Dzień 25
Obudziłem się o 8 wraz z przybyciem właściciela pracowni. Pożegnałem się z nim serdecznie i idę dalej. O dziwo czuję się bardzo dobrze.
Pierwsze co musiałem zrobić, to znaleźć niezabezpieczone WiFi. Mniej więcej po kilometrze mi się udało. Usiadłem więc i sprawdzam gdzie i jak dojść. I nagle nad moją głową pytanie "Może kawy?". Patrzę, a tam z okna na parterze wygląda starsza pani. Lekko oniemiały, mówię, że chętnie i tym samym wpierw zostałem poczęstowany mrożoną kawą, następnie koniakiem, a skończyło się na czekoladzie na drogę! Wyobrażacie sobie taką sytuację w Polsce?! Gruzja to nie kraj, to stan umysłu!
Mało tego już w momencie, gdy chciałem łapać stopa w kierunku Swaneti (czyli na północ Gruzji) dostaję smsa z nieznanego numeru. Czytam, a tam informacja, że w Tbilisi się mnie spodziewają już jutro i że wszystko jest załatwione. I jak tu przestać się uśmiechać? Postanowiłem zmienić kierunek podróży i wracać w kierunku stolicy.
O łapaniu stopa nie będę pisał, bo znowu ledwo co stanąłem i miałem transport. Jako, że miałem dzień zapasu, to chciałem zwiedzić dzisiaj dwie rzeczy- skalne miasto "Upliscyche" pochodzące z epoki brązu oraz dawną stolicę Gruzji Mcchetę. Mój kierowca nie mówił, ani po rosyjsku ani po angielsku, więc po prostu jechaliśmy słuchając radia.
W trakcie podróży uświadomiłem sobie jednak, że zaczynam mieć autostopowy problem zimnego łokcia. O co chodzi? Ano mam problem, bo większości aut, którymi jechałem podczas mojej podróży nie miała klimatyzacji, więc zawsze jechałem przy otwartym oknie. A wiadomo, że jak okno otwarte, to i zimny łokieć musi być. Tylko, że zawsze ten sam, bo z reguły siadam obok kierowcy, w związku z czym moja prawa ręka jest mniej więcej o 50% ciemniejsza niż lewa. Takie tam moje narzekanie, bo w sumie ostatnio to jedne na co mogę narzekać.
W trasie pierwszy problem. Minęliśmy Upliscyche, które bardzo chciałem zobaczyć, a mój kierowca nie bardzo miał jak zawrócić, więc stwierdziłem, że olać. Jak Bóg da, to jeszcze zobaczę.
Mcchety nie sposób było minąć, więc zostałem wysadzony o 7km od niej i idę. I problem. Chciałem dojść jak najszybciej i robiłem to w pełnym słońcu o 13. No i się przegrzałem. Po dotarciu do miasta, głowa bolała mnie paskudnie i nie miałem, gdzie rozbić namiotu. Dodatkowo jutro miałem spotkać się z ludźmi, którzy mnie przenocują, a czułem, że niezbyt zachęcająco pachnę i wyglądam, więc po krótkich negocjacjach zameldowałem się na noc w prywatnej kwaterze. 30zł za nocleg z wyżywieniem, to nie dużo, a ja mogłem odpocząć i umyć się porządnie.
Po wszystkich tych czynnościach ruszyłem jeszcze na chwilę pochodzić po mieście, które okazało się być przepiękne, a jego główną atrakcją był kościół, który mi bardziej przypominał twierdzę. Monastyr otaczał potężny mur, który w średniowieczu służył jako schronienie dla mieszkańców okolicznych wsi. Tak czy inaczej mogłem go zobaczyć tylko z zewnątrz, więc połaziłem po starówce, która jest najpiękniejsza ze starówek w Gruzji i zaległem spać w mojej kwaterze.

Dzień 26
Właśnie tego potrzebowałem! Pobudki w normalnym łóżku, bez kaca i z kuszącą możliwością skorzystania z prysznica. Pięknie. Z moimi nieznajomymi hostami z Tbilisi umówiłem się o 10 przed wejściem do katedry, więc ruszyłem nieco wcześniej, żeby ją jeszcze zobaczyć, bo wczoraj nie było mi dane.

Katedra jak katedra. Podobna do każdej innej w Gruzji z tą różnicą, że najwyższa i pochowano tam kilku królów. Prawie jak Wawel. Prawie.
O 9.50 rozwaliłem się z tobołami pod bramą główną niczym cygan w pośredniaku i czekałem na swoich gospodarzy. O 10.15 zauważyłem jegomościa, który okazał się być moim hostem, przewodnikiem, kierowcą i opiekunem w Tbilisi.
Nugzari (tak to imię) lekko zasapany przeprosił za spóźnienie, ale nie mógł znaleźć miejsca do parkowania. W pierwszym momencie pomyślałem, że koniec końców spacer dobrze mu zrobił, bo był wielkim człowiekiem dosłownie i w przenośni.
Pierwsze pytanie jakie mi zadał było typowo gruzińskie - Jesteś głodny? Byłem 30 min po śniadaniu, więc z czystym sumieniem zaprzeczyłem.
Nugzari wziął mnie na zwiedzanie Tbilisi. I w sumie szczerze powiem, że mnie nie zachwyciło. Prawdopodobnie dlatego, że wszystko, absolutnie wszystko, było w trakcie remontów. Dodatkowo w całym rozgardiaszu tego ponad 1000 letniego miasta, widać też rękę obecnego prezydenta i jego euromanii.

Przede wszystkim mam tu na myśli Park Europejski i kładkę, która do niego prowadzi. Jedno i drugie pasuje do klimatu miasta jak pięść do nosa.
Kolejna rzecz, która rzuca się w oczy ( poza cerkwiami oczywiście) to wszechobecne kasyna, które skutecznie szpecą psują urok miasta i krew wielu mieszkańców, którzy (jak wszyscy zgodnie twierdzą) zostawiają w nich majątek.
Po 4 godzinach łażenia tu i tam pojechaliśmy odebrać jego żonę Natie. Równie przeurocza kobieta jak jej mąż. Zaczęliśmy rozmawiać o tym co widziałem w Gruzji, a czego nie i się okazało, że ominęło mnie Uplisyche i południowa część państwa, gdzie po prostu średnio miałem jak dojechać. Byli w szoku, że nie widziałem najpiękniejszej ich zdaniem części Gruzji (tam się urodzili i wychowali) i postanowili mnie tam zabrać. Po upewnieniu się czy dobrze zrozumiałem, spojrzałem na mapę, a tam w obie strony, bagatela, 400km. No, ale to Gruzja.
Podskoczyliśmy na chwilę do ich domu, gdzie zostawiłem bagaż, podjechaliśmy po ich znajomą i oczywiście na obiad do tradycyjnej gruzińskiej restauracji. Właśnie tam pierwszy raz spróbowałem ich narodowego specjału - chinkali. I się zakochałem. Lubię pierogi z mięsem, a chinkali nieco je przypominają tylko, że są smaczniejsze i bardziej sycące. Zjadłem 6 i miałem dość (dla porównania: pierogów jestem w stanie zjeść około 14).

Po obiedzie ruszyliśmy w drogę do Borjomi, po drodze zahaczając o Uplisyche, które jest miastem wykutym w skale i zamieszkanym już w epoce brązu. Pewnie zrobiłoby na mnie większe wrażenie, gdyby nie to, że dwa tygodnie temu widziałem coś podobnego w Bakczysaraju.

Borjomi, to natomiast miejscowość, która słynie z źródeł mineralnych jak i również tras narciarskich.
Dwie godziny i dotarliśmy na miejsce. Pierwszym punktem zwiedzania był monastyr ukryty głęboko w lesie z interesującą historią.

Jak nam powiedział lokalny mnich, w XVI wieku monastyr został zaatakowany przez Turków Osmańskich, a mnisi wymordowani, ponieważ stanęli w obronie swojej wiary. Co ciekawe, w miejscu gdzie ich zakatowano do dzisiaj znajdują się kamienie czerwone od krwi,a ich szczątki spoczywają jako relikwie na stole. Tak, na stole. Klasztor dopiero zbiera fundusze na jakiś zgrabny relikwiarz, a tymczasem szczątki mnichów ułożone są na drewnianym ołtarzu, przed którym znajduje się kilka klęczników.

Z klasztoru ruszyliśmy do parku gdzie znajdują się źródła wód mineralnych. Nugzari powiedział, żeby wypił trochę, a resztę wziął na zapas na jutro, bo w ich domku letniskowym czeka nas, cóż by innego, supra.Chinkali jeszcze spokojnie leżało w brzuszku i nie wyglądało jakby miało się ruszać, więc znowu miałem to uczucie, że patrzę obżarstwu głęboko w oczy. Nie ucieknę. Jedziemy.

Domek letniskowy okazał się bardziej daczą z potężnym ogrodem. Przypomniało mi się jedno z gruzińskich przysłów - " W Gruzji możesz być biedny, ale głodny nigdy nie będziesz". 100% prawdy. Przez większość roku piękna pogoda pozwala na uprawianie wszelkiego typu roślin, owoców i warzyw.
Na wejściu powitali nas znajomi moich hostów,mama Natii oraz ich dziecko - 6 letnia Katia. Przyznam szczerze, do salonu wchodziłem z żołądkiem na ramieniu. Pierwsze spojrzenie na stół i nieufnie do kuchni, chłodna ocena sytuacji i kalkulacja. 8 osób i około 3kg jedzenia. Dam radę pod warunkiem, że nie będzie za dużo wina. I nie było. Kolacja była przepyszna, spróbowałem kolejnych tradycyjnych dań m.in chaczapuri i wszystko zapiłem domowej roboty, czerwonym winem.

Po wszystkim już na spokojnie wyszliśmy na taras i patrzyliśmy na bezchmurne niebo rozmawiając o wszystkim i o niczym. Piękny dzień.
Dzień 27
Odpoczynek. Pełną gębą. Jeden jak i drugi mój host musiał pracować, więc mi pozostawało uzupełnianie bloga, informacji o Iranie i Azerbejdżanie oraz jedzenie. O to ostatnie troszczyła się córka Katia oraz mama Natii. Poważnie jak przez godzinę nic nie jadłem to patrzyły na mnie zmartwionym wzrokiem. Czułem presję, więc jadłem.

Wieczorem po powrocie Natii pojechaliśmy zobaczyć Tbilisi nocą. I przyznam szczerze, że w pełni zasługuje na miano "Miasta świateł". Wjechaliśmy na najwyższy punkt w okolicy i widok zapierał dech w piersiach. Jeden z poetów napisał, że wygląda to mniej więcej tak jakby gwiazdy schodziły spać do Tbilisi. Miał rację.

Dzień 29
Wstałem o 9. Byłem wyspany, najedzony, wypoczęty i wszystkie rzeczy pachniały wizirem. Podróżowanie można zacząć od początku. Mój host podwiózł mnie na wylotówkę z miasta, gdzie stanąłem z tabliczką "Signagi" i już po 2 minutach jadę.
Moim kierowcą okazał się płynnie mówiący po angielsku neurochirurg, który jechał na urodziny znajomego 40 km w moim kierunku. Pogadaliśmy o wojnie, polityce, poopowiadał mi kilkanaście żartów o Ormianach (nie wiem czemu, ale cała Gruzja opowiada żarty o nich) i wysadził z informacją, że jak utknę , to mam dzwonić i się mną zajmą. Klasyk
Kolejny autostop znowu po 2 min. I znowu to samo.Wojna, polityka, przyjaźni, rodzina i wysadził mnie 6km przed Signagi
W ogóle nie pisałem o tym jeszcze, ale teraz sobie przypomniałem, więc napiszę. Część z Was myśląc o Lechu Kaczyńskim pewnie nie ma specjalnie dużo pochlebnych myśli, ale wypowiada się z szacunkiem, bo zginął tragicznie. W Gruzji go kochają. Dosłownie. Wszyscy otwarcie mówią, że gdyby nie zorganizował przyjazdu prezydentów do Tbilisi, to Rosja nie zawahałaby się zaatakować stolicy.A tak dzięki jego interwencji nie zaryzykowali i gruzini mieli czas na zorganizowanie obrony. Mówcie co chcecie,ale w Gruzji jest bohaterem dla wszystkich.
W pierwszym momencie miałem plan przejść się do Signagi na piechotę, ale wybił mi to z głowy gruzin, który nie proszony się zatrzymał i zaproponował, że podwiezie do centrum. Klasyk.
Signagi okazało się przeuroczym miastem odrestaurowanym kilka lat temu. Jego usytuowanie było po prostu nieziemskie. Na szczycie wzniesienia z widokiem na całą dolinę i góry Kaukazu odległe o 30km.
Rozbiłem namiot przy murach miejskich i ruszyłem w kierunku Monastyru św. Nino, który jest największą atrakcją w okolicy. Według wszystkich było to nie więcej niż 2km, ale oczywiście ślepy Przemek nie zobaczył drogowskazu wielkości stodoły i zrobił 6kilometrowy spacer dookoła. W klasztorze znajduje się źródło, w którym można się wykąpać i któremu przypisuje się wiele cudów. Jak dotarłem brudny i spocony, byłem pewny, że osiągnę nirwanę jeżeli spłuczę to wszystko z siebie. Niestety gigantyczna kolejka mnie zniechęciła i po zrobieniu kilku zdjęć wróciłem do miasta(tym razem zauważyłem znak)
Wracając wpadłem na głupi pomysł. Wejdę na dach budynku i zrobię zdjęcie miasta i doliny. Zacząłem się rozglądać i znalazłem. Problem był w tym, że zostałem przyłapany w trakcie wspinaczki. Na szczęście przez dwie dziewczyny z plecakami. Jak im wytłumaczyłem co mam zamiar zrobić, to się podzieliliśmy. One na czatach, a ja wchodzę. Później zmiana.
Po wszystkich, gdy już byliśmy wspólnikami w zbrodni, przedstawiliśmy się sobie nawzajem. Okazało się, że Paulina i Manuela pochodzą z Szwajcarii i podróżują po Gruzji autobusami(cieniasy). Szukały również miejsca na namiot, więc zaproponowałem, że mogą się rozbić obok mnie, bo zawsze raźniej i bezpieczniej. Tak też zrobiły, a następnie zaprosiły mnie na degustację win.
Idąc miastem spotkaliśmy mojego kierowcę z żoną, a następnie ich znajome z Batumi, więc taka wesoła gromadka poszliśmy na degustację i przez blisko 2 godziny rozmawialiśmy o naszych doświadczeniach związanych z Gruzją i różnicami pomiędzy naszymi krajami.
o 23 dziewczyny wpadły na pomysł, żeby nasi przypadkowo spotkani znajomi wpadli do nas do namiotów na makaron. Mój kierowca odmówił, ale koleżanki z Batumi się zgodziły i tym samym wieczór spędziliśmy przy murach zamkowych gotując makaron w międzynarodowym towarzystwie.
Dzień 30
Jak zwykle wstałem rano tego samego powodu. Skwar okrutny. Tak sobie myślę, że nie pamiętam pochmurnego dnia. Owszem burze się zdarzały, ale dwie godzinki i znowu czyste niebo.
Pożegnałem się z dziewczynami i ruszyłem na trasę. Głównym problemem był absolutny brak ruchu na trasie. Niedziela, godzina 7 rano, więc nikt normalny o tej porze nie jeździ autem na wsi. Tak czy inaczej po 40 min jedno auto zwiozło mnie do miasta, gdzie się przeszedłem i stanąłem na wylotówce. Tam znowu 40 min czekania, aż zabrało mnie sportowe auto na granicę z Azerbejdżanem. Okazało się, że mnóstwo osób z okolicznych wiosek jeździ tankować do sąsiadów, bo jest po prostu dużo taniej. Tak czy inaczej, z żalem pożegnałem Gruzję i pewnym krokiem wszedłem do kraju nazywanego Bramą Orientu.

Na granicy pierwsze słowa jakie usłyszałem to pytania po polsku - "No proszę, Polak! Co tam słychać i po co jedziesz do Azerbejdżanu?". Najśmieszniejszy jest fakt, że wypowiedział je strażnik graniczny! Chwilę z nim pogadałem i okazało się, że przez rok studiował w Polsce. W sumie tylko dzięki niemu uniknąłem nieprzyjemności, bo kolejny strażnik zaczął mnie wypytywać o Armenię i o moją wizę. Robił to, delikatnie mówiąc, niezbyt przyjaznym tonem. Na szczęście mój "polski" kolega interweniował i powiedział, żebym się nie przejmował i znikał. Pożegnał mnie słowami, uwaga, "Pomyślności!". I nawet mu to wyszło.
Usiadłem sobie na plecaku z tabliczką "Seki" i czekam. Zatrzymały się dwa auta, ale kierowcy chcieli pieniądze, więc po ludzku się nie zgodziłem. Trzecim samochodem kierował Gruzin, który jak na gruzina przystało zawiózł mnie nie 5km do najbliższego miasta, a 50 na najbliższą autostradę. Przysięgam, jak spotkam Gruzina w Polsce to mu swoje łóżko oddam.
Następnego stopa złapałem dość szybko, a moim kierowcą okazał się uśmiechnięty od ucha do ucha złotozębny "Czamur", który nie rozumiał nic po angielsku czy rosyjsku, ale nawijał jak najęty. No i doszło między nami do drobnego nieporozumienia, ponieważ wysadził mnie w złym miejscu i musiałem maszerować w pełnym słońcu jakieś 5km. I wtedy utknąłem. Owszem zatrzymywało się dużo aut, ale wszyscy, WSZYSCY pytali się ile im zapłacę. Po 2 godzinach tłumaczenia ciągle tego samego zirytowałem się i po prostu wsiadłem w autobus jadący do Seki, które określane jest jako najpiękniejsze zaraz po Baku.
W autobusie okazało się, że nie jestem jedynym turystą. Oprócz mnie była w nim jeszcze nauczycielka z Holandii. W sumie zaczęliśmy rozmawiać dopiero jak wysiedliśmy na dworcu i zostaliśmy oboje otoczeni chmarą taksówkarzy.
Paulina, bo tak miała na imię, mówiła tylko po angielsku co w krajach Kaukazu jest warte tyle co nic. Ja i mój rosyjski postanowiliśmy jej pomóc, bo wyglądała na typową blondynkę z dowcipów. Okazało się, że ma zrobioną rezerwację w hotelu, więc po prostu zamówiliśmy taksówkę i pojechaliśmy. Hotel okazał się być umiejscowiony w dawnym karawanseraju, czyli miejscu w którym kiedyś spotykali się kupcy.

Karawanseraj jest charakterystyczną budowlą dla tego regionu świata, ponieważ kilkaset lat temu przebiegał tutaj Szlak Jedwabny i potrzebne były miejsca, gdzie kupcy mogli przenocować i bezpiecznie handlować. W piwnicy budynku znajdował się magazyn, na parterze kupcy handlowali, a na piętrze spali. Hotel, w którym spała Paulina znajdował się właśnie na piętrze. Za jedną noc 60$.
Osobiście miałem plan spać w namiocie, ale zaczepił mnie starszy jegomość, z którym po krótkich negocjacjach dobiłem targu. Nocleg w kwaterze prywatnej za 4$. Stać mnie, a co!
Umówiłem się z Pauliną, że jak się już oboje zadomowimy, to spotkamy się w centrum, więc poszedłem zobaczyć jak wygląda moja kwatera.
Był to drugi raz gdy zapłaciłem za nocleg, ale pierwszy był nieco droższy i warunki były średnie, dlatego szedłem nie spodziewając się szału. A szał był. Jak zobaczyłem miejsce, gdzie mam spać, to obudziło się we mnie dziecko. 26 łóżek i wszystkie dla mnie!

No ale zwiedzać trzeba. Wziąłem prysznic i ruszyłem do centrum. Paulina była spóźniona, więc po prostu poszedłem do kawiarenki internetowej sprawdzić wiadomości. Okazało się, że w miejscu gdzie miałem być za 4 dni, było spore trzęsienie ziemi z setkami ofiar. Pierwszy przebłysk świadomości, że jednak całkiem sporo ryzykuję jadąc w te regiony. No ale nic.
Po godzinie spotkałem się z Pauliną i poszliśmy na herbatę, gdzie dużo rozmawialiśmy o Gruzji i o kulturze tego regiony. Muszę przyznać, że zwróciła mi uwagę na dość istotną rzecz, której nie zauważałem do tej pory. A mianowicie rolę i pozycję kobiet w Gruzji.

I doznałem olśnienia. Rzeczywiście ani razu nie spotkałem samotnie spacerującej po ulicy kobiety(Tbilisi jest wyjątkiem). Zawsze były one w towarzystwie mężczyzn i z reguły nie wypowiadały się na żaden temat jeżeli się ich nie zapytało o opinię. To faceci zawsze dyskutowali. Moja nowa holenderska znajoma powiedziała mi również, że nawet ona jako samotnie podróżująca europejka, jest owszem, traktowana miło, ale żaden facet nie bierze jej poważnie, tylko uśmiecha się w stylu "tak, tak, cokolwiek chcesz, to sobie mów, mnie to i tak nie obchodzi"
Pijąc herbatę, która jest chyba wszechobecna w Azerbejdżanie, przyglądałem się mieszkańcom, którzy zawzięcie grali w śmieszną planszówkę.
Nie znam reguł tej gry, ani sensu, ale jest ona nierozłączną częścią całego rytuału picia herbaty.

Jako, że zaczęło się już ściemniać, więc zaproponowałem Paulinie, żebyśmy zobaczyli tutejszy meczet, a resztę zobaczyli jutro, bo byłem naprawdę padniętym dniu podróżowania. Zgodziła się zaskoczona, że mają tu meczety.
Dzień 31
Wstałem dopiero o 9, bo pomieszczenie miało klimatyzację, więc nie było mi ani za gorąco ani za zimno. Tak czy inaczej postanowiłem zobaczyć Pałac Chana jeden z najcenniejszych zabytków Azerbejdżanu.
W przewodniku miałem napisane, że jest to jeden z trzech (obok tego w Bakczysaraju i Baku) pałaców tego typu na świecie, więc byłem ciekawy co zobaczę. A nie zobaczyłem za dużo.

Oczywiście główny problem to brak możliwości robienia zdjęć, ale i tak sam pałac nie zrobił na mnie dużego wrażenia po tym co widziałem na Ukrainie. W skrócie 6 komnat z pięknymi malowidłami, ale nic poza tym. Dosłownie nic oprócz podłóg.
W drodze powrotnej(godzina 13) natknąłem się na Paulinę wychodzącą z hotelu, więc powiedziałem jej gdzie ma iść, żeby zobaczyć coś ciekawego, a następnie spakowałem plecak i ruszyłem na trasę w kierunku Baku.

Wpierw 8km na piechotę do wylotówki i stoję. Po chwili zatrzymał się samochód. Kierowca powiedział, że może mnie podwieźć tylko 10km. W sumie czemu nie? Opłaciło się. Jak tylko wsiadłem zaproponował obiad. W sumie wykorzystałem sytuację, żeby porozmawiać o dość drażniącym problemie - Górny Karabachu.

Czym jest Górny Karabach? Jest to region na pograniczu Armenii i Azerbejdżanu, który jest przedmiotem sporu pomiędzy tymi dwoma krajami. Po rozpadzie Związku Radzieckiego, Górny Karabach został przyznany Azerbejdżanowi mimo, że przygniatająca większość jego mieszkańców stanowili Ormianie. Tak czy inaczej Ormianie przegnali Azerów i obecnie władają nad Górnym Karabachem, ale jest to bardzo niebezpieczny region, ponieważ stale dochodzi tam do wymiany ognia na posterunkach granicznych.
Po obiedzie zostałem wysadzony na autostradzie w kierunku Baku. Stałem przy posterunku policji, więc dość szybko zostałem zauważony i zasypany gradem pytań. I znowu ten sam problem. Autostop jest tutaj praktycznie nieznany. Na szczęście zrozumieli, że podróżuję za darmo i mi pomogli. Jak? Ano zatrzymali autobus, a kierowca powiedział, że weźmie mnie za darmo. Bajka.

W autobusie jak to w autobusie. Nic ciekawego. Kolejne przygody zaczęły się na dworcu w Baku.
Oczywiście już w 5 sekund po opuszczeniu autobusu zostałem otoczony przez kilkunastu taksówkarzy, z których każdy oferował to samo, ale zwrot - "Nie nada" odpędzał ich skutecznie.
Zadzwoniłem do mojego hosta w Baku i okazało się, że z dotarciem w okolice jego domu muszę sobie radzić sam. Wygląda to mniej więcej tak: w obcym mieście, w nocy, bez mapy i gdzie na szczęście większość ludzi mówi po rosyjsku.
Pierwsze co to musiałem znaleźć autobus jadący w stronę metra (o rozkładach czy planach nie piszę, bo ich po prostu nie ma), więc zacząłem pytać ludzi. Okazali się tak pomocni, że nie tylko wsadzili mnie do autobusu, ale również za niego zapłacili. W autobusie, w miejscu gdzie miałem wysiąść dwóch panów rzuciło się, żeby mi pomóc z wynoszeniem plecaka i pokazaniem kierunku gdzie mam iść. W metrze to samo. Pomocni ludzie, którzy zapłacili, za mój bilet i pokazali gdzie mam wysiąść, a na właściwej stacji policjant, który zadzwonił do mojego hosta, powiedział gdzie jestem i oddał w jego ręce. No bajka!
Moim hostem w Baku okazał się Tayrun, 29latek pracujący w przemyśle naftowym( tak jak 30% ludzi w Baku). Niestety nie mógł mnie oprowadzać po mieście, bo pracował od 9 do 19, ale zaopatrzył mnie w mapę, przewodnik i kartę do metra. Dodatkowo okazało się, że większość mojego pokoju zajmuje wielkie królewskie łoże! Jedyną obsesją mojego hosta była woda i prąd. Wyobrażacie sobie wyłączać korki w mieszkaniu za każdym razem jak wychodzicie? No i to samo z wodą. Zakręcał wodę w całym mieszkaniu na noc i jak wychodził. Było to o tyle problematyczne, że nie powiedział mi jak to wszystko włączyć, więc gdy wróciłem z zwiedzania pierwszego dnia. Spędziłem 20 min na poszukiwaniu korków i głównego zaworu.
Tak czy inaczej powiedział mi co warto i co koniecznie muszę zobaczyć i poszedłem spać nie mogąc doczekać się kolejnego dnia.
Dzień 32
Wstałem razem z moim hostem i razem wyszliśmy z mieszkania poczym ruszyłem na miasto. Baku okazało się być śliczne. W całości zachowana starówka i mury obronne. Dodatkowo szerokie deptaki i ulice. Mój plan na dzisiaj - zwiedzić starówkę, a wieczorem przejść się deptakiem nad morzem.

Jak pomyślałem tak zrobiłem. W pierwszej kolejności zobaczyłem jeden z symboli Baku nazywany Wieżą Dziewiczą, która jest niczym innym jak wysoką wieżą z XII w. z której rozciąga się wspaniała panorama na całą starówkę. Następnie ruszyłem uroczymi uliczkami co chwilę skręcając do meczetów, karawanserajów, aby w końcu dotrzeć do Pałacu Szirwanszachów, średniowiecznego kompleksu na terenie którego znajduje się obecnie muzeum przedstawiające historię miasta.

W ogóle spacerując przez 5 godzin po starówce nie spotkałem, żadnych innych turystów! Zero! Null! Nic! Miało to swoje plusy i minusy. Plusem oczywiście był fakt, że spacerowałem po pustym mieście i nie męczyłem się w tłumie innych robiących zdjęcia, krzyczących i wpadających na siebie turystów. Minusem było to, że dla lokalnych sprzedawców byłem jedynym potencjalnym kupcem, więc co chwilę mnie jakiś zaczepiał i próbował wprowadzić do siebie do sklepu. Pierwszemu się udało, ale później już wiedziałem co mnie czeka, więc starałem się grzecznie odmawiać.

W spacerując po starówce znalazłem jeszcze jedną ciekawą rzecz - muzeum miniaturowych książek z całego świata, a miła pani, która była jego opiekunką pokazała mi również część wystawy poświęconą Polsce

Po 5 godzinach postanowiłem wrócić do domu i zrobić sobie obiad oraz odpocząć.
Wieczorem umówiłem się na spacer z kolejną osobą z couchsurfingu - Narmina. Przeurocza dziewczyna, z którą przespacerowałem się wzdłuż morza i podziwiałem Baku nocą, które okazało się być zupełnie innym miastem. Tysiące ludzi na ulicach, tysiące świateł, a całości dopełniały imponujące "Ogniste wieże", czyli nowoczesne budynki imitujące płomienie i jedna z największych flag na świecie.

Rozmawiając z Narminą poruszyłem temat religii w Azerbejdżanie, ponieważ zdecydowana większość mieszkańców stanowią muzułmanie, ale państwo samo w sobie jest laickie i nie narzuca, żadnych odgórnych reguł dotyczących ubioru czy też zachowań. Okazało się, że owszem zdecydowana większość jest muzułmanami, ale za wyjątkiem mieszkańców południa nikt nie odwiedza meczetów czy też nie modli się trzy razy dziennie.

Do domu wróciłem o 0.00 pogadałem jeszcze chwilę z Teymarem o jego sposobie postrzegania religii i zaległem spać.
Plan na jutro - "Płonące skały" i kompleks przygotowany na tegoroczną Eurowizję.
Dzień 31
Wstałem dopiero o 9 z paskudnym bólem głowy i generalnym bólem pleców. Teoretycznie mógłbym opisać jeszcze kilkanaście dolegliwości, które dokuczały mi tego ranka (bo jak powszechnie wiadomo faceci nigdy nie chorują, tylko za każdym razem walczą o życie), ale sobie podaruję. Podniosłem obolałe cielsko i zabrałem się za pakowanie.Plan na dzisiaj - wycieczka za miasto.
I znowu. Spacer, metro i poszukiwanie autobusu, który jedzie w moim kierunku, co bez znajomości lokalnego języka zawsze jest przygodą. Ale w końcu po 20 min szukania w końcu znalazłem rozklekotaną marszrutkę jadącą do Janar Dah.
Janar dah w przewodniku zostało oznaczone gwiazdką, jako miejsce, które koniecznie trzeba zobaczyć. W przypisie dodatkowe wrażenie robił opis "płonące skały, które od wieków budziły przerażenie najeźdźców". Jechałem, więc z nastawieniem, że zobaczę coś niesamowitego i potężnego. Niestety rozczarowanie było spore.
Po godzinie podróży marszrutką i kilkudziesięciominutowym spacerze w pełnym słońcu, okazało się, że owe górnolotnie nazwane "płonące skały" to nic innego jak kilka miejsc, w których pali się ogień nie większy niż ten z mojej turystycznej kuchenki gazowej odkręconej na maxa.
Zły na przewodnik, marszrutkę, skwar i bolącą głowę postanowiłem wrócić do domu. I koniec końców dobrze zrobiłem, bo już w drodze powrotnej czułem, że mam gorączkę, której nabawiłem się prawdopodobnie wczoraj, wchodząc na zmianę na 40 stopniowy upał i do klimatyzowanych pomieszczeń.
Resztę dnia spędziłem w łóżku robiąc wszystko, żeby jutro być w stanie ruszyć dalej w kierunku Iranu.Niestety choroby zdarzają się też podróżnikom.
Tayrun wrócił z pracy dopiero o 22, ale był tak miły, że przygotował mi tradycyjną azerbejdżańską obiadokolację. Nazwy nie pamiętam, ale generalnie są to rozgotowane na pulpę pomidory z przyprawami podsmażone na patelni. Na to wylewa się rozbite jajka i trochę masła poczym robi coś w stylu rzadkiej jajecznicy. Całkiem smaczne

W trakcie rozmowy okazało się, że koniecznie chce mi pokazać wschód słońca w miejscu, z którego widać platformy naftowe na Morzu Kaspijskim, nazywane również platformami Jamesa Bonda, ponieważ nakręcono tutaj dużo scen z "Jutro nie umiera nigdy"
Dzień 32
Pobudka o 5 rano i uśmiech na twarzy. Nic mnie nie boli, paracetamol zrobił swoje. Zapakowałem bagaże do auta mojego hosta i pojechaliśmy nad morze podziwiać platformy o wschodzie słońca. I wyglądało to naprawdę nieziemsko. Jest to ponad 300km mostów dróg, placów, parków(sic!) na których żyje około kilkutysięcy ludzi, którzy mogą się dostać na ląd wyłącznie za pomocą łodzi lub helikopterów.

Jako, że mieliśmy jeszcze sporo czasu mój host zdecydował, że podwiezie mnie jeszcze do Gobustanu, czyli miejsca gdzie znajdują się pamiątki z epoki kamienia łupanego i wulkany błotne.
Generalnie gdyby nie Tayrun to pewnie nigdy bym tam nie dojechał, bo jest to absolutna pustynia, a poszczególne malowidła są oddalone od siebie o kilka kilometrów. Ruch zerowy.
Tak czy inaczej owe archaiczne malowidła przypominały mi te ze szkolnych ławek. Proste, wydrapane z trudem i mające więcej wspólnego z przypadkowym skrzyżowaniem kresek niż ze sztuką.

Chciałem jeszcze zobaczyć wulkany błotne, ale niestety Tayrun musiał jechać już do pracy. Miałem prosty wybór. Zostać na pustyni, gdzie nie widziałem nikogo i poszukać wulkanów błotnych z nadzieją, że później mnie ktoś z nich zabierze, albo je sobie podarować i wyskoczyć na trasę w kierunku Iranu. Wybór oczywisty.
Mój host, po męskim pożegnaniu, zostawił mnie na stacji benzynowej, gdzie przy ogólnym zainteresowaniu pracowników, zacząłem się rozglądać za transportem. Na pierwszy ogień TIR i się udało. Transport aż do Lenkoran, gdzie miałem zamiar spędzić noc.
5 godzin drogi przez Azerbejdżan w towarzystwie wesołego kierowcy, który zasypywał mnie opowieściami typowymi dla kierowców - dziewczyny, papierosy, samochody.
W Lenczeranie postanowiłem w pierwszej kolejności znaleźć kafejkę internetową, żeby uaktualnić bloga, ponieważ w Baku nie miałem takiej możliwości. Miałem szczęście, bo jak tylko skończyłem, to w cale miasto od prądu odcięli. Postanowiłem, że czas na zasłużony odpoczynek po zwiedzaniu Baku i poszedłem nad plażę.
Pierwsze myśli to brudna woda i piasek, ale z drugiej strony ciepła kąpiel i opalanie. Decyzja - zostaję do wieczora. Kupiłem sobie jeszcze piwko i snikersa i zaległem na 4 godziny.

O 20 wróciłem jeszcze do kafejki, żeby sprawdzić ile osób kliknęło "Lubię to" (taki mój nałóg) i po sprawdzeniu Google Maps poszedłem w kierunku wylotówki z miasta, wywołując sporą sensację.
Lenkoran to dość mała miejscowość, więc blondyn spacerujący główną ulicą o 22, z dwoma wielkimi plecakami i bananem na twarzy, wzbudzał podobne zainteresowanie do tego co wielki murzyn jadący na koniu w Trąbkach Wielkich.
Tak czy inaczej po 40 minutach marszu dotarłem nad rzekę, gdzie planowałem spędzić noc. Problem ten sam co zawsze - za gorąco, więc wpadłem na pomysł, że po prostu wyciągnę karimatę, plecak pod głowę i spać. I to był głupi pomysł. Całą noc się budziłem, bo coś szeleściło, stukało czy też chrumkało.

Za pierwszym razem, po mniej więcej godzinie snu, leżałem oko w oko z jeżozwierzem( nie żebym kiedyś go widział, ale wydawało mi, że właśnie tak powinien wyglądać jeżozwierz - krzyżówka borsuka/bobra i jeża). Spojrzałem mu głęboko w oczy i już wiedziałem, że on będzie pierwszym z nas dwoje, który ucieknie. Miałem rację.
Po kolejnej godzinie snu znowu hałas. Otwieram oczy, biorę kamienia i rzucam w ruszające się krzaki. Kot.
Następne dwie godziny snu i czuję coś na kolanach. Otwieram oczy, a tam w najlepsze siedzi sobie nietoperz. Po moim "wojowniczym" okrzyku oboje wyrwaliśmy się do góry i jestem na 100% pewny, że pierwszą fazę lotu miałem zdecydowanie szybszą niż on. Wracam spać dalej zły na siebie, że nie rozstawiłem namiotu. Oczywiście do pobudki już tylko dwie godziny, więc nie ma sensu tego robić.
Ledwo usnąłem i znowu. Syrena przeciwlotnicza. Tzn. to była moja pierwsza myśl. Po chwili okazało się, że gardłowe okrzyki przypominające syrenę przeciwlotniczą to po prostu dźwięki z pobliskiego minaretu, którego wcześniej nie zauważyłem. Myślę sobie - "nie ma sensu wstawać, bo zaraz skończy. Przecież ile można wołać ludzi, żeby wstawali?". Okazało się, że można i to bardzo długo. Przysięgam, 10-15 min gardłowych okrzyków. Po całej nocy jedna myśl - zastrzelcie mnie jeśli kiedykolwiek znowu będę chciał spać sobie pod chmurką.








Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.