, to nie będę stał w kolejce na granicy rosyjskiej. Na początku myślałem, że przesadza. Nie przesadzał. Ledwo rampa dotknęła lądu, a ludzie jak dzikie świnie, zaczęli biec. Biegłem i ja. Jak taran i granicę rosyjską przekroczyłem po 15 min.

Po przejściu granicy okazało się, że popełniłem błąd przekraczając ją tutaj. Ruch samochodowy był żaden. Dosłownie. Prom kursował co godzinę i jednorazowo zabierał 15 aut.
Stwierdziłem, że szkoda czasu i kupiłem bilet autobusowy do Taupse. Mimo, że autobus był rosyjski, to standardem nie różnił się od tych ukraińskich. Gorąco i śmierdząco, czyli to co podróżnicy lubią najbardziej. Jedym plusem była dziewczyna, którą poznałem - Ania. Jedna z nieliczynych osób, z którą miałem okazję rozmawiać po angielsku. Okazało się, że też korzysta z couchsurfingu i dużo podróżuje, więc jazda autobusem minęła dość szybko.
Do Taupse dotarłem o 3.00 w nocy. Perfekcyjnie. Trafiłem do miasta, którego nie znałem, w środku nocy, bez mapy i bez znajomości. Jak znalazłem WiFi, to się okazało, że również Google nie zna tego miasta i nie ma żadnych dostępnych map. Bajka. Czas na spontan. Podszedłem do młodych rosjan, wyjaśniłem im sytuację w nadzieji, że mi pomogą. Mieli jeden warunek. Pomogą, jak napiję się z nimi ruskiej wódki. Nie pozostało mi więc nic innego jak ulec ich żądaniom i tym samym dobiliśmy targu. Napiliśmy się, pogadaliśmy i poszliśmy na trasę w kierunku Armawiru.
Chłopaki byli tak uczynni, że pomagali mi łapać stopa w dość osobliwy sposób. Jeden stawał na środku drogi, a gdy auta zwalniały drugi podchodził i się pytał gdzie jadą. W środku nocy podkreślam.

No ale się udało i po godzinie złapali mi stopa na trasę w kierunku Elbrusa. Padałem z nóg, ale musiałem kontrolować trasę. Moi kierowcy okazali się tak mili, że widząc moje zmęczenie, dali mi kanapkę i powiedzieli, że zaraz się przesiadą i będę mógł się położyć, a obudzą mnie dokładnie w miejscu gdzie ustaliliśmy.
Powinienem być nieufny i w ogóle, ale wylgadali porządnie, a ja byłem zmęczony, więc upewniłem się, że wszystko wartościowe mam przy sobie i zapadłem w drzemkem budząc się co jakiś czas i sprawdzając mapę.

Dzien 16
Wysadzili mnie dokładnie tam, gdzie chciałem i wmiarę wypoczęty wziąłem się za łapanie stopa.
Udało się już po 5 min. Moim kierowcą okazał się być Ibrahim - weteran z Afganistanu z paskudnie poparzonym jednym proflem twarzy. Z tego co mi opowiadał, to przez 2 lata był w Afganistanie w armi radzieckiej i latał na śmigłowcach, aż w końcu go zestrzelili. Aż przykro się go słuchało jak państwo się na niego wypięło i mimo swojej niepełnosprawności renta, którą dostaje jest aż śmieszna.Nagrałem z nim mistrzowski wywiad do projektu

Wszystko było by super, gdyby nie fakt, że pod koniec trasy oświadczył, żebym mu zapłacił za benzynę. Grzecznie odmówiłem, ale on dalej dość nachalnie nalegał. W końcu nic nie dałem, ale niesmak pozostał.
Ibrahim zostawił mnie na trasie prowadzącej już prosto na Elbrus.
Wysiadam z auta, rozglądam się i widzę dużą grupę ludzi. Postanowiłem podejść i zobaczyć co się dzieje. Jak tylko zacząłem się zbliżać, z prawej i lewej strony padały propozycje wypicia wódki. Okazało się, że trafiłem na wesele.
Twardo szedłem w kierunku panny młodej, ale po drodze trafiłem na 6 karnych kolejek. W końcu się udało. Jest fotka i jest wywiad.

Chciałem się grzecznie wycofać, ale mi nie dali. Gość w dom, Bóg w dom. Zaczęło się jedzenie i wspólne tańce. Zakrapiane oczywiście. Powiedzieli, że koniecznie muszę z nimi jechać, bo niespodziewany gość przynosi młodym szczęście. No to jadę z weselnikami.

Po drodze stwiedziłem, że weselnicy mają już za dobrze. Jeden puszał pawia przez okno, podczas gdy drugi wypadł przez niedomknięte drzwi. Powiedziałem, że muszę koniecznie dotrzeć dzisiaj do Elbrusa. Po ciężkich negocjacjach przyznali mi rację, ale powiedzieli, że zabiorą mnie do domu i nakarmią przed dalszą podróżą.
Jak powiedzieli tak zrobili. Zabrali mnie do domu, nakarmili. Później jeszcze wznieśliśmy kilka toastów i zostałem pożegnany słowami - "Pasza, Ty to jesteś pacanek. Uważaj na siebie"

Następnie jeszcze dwa kilku kilometrowe autostopy i byłem u podnóża Elbrusa - nawyższej góry Europy.

Dzien 17
Wczoraj przez chłopaków zostałem ostrzeżony, że w okolicy grasują wilki i niedźwiedzie. Niespecjalnie się tym przejąłem, ale nad ranem spanikowałem. Samcznie sobie śpię i nagle jakieś prychanie koło namiotu. Budzę się i pierwsza myśl - "Masz jedzenie z wesela w namiocie i pewnie jakiś niedźwiedź wyczuł!". Powoli biorę worek z jedzeniem, otwieram namiot po drugiej stornie i rzucam jak najdalej. Nie ruszam się i nasłuchuję. Idzie. Tuż obok. Potknęło się o namiot! Po 2 min wyglądam przez lufcik i co widzę? Krowę spokojnie żującą trawę. Aż się śmiałem z siebie. Wstałem poszedłem po worek z jedzeniem i wciąza się śmiejąc zjadłem śniadanie.
Plan na dzień był prosty. Miałem dwie opcje wejścia na Elbrusa. Pierwsza - na bogato, kolejka i ratrakiem na szczyt. Szacowany koszt około 1000zl. Druga opcja - na ubogo - piechotą. Wybór oczywisty.
Spakowałem się i ruszyłem. W sumie nie ma o czym pisać, bo przez cały dzień nic tylko wspinaczka i piękne widoki.Lekko nie było, bo dość ciężki i kamienisty teren, ale jakoś dotarłem i po 10h wspinaczki na 3800m padłem jak zabity.


Dzien 18
Spałem do 12. Jedyne co miałem w głowie to aklimatyzacja. O 14 postanowiłem się przejść na Skały Pastuchowa, czyli na 4700m. Maszerując pod górę zrozumiałem, że wejście wyżej nie będzie łatwe.
Niby nie mam problemów z przebiegnięciem półmaratonu, ale powyżej 4500m, każdy krok był ciężki. Dosłownie. 5 kroków i minuta przerwy, żeby uspokoić oddech. Przed oczami ciemno. W końcu po 2h dotarłem do Skał i kolejną godzinę zajęło mi schodzenie. Masakra.

W namiocie byłem o 17 i pierwsze co to wskoczyłem do śpiwóru, bo padałem ze zmęczenia. Po chwili głosy. Wystawiam głowę z namiotu i widzę dwoje ludzi pytających mnie, czy mogą się rozbić obok. W sumie czemu nie. Chwilę pogadaliśmy i zaproponowali ruski sposób na aklimatyzację - Domowej roboty koniak i boczek. Chwała im, bo z wioski wziąłem tylko snikersy i już powoli miałem ich dość. Parka była strasznie gadatliwa, ale naszczęście uratował mnie deszcz i mogłem spokojnie z nimi pożegnać i pójść spać



Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.