Dzień 19
Budziłem się kilka razy, żeby sprawdzić pogodę. O 23 ulewa, o 1 siarczysty mróz, o 3 czyste niebo. Ubieram się, jem śniadanie w postaci snikersa i wychodzę.
Pierwsze zaskoczenie. Okazało się, że namiot zamarzł. Dosłownie. Jak już otworzyłem wejście do namiotu to mogłem nim trzasnąć jak obrażone dziecko drzwiami od pokoju. Paskudny mróz, ale idę.

I znowu do do 4500m jakoś dawałem radę, ale później coraz ciężej. Są jednak i plusy, czyli widoki zapierające dech w piersiach. Świadomość, że jest się wyżej niż chmury i góry jest naprawdę piękna i mimo tego, że przed oczyma co drugi krok to ciemno, chce się iść. Przy Skałach Pastuchowa miałem okazję oglądać wschód słońca w górach. Jest to coś co każdy powinien zobaczyć przynajmniej raz w życiu.

o 9 zaczynają się problemy. Najpierw mgła. I to taka typowa dla gór. Nie widać niż dalej niż na metr. Dodatkowo dość przytłaczająca jest absolutna cisza. Nie słychać dosłownie nic i ma się wrażenie, że nawet Twój głos jest po prostu przez nią pochłaniany. Stwierdziłem, że najrozsądniej będzie usiąść i przeczekać. Po 30 min mogę iść dalej. Dotarłem już do przełęczy na ponad 5300m i się załamałem. Ostatnie podejście na górę jest całkowicie oblodzone. O ile wcześniej był to po prostu głęboki śnieg, tak teraz jest po prostu lód przypominający skałę. Dwie próby i dwa ześlizgi. Bez raków, których już nie udało mi się załatwić przed wyjazdem, nie miałem szans. To właśnie jest miejsce, w którym kończy się ryzykowna próba, a zaczyna klasyczna głupota.
Zacząłem schodzić. Przed oczyma ciemno z wysiłku. Jak myślę, że mam przed sobą przynajmniej 5h schodzenia to mi niedobrze. No i tak mi było niedobrze, że sobie ulżyłem zostawiając na śniegu to co zjadłem na śniadanie. Snikers w sosie własnym.
Schodząc ledwo ruszałem nogami. W pewnym momencie potknąłem się i poleciałem twarzą w dół. Mało brakowało i śnieg, którego nałapałem w usta wyleciałby mi drugą stroną, ale jakoś wyhamowałem. Schodząc spotkałem Miszę z żoną i jak mnie zobaczyli, to kazali mi usiąść i odpocząć. Nakarmili kiełbasą i dali do popicia herbatę. Chyba tylko dzięki nim dałem radę zejść na dół.

Po dotarciu do namiotu, sprawdzam telefon, a tam sms od wujka z prognozą pogody na Elbrusie. Zamiecie śnieżne i opady. Postanowiłem dać sobie 1h odpoczynku, a później się spakować i zjechać kolejką na dół. Zapłaciłem majątek i po godzinie byłem na 2000m w wiosce, gdzie zjadłem normalny obiad i odpocząłem. Miałem szczęście, bo rozpętała się taka burza, że kolejka przestała funkcjonować 15 min po tym jak z niej wysiadłem.
O 19 się rozpogodziło na tyle, że mogłem ruszyć w poszukiwaniu miejsca gdzie mogę rozbić namiot.
Znalazłem uroczy zakątek w lesie przy rzecze, gdzie mogłem się umyć w strumieniu i w spokoju zjeść melona(tak, dzięki Wam wiem, że to melon, a nie dynia).
Tak sobie jem i patrzę, że lasem idzie starszy jegomość z długą brodą. Całego melona sam nie zjem, więc zaproponowałem, żeby się poczęstował i tym samym poznałem Romana 89 letniego przewodnika po górach, z którym rozmawiałem blisko 3h, a na koniec udzielił mi fenomenalnego wywiadu do mojego projektu.

Roman zadał mi pytanie czy jestem smutny, że mi się nie udało wejść na Elbrus. I to zmusiło mnie do małych przemyśleń
Czy jestem smutny? Nie. Czy jestem zły? Trochę, bo to był jeden z głównych punktów mojej wyprawy, a wiadomo - szpanować rzecz ludzka. Przy czym wspinaczka pokazała mi jakie mam granice wytrzymałości. Koniec końców jestem z siebie dumny, że okazałem się wystarczająco rozsądny, żeby odstawić pychę na bok i odpuścić sobie ryzykowne podejście bez raków na sam szczyt. Właśnie tego typu decyzje, w takich okolicznościach kształtują nasze osobowości i to kim się stajemy. Z Elbrusa zszedłem po prostu mądrzejszy i z wspomnieniami, które na zawsze pozostaną tylko moje. A właśnie to w tej podróży jest najważniejsze i najpiękniejsze.
Dzień 20
Moim pierwszym stopem okazał się strażnik graniczny. Pogadałem z nim i się okazało, że do Gruzińskiej strony jest mniej niż 10km. Zacząłem z nim rozmawiać, jak to było tutaj podczas wojny i generalnie powiedział mi kilka ciekawostek. Przede wszystkim taką, że na wojnę przysłali żołnierzy z innych rejonów Rosji, ponieważ miejscowi bardzo często są spokrewnieni z rodzinami z drugiej strony gór i dobrze się znają od wielu lat. Dodtkowo często podkreślał, że jestem na Kaukazie, a nie w Rosji. Tutaj od wieków żyje blisko 150 różnych narodowości i jakoś potrafią żyć ze sobą w zgodzie, a centrale z Moskwy i Tbilisi miesza tutaj niesamowicie.
Wysadził mnie w połowie drogi na główną trasę w kierunku Wladykalkazu. Postanowiłem kupić coś na śniadanie i ruszyć dalej. Kolejny stop to groźnie wyglądający faceci w ciemnym aucie. Miałem złe przeczucia, które okazały się słuszne. Wysadzili mnie tam gdzie chciałem, ale zażądali 2000 rubli za podwózkę. Miałem gaz w kieszeni, więc byłem przygotowany nawet na najtwardsze negocjacje. Na szczęście skończyło się na tym, że wyrzuciłem toboły przez drzwi i kulturalnie ich pożegnałem gestem kozakiewicza. Idioci chcieli ruszyć jak wysiadałem. No cóż na 100 przypadków musiał się w końcu trafić jakiś paskudny.
Kolejnym stopem okazał się ormiański samochód przewożący hurtowo nieboszczyków.

W przeciwieństwie do ładunku kierowca okazał się być pełnym, życia, uśmiechniętym facetem z tysiącami żarcików i porad. Wysadził mnie na jednym z posterunków policyjnych na trasie. Przez 30 min miałem okazję oglądać sposób zarabiania pieniędzy przez rosyjską milicję. Zgodnie z zasadą - "Nieposmarujesz - nie pojedziesz" część kierowców była odsyłana na pobocze, a część po zbiciu 200 rublowej piątki z milicjantem jechała dalej. Chory system.
Plusem miejsca było pobocze gdzie odsyłane były auta. Mogłem tam spokojnie pytać o dalszy transport.
Kolejnym kierowcą okazał się Czeczeniec. Jechałem z nim przez ponad godzinę, więc korzystając z okazji zacząłem wypytywać o atak na szkołę w Bieslanie, wojnę i mafię czeczeńską. Okazał się być strasznie doświadczony przez życie. Walczył w każdej wojnie czeczeńsko-rosyjskiej. Wielokrotnie był przesłuchiwany i ranny, a jego braci zabito podczas walk partyzanckich.Korzystając z okazji przeprowadziłem z nim krótki wywiad na postoju w ramach projektu, bo uznałem, że to człowiek, który naprawdę może coś ciekawego powiedzieć Na pożegnanie podarował mi butelkę ciepłej i obrzydliwie słodkiej orenżady i uściskał z prośbą o promowanie Czeczeni, bo dla turystów to najbezpieczeniejsze miejsce na świecie.

Kolejnego stopa już bezpośrednio w kierunku granicy łapałem zaledwie 2minuty. Zatrzymało się dwóch facetów Siergiej i Drugi Którego Imienia Nie Pamiętam. Początkowo chcieli mnie podwieźć do miasta, ale zmienili zdanie.
Wzięli mnie do siebie do domu, nakarmili,

i pokazali swój warsztat.

W pierwszym momencie myślałem, że to klasyczna dziupla, ale okazało się, że zawodowo startują w rajdach ekstramalnych na terenie całej Rosji. Po wszystkim obwieźli mnie po mieście i zawieźli nad samą granicę.

Na granicy okazało się, że jest otwarta tylko dla ruchu samochodowego, więc podszedłem do pierwszego auta w kolejce i się zapytałem czy nie ma nic przeciwko, żebym razem z nim przekroczył granicę. Nie miał mimo, że nie mówił ani po rosyjsku, ani po angielsku. Prawdziwe pacanki rozumieją się bez słów!

Mimo, że byłem pierwszy w kolejce, przekraczenie jednej i drugiej granicy zajęło nam blisko 3h.
Pierwsze słowa jakie usłyszałem w Gruzji to "Dzień dobry i jak się masz!". Chłopak, który powitał mnie w ten sposób, w Kazbegi, następnie przeszedł na płynny angielski, co było miłą odmianą po 3 tygodniach rosyjskiego
Kazbegi(a właściwie Stepancminda)to urokliwa miejscowość położona na 2000m. Jej główną atrakcją jest masyw góry Kazbek oraz jeden z ważniejszych ośrodków kultu w Gruzji - cerkiew Cminda Sameba usytuowana na 2500m n.p.m, którą miałem w planach zwiedzić.

Po dotarciu do miasta, wziąłem się za poszukiwanie miejsca na nocleg. W pierwszym momencie w oko wpadł mi mały park nad strumieniem i tam też się dziarsko skierowałem. W parku miłe zaskoczenie - kilka namiotów i ognisko dookoła którego sporo młodych ludzi. Postanowiłem zapytać się czy mogę do nich dołączyć. Jasne, że mogę. Byli tak ucieszeni moją wizytą, że zaczęli mi pomagać rozbijać namiot, następnie karmić chlebem i kiełbasą, żeby w końcu zaprosić do wspólnego ogniska, gdzie po krótkim przedstawieniu mojej osoby, zaczęły się śpiewy.

I to jakie! Gruzini mają to do siebie, że lubią dużo i głośno śpiewać. I nie są to hity typu "Call me maybe" ale klasyczne gruzińskie pieśni. I pozwolę sobie przypomnieć, że byli to ludzie w przedziale wiekowym 19-22 lata.
Przyznaję, że trochę komicznie to dla mnie wyglądało. Polsce czułbym się podobnie jakby moi znajomi zaczęli śpiewać Bogurodzicę.
W końcu przyszła kolej na mnie. Poprosili mnie, żebym im zaśpiewał coś z polskiego repertuaru. Ogniskowe hity, które znam typu "Na Mazury" czy "Hej sokoły" średnio wpasowywały się w klimat,więc wahałem się między"Lulaj, że Jezuniu", a "Barka". Skończyło się na tym drugim, bo koniec końców kolęda dziwnie by brzmiała latem, w gruzińskim lesie.
Po pierwszej zwrotce kilku z moich nowych kompanów podchwyciło melodię i zaczęli mruczeć. Jak skończyłem poprosili mnie, żebym ich nauczył refrenu. Przyznam szczerze. Podniosłe nie było. Uśmiałem się przy tym nie mniej niż oni, ale po 20 min udało się i wyszło genialnie! 20 gruzinów śpiewających "Barkę" przy ognisku u podnóża Kazbegu. Niesamowite!
Po śpiewach część zaczęła się rozchodzić do domów. Okazało się, że większość z nich mieszka w Kazbegi na stałe i przyjechało do nich 3 znajomych z Tbilisi, Alex, David i Nino (Tak kazali mi się nazywać, bo ich gruzińskie imiona są niedowymowienia). Po krótkiej rozmowie ustaliliśmy, że jutro ruszymy do Cerkwi w górach, która jest jednym z świętych miejsc w Gruzji.
Dzień 21
Z chłopakami umówiłem się, że ruszymy o 9, ale jak wyszedłem, to wciąż spali jak zabici. Nie mając specjalnie nic do roboty, poszedłem do miasta w poszukiwaniu internetu. Internet znalazłem, sprawdziłem wszystko, zjadłem śniadanie i wróciłem do namiotu. Chłopaki były już na nogach, więc spakowaliśmy menele i ruszyliśmy w góry. Było śmiesznie, bo był to mój pierwszy kontakt z Gruzinami, więc opowiedzieli mi mnóstwo historii, tradycji i zwyczajów panujących w ich ojczyźnie.

Po dotarciu na szczyt oniemiałem. Miejsce jak z baśni. Wyobraźcie sobie maleńki kościółek w otoczeniu potężnych gór ,z których najniższa na grubo ponad 3500m.

Podeszliśmy wyżej posiedzieliśmy podziwiając widoki, zwiedziśmy wnętrze i byliśmy świadkiem rutualnego poświęcenia owcy. Tak poświęcenia. Wśród ludzi gór wciąż popularne są wierzenia, że jeżeli obejdzie się z owcą trzy razy cerkiew, poświęci ją mnich, a następnie ukatrupi i zje, to przyczyni się to wyzdrowienia, któregoś z członków rodziny.

Po zwiedzaniu wypogodziło się, więc po prostu zaległiśmy na trawie podziwiając góry, które autentycznie wyglądały jak z pocztówki.

Gdy wróciliśmy do parku, w którym zostawiliśmy namioty okazało się, że chłopaki dzień wcześniej zastawili sidła na zające i skubańcy złapali jednego. Plan na kolację zając z ogniska! Poważnie, wpierw trzeba było uciąć głowę, później zdjąć skórę, wyjąć bebechy i nabić na dwa ostrugane patyki, które następnie ustawiliśmy nad żarzącym się paleniskiem. Gdyby Bear Grylls mówił po polsku, to pewnie by stwierdził, że "Nie ma lipy!"

Wieczorem znowu zeszli się znajomi i znowu to samo, śpiewy, rozmowy, tylko, że z zającem w roli głównej. Wieczorem doszedł do nas jeszcze jeden podróżnik. Filip z Polski, który już dwa tygodnie zwiedzał Gruzję, więc pogadałem z nim godzinę, żeby się dowiedzieć co i jak i gdy już wszystko zostało zjedzone, obgadane, położyliśmy się spać.

Dzień 22
Wstałem z rana spakowałem namiot, pożegnałem się z chłopakami i ruszyłem w stronę wylotówki z miasta. Przygotowałem tabliczkę z napisem "Ananuri" i ledwo się wyprostowałem, żeby łapać i już zatrzymało się auto. Para Gruzinów w olbrzymim terenowym mercedesie. Miałem szczęście, bo odcinek, który przyszło nam pokonać do Ananuri, należy do najgorszych dróg w kraju. Jest to nic innego jak szutrowa droga pełna dziur, z najwyższym punktem na wysokości 2500m i przepaściami po jednej albo drugiej stronie. Widoki zapierające dech w piersiach.

Po dotarciu do Ananuri okazało się, że jesto to mała miejscowość z urokliwym zamkiem nad zalewem. Zamek był praktycznie pusty. Żadnych turystów, kasy, ochrony. Nic! Bez problemu mogłem sobie wejść gdzie tylko chciałem. Następnie zszedłem nad zalew wykąpać się i odpocząć przed dalszą podróżą.

Po trzech godzinach ruszłem na trasę. I znowu to samo. Ledwo przygotowałem tabliczkę z napisem Gori, a już mam transport. Atostopowa bajka. Gruzini podwieźli mnie do samego centrum. Tam postanowiłem znaleźć kafejkę internetową, żeby móc w końcu przygotować wpisy na bloga. O drogę zapytałem młode dziewczyny, które nie tylko mi pokazały drogę do kafejki, ale i również powiedziały co warto zobaczyć i gdzie.
Zwiedzanie postanowiłem zostawić na jutro, więc po załatwieniu wszystkiego poszedłem kupić, coś do jedzenia i usiadłem sobie na głównym placu przyglądając się ludziom.

Wieczorem pozostało mi tylko znaleźć miejsce do rozbicia namiotu. W sumie nie chciało mi się specjalnie ich za miasto, więc postanowiłem się rozbić zaraz koło zamku, który znajduje się w centralnej miejscu w Gori. Podczas rozbijania w moim kierunku zaczął się zbliżać policjant, którego wcześniej nie zauważyłem. W pierwszej chwili myślałem, że będą problemy, ale przyszedł tylko pogadać i powiedzieć, że jak coś by się działo, to całą noc będzie w budce, która jest 50m stąd. No i jak tu się nie uśmiechać?!
Dzień 23
Wstałem z samego rana. I jak zwykle z tego samego powodu. ZA GORĄCO! Poważnie, o 7 rano w namiocie robi się za ciepło, żeby można było w spokoju odwrócić się na drugi bok i spać dalej. Nie pozostało mi nic innego jak wyczołgać się i ruszyć na zwiedzanie Gori.

Podszedłem do policjanta z budki w podziękowaniu za całonocne czuwanie i grzecznie zapytałem czy mogę zostawić u niego plecach, bo średnio chce mi się z nim zwiedzać miasto. Nie robił żadnych problemów.
Pierwszym punktem zwiedzania był zamek, u którego podnóża spałem. Podobnie jak zamek w Ananuri - wejście za darmo i mogłem wejść wszędzie. Niestety minusem był fakt, że jest on strasznie zaniedbany i zniszczony, ale widok z najwyższej wieży jest spektakularny. Widać całe Gori i posterunki graniczne z Osetią Południową.

W ogóle pisząc o Gori muszę napomknąć pokrótce o historii najnowszej miasta, która jest dość smutna.
W sierpniu 2008r. doszło do 5 dniowej wojny pomiędzy Gruzją i Rosją. Wersja kto zaczął różni się znacząco, w zależności od tego, po której stronie Kaukazu jesteś. Generalnie w dużym skrócie konflikt można opisać następująco:
W Osetii Południowej doszło do wymiany ognia między powstańcami domagającymi się niepodległości, a żołnierzami gruzińskimi. Walki wybuchły również w Abrazji. Gruzja zaatakowała pozycje powstańców i (wg rosjan) również posterunki rosyjskie. W efekcie Rosja przysłała swoje wojska, które w znacznej sile znajdowały się przypadkiem na granicy i wyparła wojska gruzińskie z spornych regionów, a następnie zajęła gruzińskie miasta m.in Gori, które przy okazji zbombardowała. W jeszcze większym skrócie - doszło do rozejmu, ale rosyjskie wojska nie wycofały się z obszarów Osetii i Abrazji, a wzięły się zaumacnianie pozycji.
Wg prawa międzynarodowego, tereny obu republik są formalnie częścią Gruzji, ale w rzeczywistości okupowane są przez Rosję. Oba te pseudopaństwa nie są uznawane przez inne państwa (wyjątek to Rosja i Wenezuela i kilka mniejszych, o których przeciętny człowiek nawet nie słyszał). Jako, że ich mieszkańcy formalnie nie mają obywatelstwa, Rosja bardzo chętnie przyznaje im swoje paszporty, co skutkuje coraz większą ilością "Rosjan" w tych obszarach i długofalowym skutkiem będzie prawdopodobnie wcielenie ich do Federacji Rosyjskiej.
To tyle.
Aktualnie w Gori już praktycznie nie widać efektów bombardowań, a całe miasto staje na nogi. Większości budynków jest resturowana(W tym cała starówka),a ludzie uśmiechają się na ulicach i pozdrawiają międzynarodowym "Hello!"

Po zejściu z zamku ruszyłem do Muzeum Stalina. Tak! Stalina! Józefa! Gori jest miastem gdzie się urodził, a on sam nie był rosjaninem tylko rodowitym gruzinem. Na zewnątrz znajduje się dom, w którym się urodził, w całości przeniesiony z obrzeży miasta i obudowany potężnymi kolumnami i dachem z czerwoną gwiazdą. Obok jest również wagon, w którym dojechał na konferencję w Jalcie, bo po ludzku bał się samolotowW środku, dosłownie wszystko. Począwszy od zestawu obiadowego do kibla na którym siadał.

I w sumie to tyle jeżeli chodzi o zwiedzanie. Wróciłem jeszcze na chwilę do kafejki internetowej, żeby wrzucić jeden z wywiadów, sprawdziłem trasę,odebrałem plecak i jazda na trasę. W sumie miały być 4km, ale jakimś cudem zabłądziłem mimo, że jedyne co musiałem, to iść prosto.
Kiedy już dotarłem stwierdziłem, że chrzanić tabliczkę i spróbuję złapać stopa w olewacki sposób, czyli po prostu z wyciągniętym w górę kciukiem. I się udało! po 2 minutach!
Kolejny stop w tak krótkim czasie zmusił mnie do myślenia, co powoduje, że w Gruzji tak prosto o stopa. Jedno dokładniejsze spojrzenie na mapę i EUREKA!
Układ głównych arterii drogowych Gruzji przypomina nieco rozjechanego kota z urwaną głową i wyprostowanym ogonem. Raczki (bez głowy!) prowadzą wzdłuż wybrzeża. Następnie, mniej więcej na ich środku znajduje się kręgosłup, który prowadzi aż do Tbilisi. Tam do kręgosłupa dochodzą rozgniecione nogi. Jedna z nich prowadzi do granicy z Rosją, a druga do Armenii. Następnie przedłużeniem kręgosłupa jest długasny ogon, którym dojedziemy przez Kachetię do Azerbejdżanu.
Dumny ze swojej metafory, zabrałem się za rozmowę z moim kierowcą, ale nie był jakoś specjalnie rozmowny, więc siedziałem cicho i czytałem przewodnik.
Po jakimś czasie mój kierowca zapytał się czy mam czas, żeby podjechać do niego do domu na godzinę, bo musi przypilnować gospodarstwa. W sumie czemu nie? Nie spieszy mi się, więc dawaj. Zboczyliśmy z gruzińskiego kręgosłupa i wjechaliśmy na jakiś mały odcinek sierści. Pierwsze co to krowy. Dużo krów! Tak dużo, że przez około kilometr klakson pracował jak opętany, bo łaciate niespecjalnie chciały schodzić z drogi.
Dojechaliśmy. Klasyczne gospodarstwo rolne. Mnóstwo, krów, świnek, kaczek, kur, indyków, sadów i pól. Jak tylko wysiedliśmy zostaliśmy otoczeni przez cztery psy, które wesoło zaczęły szczekać i skakać. Chwilę później przyszli synowie kierowcy. Chłopaki mniej więcej 16-17 lat. Jak wysiadłem, tak stoję, bo niespecjalnie wiem co mam robić dalej. Na szczęście gospodarz macha, żebym szedł z nim.
Weszliśmy do obory, gdzie wziął się za karmienie świnek, a tam zacząłem rozmawiać z jego synami, którzy całkiem całkiem radzili sobie z krzyżówką angielskiego i migowego. Zrozumiałem, że chcą mi pokazać gospodarstwo, więc ruszyłem z nimi. Pierwsze co mi przyszło na myśl, to że mają tu dosłownie wszystko, co do życia potrzebne. wszelakiego typu warzywa, owoce, zwierzęta. Przechadzka trwała około 15 min, a zakończyła się przy małym stoliku, gdzie czekał na mnie arbuz, ser, chleb, czacza (wódka gruzińska) i gospodarz z sąsiadami.

Okazało się, że jeden z sąsiadów mówi po angielsku, bo spędził 5 lat pracując w Londynie, a drugi po rosyjsku. Pierwszy poczęstował mnie wódką i wzniósł toast, a drugi podarował pieniądze. Polskie pieniądze z wczesnych lat 80 kiedy to pracował w polsce na budowie. Nie wiem po co mi one, ale koniec końców facet miał gest.

Nieświadom tego co mnie czeka później. Zjadłem tyle, żeby mieć spokój do wieczora. Po wszystkim mój kierowca powiedział, że teraz może mnie zawieźć do Kutaisi, skąd będę miał już blisko do Gelati.
Po 5 min jazdy zobaczyliśmy rowerzystów, którzy wyglądali jakby się zgubili. Mój kierowca po rosyjsku zapytał się czy można pomóc. Odpowiedź polegała na powtórzeniu tego co powiedziała osoba pytająca. Byłem pewien, że rowerzyści "niet paniemajet".
Wyskoczyłem z auta i ośmielony czaczą zacząłem z nimi rozmawiać po angielsku. Okazało się, że był to mój pierwszy kontakt z Irańczykami. Trójka młodych ludzi ruszyła na rowerach przez Armenię, Gruzję i Rosję aż do Pakinu w ramach akcji UNICEFu. Okazało się, że ich podróż miała trwać dwa lata! Po poradach gospodarza, powiedziałem im gdzie mają jechać i się pożegnaliśmy, wzajemnie życząc sobie wytrwałości. Ja dam radę, a oni będą jej potrzebować jak tlenu.

Zgodnie z obietnicą zostałem wysadzony w centrum miasta. Była już 20 i powoli zaczynało się ściemniać, więc postanowiłem, że jak tylko wyjdę z miasta rozbiję namiot i pójdę spać.
Ledwo ruszyłem i obok mnie zatrzymuje się samochód, a jego właściciel pyta się czy jadę do Gelati (okazuje się, że już nawet wystawianie kciuka jest zbędne, bo ludzie sami się pytają, czy mnie podwieźć). Zaskoczony odpowiadam, że tak. Wsiadam i kolejne pytanie ze strony mojego nowego znajomego - czy jestem głodny. I w tym miejscu popełniłem jeden z większych błędów w podróży. Odpowiedziałem twierdząco mimo, że mój brzuszek był pełny w 70%.
Co się okazało? Mój kierowca był właścicielem restauracji w Gelati, więc po 20 min siedziałem wśród jego rodziny i znajomych przy stole, który dosłownie uginał się od ilości jedzenia i wina. I nie , nie przesadzam, uginał się. W ten sposób trafiłem na pierwszą w swoim życiu supre, czyli wspólny posiłek gruzinów, o którym do tej pory tylko czytałem w internecie i książkach.

Supra to swojego rodzaju świętość w tradycji guzińskiej. Każda rodzina przynajmniej raz w tygodniu spotyka się ze znajomymi i wspólnie je, pije. Z jedzenia jest wszystko co w Gruzji najlepsze: świeże warzywa, owoce i narodowe potrawy, o których będę pisał później. Z rzeczy do picia, niepodzielnie panuje wino. Dużo wina (Mamo, przepraszam, że znowu piszę o alkoholu, ale będąc w Gruzji nie sposób o tym nie pisać, bo do istotna część tradycji tego kraju. Jak wiesz, kocham lokalne tradycje, a ta wyjątkowo przypadła mi do gustu)
No i się zaczęło jedzenie i picie. Jak wspomniałem byłem w 70% pełny, więc mniej więcej po drugim daniu zacząłem mieć nielada problem, bo jedzenia ciągle przybywało. Po czwartym popełniłem duże faux pas. Przy nakładaniu mi kolejnego dania powiedziałem, że już dziękuję. I wtedy zapadła cisza. Dosłownie cisza.Po ciężkich 5 sekunach głos zajął gospodarz prowadzący supre z pytaniem - "Nie smakuje Ci?" Ja na to - "Oczywiście, że smakuje! Jest przepyszne, wyśmienite!" - gospodarz - "No to jak Ci smakuje, to czemu nie jesz? Nie szanujesz mnie? Mojej kuchni? Moich gości?"
Właśnie to nazywa się sytuacja beznadziejna.
Z rozpaczą w oczach podniosłem widelec z kawałkiem wieprzowiny do ust i zacząłem żuć. Gospodarz się uśmiechnął, wykrzyknął żem "Zuch chłopak". A ja pogrążony w mojej męce i rozpaczy żułem dalej. Sytuacja wróciła do normy i znowu wszyscy mnie poklepywali i rozmawiali. Mówię Wam, dwie wigilie pod rząd to nic przy tym co przeżyłem. Babcia to zawsze wybaczy jak już nie mogę, a tu nie ma zmiłuj.
Mało tego kolejna gruzińska tradycja są Toasty. przez duże T. Nasze europejskie czy polskie, to z reguły oschłe "Na zdrowie". A o gruzińskich można pisać i pisać. Prawie zawsze zaczyna się od toastu za ojczyznę, rodzinę, znajomych, za poległych w wojnie i za kobiety. Średnio przeciętny toast trwa około 5-8 minut, chociaż bardziej podniosłe (np. za poległych) trwają powyżej 10-15. Z reguły opowiada się przy nich o bohaterstwie poległych, o tym że okupanci to złoczyńcy, o poświęceniu i waleczności, zahaczając po drodze o błogosławieństwo od patriarchy i szeroko pojętą historię kraju. Dosłownie. Podstawą jest przy tym ciągle trzymanie szklanki z winem powyżej łokcia, a po słowach Gaumardzos wypicie zawartości do dna.

Było pięknie, ale ja dosłownie umierałem przy stole, gdy zostałem poproszony o wzniesienie toastu. A to niemały zaszczyt, bo toasty z reguły znosi jedynie prowadzący supre. Wstałem z mocnym postanowieniem przynajmniej 10 minutowego dziękczyno-chwalebno-pochlebnego toastu za Boga, Ojczyznę, przyjaźń polsko-gruzińską, dobrych ludzi, wszystkich zgomadzonych, za rady natury. I się udało. 10 min i 14 sekund według zegarka na ścianie.
Po 5 godzinach kilku daniach i kilkunastu tostach skończyliśmy ucztować. Na myśl, że muszę wziąć plecach i iść w poszukiwaniu miejsca na namiot dosłownie cofało mi się. Na szczęście gospodarz w momencie gdy zobaczył że biorę plecak powiedział, że mowy nie ma i przygotowali mi łóżko do spania, a rano obudzą mnie pracownicy. Chwała im, bo jak wstałem od stołu to poczułem, że wino jednak działa i nogi już nie te same jak przed posiłkiem.
Kładłem się w mękach, ale jednocześnie dumny, że dałem radę i wdzięczny za gościnność. Gaumardzos!
Dzień 24
Pracownicy restauracji przyszli o 8. Ciężka pobudka, bo głowa i nogi i brzuch wciąż żyły wydarzeniami wczorajszego wieczora. Tyle co czułem w środku. Z zewnątrz musiałem wyglądać jak wietnamski zwiadowca - przygarbiony, unikający słońca i ze zmrużonymi oczyma.
Pracownicy restauracji byli przygotowani na to co zastaną, więc razem z serdecznym "Gamardzioba" wcisnęli mi w rękę chłodną wodę. Chwała im!
I znowu nieznośny upał, który dzisiaj z wyżej opisanych powodów doskwierał jeszcze bardziej. Postanowiłem znaleźć jakieś miejsce w cieniu, rozłożyć karimatę i zapaść w drzemkę. Jak pomyślałem tak zrobiłem i zaległem jak zabity.
Po pewnym czasie w moj sen zaczely zaburzac gruzinskie okrzyki, ale twardo nie zwracalem na nie uwagi. I to byl blad. Bo okazuje sie, ze czworka starszych panstwa, nie byla wstanie wejsc tam gdzie sie zbunkrowalem w swoim cierpieniu, wiec krzyczala, zeby sprawdzic czy zyje. Brak jakiejkolwiek mojej rekacji zmotywowal ich do wezwania policji, ktorej sygnal wyrwal mnie z letargu duzo skuteczniej. Jak tylko zeszedlem, wszyscy wybuchli smiechem, a rozbawiony policjant zapytal tylko o jedno "supra?" Dowcipnisie.
No ale zmotywowali mnie do kontunowania mojej podrozy w kierunku Monastyru w Gelati. Skwar nieziemski, ale ide. Po 30 min dotarlem, ale piekno klasztoru zdecydowanie zostalo podzielone przez moje samopoczucie.

Na miejscu spotkalem polakow z krakowa, z ktorymi pogadalem przez dobre 30 min i zostalem pozegnany stwierdzeniem - "Przez 4 dni przezyles, zobaczyles i poznales wiecej miejsc i ludzi niz my przez 2 tygodnie tutaj".
Po wyjsciu z klasztoru stwierdzilem, ze najmadrzej bedzie przeczekac 2h w cieniu, poniewaz slonce grzalo naprawde mocno, wiec usatysfakcjonowany dobrym pretekstem do kolejnej kac drzemki usnalem na karimacie pod drzewkiem.
O 15 juz calkiem oagrniety ruszylem w droge powrotna. 30 min jestem na drodze do Kutaisi. I mam dylemat. Jechac do miasta czy znalezc jakas rzeczke i sie wykapac. Problem rozwiazal policjant, ktory wyszedl do mnie z pobliskiego posterunku i powiedzial, ze 900m stad jest bardzo dobre miejsce na kapiel. W to mi graj!
Schodze w kierunku rzeki i zatrzymuje sie auto z pytaniem, czy potrzebuje pomocy i czy nad rzeke. No raczej! Ciagle nie moge uwierzyc w to co mnie spotyka. Okazalo sie, ze chlopak, ktory mnie wzial jechal spotkac sie ze znajomymi nad wskazane mi przez policjanta miejsce.
Lokalizacja rzeki miejsca byla idealna, polana, las i pole z kukurydza. Nie myslac za duzo wskoczylem do wody. Tak cieplutka, ze mozna w niej caly dzien siedziec.

No ale godzina bez przygody byla by nudna.
Po 30 minutowym moczeniu w wodzie slysze krzyk i widze, ze jeden chlopak kulejac wychodzi z wody. Podszedlem wraz z wszystkimi sprawdzic co sie stalo.
Chlopak klasycznie sobie rozcial kolano skaczac do wody. I znowu tak jak w przypadku malej Angeliki obudzil sie we mnie Dr Skokowski. Szybka ocena skaleczenia, siegniecie po apteczke i lecimy. Oczysczenie rany, przyczepienie szwow scalajacych rane, zatamowanie krwawienia, opatrunek, opaska, zeby sie nie zsuwal, klepniecie w plecy i oswiadczenie pewnym glosyem "bedziesz zyl"
Drugi raz w Gruzji zostalem ochrzczony ksywka "Jigari", co znaczy to samo co rosyjski "Pacanek"
Gdy zglodnielismy jeden z chlopakow podskoczyl na pole po kukurydze, a pozostali wzieli sie za przygotowywanie ogniska. Nasz obiad - kukurydza ogniskowa.

Po posilku pozegnalem sie z chlopakami i poszedlem na trase do Kutaisi. Wyciagnalem reke i zatrzymala sie pierwsze auto. Zaczynam sie przyzwyczajac.
Do miasta bylo blisko, wiec nie zawarlem specjalnie bliskiej znajomosci z 4 chlopakami w aucie, nie mniej jednak wysadzili mnie w samym centrum.Moj plan? Dotrzec na obrzeza i przenocowac w namiocie. No i znowu sie nie udalo.

Ide sobie glowna ulica miasta i z kazdej strony "Hello!", klaksony i usmiechy! Doslownie wszedzie! W pewnym momencie wola mnie jakis chlopak i pyta sie czy jestem glody. Na obiad byla kukurydza, wiec brzuszek byl pelny tylko w 40%, ale mimo to, wciaz pamietajac wydarzenia dnia wczorajszego ostroznie odpowiadam - "Troche tak". No to dawaj do nas!
I uwaga! W srodu obcego miasta zostalem zaproszony przez obcych ludzi do laboratorium, gdzie przygotowywane sa protezy zebow (sic!).Sredniej wiekosci pomiesczenie z roznorakim sprzetem pod scianami i stolem na srodku. A na stole mniej wiecej 2kg miesa i 5 litrow wina. W pierwszym momencie sie przerazilem, ale po chwili zobaczylem, ze jest tam okolo 10 mezczyzn, wiec po szybkiej kalkulacji stwierdzielem, ze nie bedzie, az tak ciezko.

I znowu toasty, spiewy, zapraszanie sasiadow, jedzenie. Gdy juz bylo nas mniej, czesc pracownikow wrocila do przygotowywania protez, wiec po prostu usiadlem z nimi i wypytywalem o szczegoly i caly proces ich tworzenia.

Gdy chcialem ruszyc dalej, wlasciciel mnie zatrzymal i powiedzial, ze nie mam mowy i dzisiaj spie tutaj, bo w nocy moze padac.
Tak wiec noc spedzilem na karimacie w pracowni, gdzie przygotowuje sie protezy zebow. Nice one!


Padlam! hahahahah