Dzień 33
Plecak założony i idę na trasę z tabliczką Tehran. Przyjemnie chłodno (no bo 5.30 rano) i zero aut. Na szczęście po kilku minutach zatrzymuje się auto. Byłem jeszcze nieprzytomny, więc zapomniałem się upewnić czy darmowe. I jak dojechaliśmy na granicę to szlag mnie trafił, bo facet do mnie z tekstem, żebym mu płacił. Patrzę na dach i upewniam się, że nie widziałem koguta i mówię, że nic nie płacę, bo nie powiedział, że to taxi i wychodzę. Ten wybiega i się drze. Skutek? Po minucie pojawia się policjant. Jego znajomy oczywiście. Moje szanse zerowe. Plując ogniem, rzucam mu 20zl i ruszam w kierunku granicy.

Wejście na przejście graniczne okazało się delikatnie mówiąc dziwne. Umiejcowione na środku bazaru, bez praktycznie żadnych oznaczeń. Okazało się, że musiałem czekać 2 godziny na otwarcie, ale na szczęście miło spędziłem ten czas rozmawiając z żołnieżem azerbejdżańskim, z którym zresztą przeprowadziłem fajny wywiad i pogadałem o służbie wojskowej, Iranie i Islamie.

Granicę otworzono o 9. Ruszam. Na stronie Azerbejdżanu problemy. Dwóch cwaniaków z służby granicznej ewidentnie chce, żebym im zapłacił, bo inaczej, będą mi robić problemu. Gdy okazało się, że jedyne co mam na 21 dni w Iranie, to 50 dolarów(drugie 50 ukryłem głęboko) zlitowali się i mnie puścili.

Po stronie irańskiej problemy. Pani cała ubrana na czarno nie rozumie jak tutaj dojechałem, ani po co, ani co zamierzam robić. No i jestem z Uni Europejskiej, która nałożyła ostanio kolejne sankcje na Iran. 10 min sprawdzania wizy i idziemy do starszego stopniem. Ten stwierdził, że musimy pogadać, w spokojnym miejscu, gdzie wszystko wylumaczę. Po drodze przyłączają się do nas dwaj kolejni strażnicy i tym samym wkraczam do biura kierownika w towarzystwie 4 oficerów granicznych.

Jak w końcu zrozumieli jak tu dotarłem i co robię, to zaczęli się śmiać. Na całego. A co mi tam? Też się śmieję, bo śmiech to najlepsze lekarstwo na problemy(nie licząc taksówkarzy). Napisali mi na tabliczce Tehran w farsi i wypuścili tylnimi drzwiami, żebym już nie stał w kolejkach.
I jestem! po 33 dniach podróży przekroczyłem granicę kraju, o którym w Polsce mówi się wyłącznie poruszając temat programu nuklearnego i ewentualnej wojny z USA i Izraelem.
Pierwsze co to zostałem zaatakowany przez taksówkarzy( oczywiście) i chłopaków wyieniających pieniądze (w Iranie w związku z embargo, nie akceptują VISA i MASTERCARD). Dosłownie zaatakowany w ciągu 10 sekund otoczyło mnie około 20 osób pytających o to samo. Nie nada, nie nada! W pewnym momencie słyszę angielski. Patrzę kierowca auta pytający się czy jadę w kierunku Tehranu. Jadę! No to wskakuj! Wskakuję!
Moim kierowcą okazał się emerytowany nauczyciel języka angielskiego, który pomógł mi wymienić pieniądze w normalnym punkcie, a następnie pojechał ze mną w kierunku stolicy. W trakcie jazdy powiedział mi smutną rzecz - autostop jest zabroniony w Iranie. Mówił to na tyle przekonywująco, że mu uwierzyłem i dlatego w miejscowości, gdzie się z nim pożegnałem, po prostu kupiłem bilet autobusowy na Tehranu.
Początkowo byłem na siebie zły, bo jednak podróżując autostopem jest większa szansa na poznanie ciekawych ludzi. I byłem w bedzie!
Pierwsze co zrobiłem w autobusie to oczywiście odespałem nieprzespaną noc. A później zainteresowałem się moim sąsiadem. Nieśmiałe "du ju spik ingilsz?" i okazuje się, że Omid całkiem sporo rozumiał po angielsku, ale mówienie średnio mu wychodziło, dlatego pomagał sobie moim zeszytem i długopisem. Sprawnie opisał mi Iran najciekawsze jego miasta oraz wiele tradycji i zwyczajów, które opiszę w osobnym poście.

Do Tehranu dotarłem o 21.30. Omid wysiadł wcześniej, więc byłem zdany na siebie(mój host podał mi nazwę stacji gdzie mam dojechać i tyle). I znowu ten sam scenariusz.Tehran, miasto z 15 milionami miszakanców, wieczór, brak mapy, przewodnika i dodatkowe utrudnienie w postaci absolutnie żadnej znajopmości perskiego.
Postanowiłem na bezczelnego podchodzić do każdego i pytać się czy mówi po angielsku. Jeśli nie działało, to po prostu z nadzieją w oczach powtarzałem "metro station". Tym samym w końcu udało mi się znaleźć faceta, który nie dość, że mi wskazał drogę, to jeszcze poszedł ze mną, porozmawiał i zapłacił za biletautobusowy z radą, żebym w środku po prostu ciągle powtarzał "Enhalab, enhalab' (nazwa stacji metra).

I tak zrobiłem. Wsiadłem do autobusu i pytając wszystkich na około czy mówią po angielsku powatarzałem Enhalab, enhalab. Skutek był taki, że w momencie gdy dojechałem do Enhalab 10 osób zaczęło krzyczeć i mnie wypychać. Dotarłem do metra. Dzownię do mojego hosta, a on, że to nie koniec podróży i muszę jeszcze dotrzeć do kolejnej stacji metra. Jaaaa...
Poprosiłem, żeby wysłał mi nazwę stacji metra, ale 5 min czekania na smsa i już całkiem zły znowu zadzwoniłem, pytać co się dzieje. Okazało się, że wysłał mnie nie jednego,a 5 smsów.Mój telefon nie ogarniał irańskiej sieci. Tak czy inaczej znowu krążę jak ślepy po metrze, gdzie wszystko napisane jest w farsi, co bardziej przypomina wesołe słączki, niż alfabet, pytając się ludzi czy mówią po angielsku.
W końcu się udało i spotkałem młodego chłopaka, który nie dość, że mnie odwiazł do właściwej stacji metra, to jeszcze poczekał na spotkanie z moim hostem. Pierwsze co mnie uderzyło to jego skrajnie negatywne nastawienie do kraju i rządu. Przecież nie może być aż tak źle, prawda? Okazało się, że może, ale o tym w osobnym poście.

Dariusz, bo tak miał na imię, oddał mnie w ręce Alego - mojego hosta w Tehranie.
Ze stacji metra wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy na obrzeża miasta gdzie miszkał z bratem i rodzicami. Rodziców tymczasowo nie było, więc mieszkanie klasycznie stlao się miejscem spotkań znajomych.

Ali okazał się mega sympatycznym studentem matematyki stosowanej, nauczycielem w gimnazjum i drużynowym vice mistrzem kraju w origami!

Pierwszy wieczór spędziliśmy rozmawiając o podstawowych rzeczach w Iranie i uzupełnianiu moich braków o tym fascynującym kraju i poszliśmy spać.
Dzień 35
Mimo, ze dzień wcześniej siedziałem i rozmawiałem z Alim i jego bratem do 5 rano, to obudziłem się całkiem rześki już o 9. Moje krzątanie w łazience obudziło również resztę towarzystwa, które nie miało wyjścia i również powoli wstawało.
Śniadanie jest pierwszą rzeczą, którą opiszę. To irańskie jest absolutnie inne od tego co przywykłem widzieć i jeść.
Po pierwsze – nie je się na talerzach, tylko na chlebie. Chleb oczywiście nie wygląda tak jak ten europejski tylko bardziej przypomina bardzo duże, lekko wysuszone i cienkie naleśniki. Cała zabawa w jedzenie jest dość nużąca, bo ceremoniał polega na odrywaniu małych kawałków owego chleba i smarowania ich tym co znajduje się na stole. A na stole praktycznie zawsze znajduje się: dżem marchewkowy, orzechy, jogurt, masło, brzoskwinie lub śliwki i wszechobecna herbata.
Oczywiście nie wygląda to tak, ze urywasz sobie kawałek chleba wielkości dłoni i smarujesz czym chcesz. To by było zbyt proste i zbyt europejskie. Za każdym razem urywasz kawałek chleba, nie większy niż wizytówka, smarujesz najczęściej masłem, na to jogurt,lekko pokruszone orzechy, a następnie zawijasz i jesz. Jest to o tyle meczące, ze nie dasz rady najeść się dwoma czy trzema kanapkami tylko musisz ich zrobić co najmniej 10. Jak już się najesz to dla smaku zjadasz jeszcze jedna czy dwie „kanapki” z dżemem marchewkowym i jogurtem, które są mistrzowsko smaczne.

Gdy już się najecie, następuje ceremoniał picia herbaty, który powtarzał się później w nieskończoność, aż do mojego wyjazdu z Iranu.
Czym się różni picie herbaty w Iranie od tego w Europie? Wszystkim! Już samo przygotowanie jest inne. Mnóstwo liści herbaty wrzuca się do dzbanka i zalewa wrzątkiem, a następnie zostawia na co najmniej 15 min i przygotowuje tzw. esencję. Esencje wlewa się do małej filiżanki (maksymalnie 1/5 całości), a i rozcieńcza się wrzątkiem przygotowanym w samowarze.
Jest herbata, więc i musi być cukier. Normalnie cukier nasypuje się do filiżanki i gotowe, ale nie w Iranie. Przede wszystkim dlatego, ze przez cały mój pobyt nie widziałem sypanego cukru. Same kostki. Prawidłowe wypicie herbaty polega na zanurzeniu części kostki w herbacie na następnie położeniu jej na język i spokojnym popijaniu.

Całe to jedzenie i picie spowodowało, ze z domu wyszliśmy dopiero o 12, czyli w największym skwarze.
Ali mieszkał w północnej części Tehranu (TEHRAN, a nie Teheran), czyli części dla tzw. inteligencji i ludzi bardziej zamożnych. W okolicy znajduje się dawna siedziba szacha(będącego odpowiednikiem króla i wiele ogrodów, w których Irańczycy chętnie spędzają popołudnia i wieczory.
Jako, że temperatura zdrowo przekraczała 30 stopni, to postanowiliśmy w pierwszej kolejności zobaczyć właśnie pałac szacha.
I teraz pytanie kim jest/był szach? Ano szach rządził Iranem przed rewolucja. Jaką rewolucja? I tu nadchodzi czas na streszczenie nowożytnej historii Iranu.
Klasycznie zrobię to w dużym skrócie i uproszczeniu, żeby Was nie zanudzić zwłaszcza, że jeżeli to Was interesuje, to w internecie znajdziecie wszystko.
Po drugiej wojnie światowej Iranem rządził szach, który miał dobre stosunki z USA i światem, w dużej mierze dlatego, ze oddawał im praktycznie cała ropę. W 1951 stracił władze na rzecz demokratycznie wybranego premiera, który znacjonalizował praktycznie wszystko co związane z ropą i delikatnie mówiąc, wypiął się na wielkich potentatów m.in. na Anglo-Irańską Kompanie Naftową (dziś koncern BP). To oczywiście nie spodobało się w USA i Wlk. Brytanii, która zorganizowała tzw. operacje Ajax,która doprowadziła do ponownego odzyskania władzy przez szacha i umieszczenia premiera w areszcie domowym. Szach oczywiście odwdzięczył się Zachodowi przywracając dawne umowy i stosunki.
W kolejnych latach, owszem, Iran się rozwijał, ale w głównej mierze dzięki ropie.Nie mniej jednak widoczne były zmiany nazywane „białą rewolucja”, czyli rozwój, edukacja i np. zniesienie feudalizmu. Niestety, jak to zwykle bywa w tego typu rządach, duża role odgrywały tajne służby i policja, które sposoby działania miały porównywalne do Stasi. To rodziło niepokoje społeczne, strajki itp. Głównym przeciwnikiem Szacha byli fundamentaliści islamscy oraz komuniści, którzy z biegiem czasu buntowali się coraz otwarciej. No i ostatecznie jedne strajki zaczęły napędzać kolejne, a te jeszcze inne. W końcu Szach z rodziną dał nogę na Zachód, a władze w Iranie przejął wracający z wygnania ajatollah Chomeini, którego na lotnisku witało 10 mln Irańczyków.
Aby dojechać do pałacu szacha musieliśmy wpierw iść 20 min na piechotę, później wziąć taxi, następnie metro, a później autobus. Czemu? Ano bo Tehran jest olbrzymi ( większy od np. Londynu,Paryża, Istambułu czy Rio de Janeiro!)
Na pierwszy ogień taxi. Co może być dziwnego i ciekawego w złapaniu taksówki? Wszystko! W Iranie taksówki nie funkcjonują tak jak w Europie. W Iranie są to w większości prywatne osoby, które jak chcą sobie dorobić to po prostu krążą po mieście szukając klientów. Gdy widzą osoby stojące na poboczu to trąbią dwukrotnie i zwalniają, a wtedy osoba na poboczu wykrzykuje nazwe dzielnicy, do której jedzie. Kierowca albo się zatrzymuje, albo nie. W zależności od tego czy mu pasuje kierunek.. Oczywiście od nie podwozi pod sam dom, ale tylko w miejsce, które mu pasuje w danej dzielnicy. Taksówka to z reguły zdezelowany Peugeot, który może zabrać od 4 do 7 osób.
Oprócz samochodowych taksówek, są również motorowe, ale zdecydowanie polecane tym, których życie zależy od bycia na czas, bo na taximotorze mogą je łatwo stracić. Załadunek od 2 do 5 osób.

Ruch samochodowy w Iranie to coś niezwykłego. Światła (jeżeli są) migają tylko na pomarańczowo i czerwono. Nie maja one na celu regulować ruchu, a jedynie ostrzegać, ze to skrzyżowanie należy do bardziej ruchliwych. Pieszy nie ma żadnych praw, a pierwszeństwo ma większy lub szybszy. Motorów nie obowiązują żadne zasady, dlatego dość normalna i powszechna jest ich jazda pod prąd na trzypasmówce.
Po wyjściu z taksówki przesiadka na metro, które samo w sobie jest normalne, a jedyne co zaskakuje to wystrój. Praktycznie na każdej stacji znajdziecie mnóstwo bilbordów z tekstami poparcia dla Palestyny, hasła typu „Śmierć Izraelowi” czy też plakaty z firmami wspierającymi żydów i USA.

Pewnie część z Was słyszała również o osobnych miejscach dla kobiet i mężczyzn w autobusach. Prawda. W metrze jest podobnie. Pierwsze 2-3 wagony są przeznaczone wyłącznie dla kobiet, a reszta dla mężczyzn. W autobusach, którymi podróżowaliśmy później było o tyle inaczej, że po prostu autobus był podzielony barierką na pół. Tył dla kobiet, przód dla mężczyzn.

Po dojechaniu do pierwszego pałacu ruszyliśmy na zwiedzanie. I byłem rozczarowany. Taki sobie „O pałacyk” w środku, owszem wystrój na bogato, ale nic co wybiegałoby poza standard domu należącego do bogatej osoby. Wyjątkiem był pokój ze sprzętem dentystycznym naprzeciwko sypialni.

I później znowu ponad godzina w autobusach, tylko po to, żeby dotrzeć do drugiej rezydencji Szacha, w której tak samo jak w poprzedniej nie było nic ciekawego. Nawet fotela dentystycznego.

Po zwiedzaniu parków przyszedł czas na główny bazar Tehranu usytuowany w południowej części miasta. Oczywiście ponad godzina na dotarcie.

Sam bazar robi wrażenie wielkością, ilością ludzi i ilością identycznych towarów. Na jednej uliczce długiej na ponad kilometr sama biżuteria. Na kolejnej równoległej – dywany. Na prostopadłej orzechy, przyprawy, koszule, czadory itp.
Właśnie czador! Czym jest czador? W dosłownym tłumaczeniu czador, to po persku „namiot” i jest to czarny ubiór, który noszą na sobie najbardziej religijne kobiety. Generalnie kobiety w Iranie maja do wyboru albo nosić czador zakrywający dosłownie wszystko za wyjątkiem twarzy lub hidżab, czyli chuste zakrywajaca włosy(co nagminnie jest łamane przez „wyzwolone” kobiety).
W Iranie nie ma czegoś takiego jak „burka” czyli ubiór zakrywający wszystko poza oczyma.
Tak czy inaczej patrząc na te wszystkie kobiety śmigające w 40 stopniowym upale w czadorach(pod spodem maja zawsze normalny ubiór) było mi ich naprawdę żal, ale miałem dość śmieszne skojarzenia.
Jeśli pamietacie „Gwiezdne wojny” to występowała tam postać Lorda Vadera, który za każdym razem jak szedł, to jego czarna peleryna powiewała na boki. Właśnie tak wygladaja iranki, w czadorach, na ulicach. Brakowało mi tylko podkładu muzycznego.

Po wizycie na bazarze postanowiłem, ze ugotuje chłopakom polski obiad(miedzy innymi dlatego, ze od miesiaca marzyłem o gotowanej marchewce i ziemniaczkach). Ali zaakceptowal moją propozycję i poszlismy do jego kumpla mieszkajacego w akademikach, zeby zrobić liste zakupów. Przy okazji było już blisko zachodu słońca, więc skorzystaliśy z okazji, zeby się czegoś napić, bo był to ostatni dzień ramadanu, a mój host był religijny i ściśle przestrzegał jego zasad tj. zero picia i jedzenia od wschodu do zachodu słońca. Stwierdziłem, ze jak on może to i ja dam rade. Było naprawdę cieżko, zwłaszcza, że cały dzień chodziliśmy.

Po zrobieniu listy zakupów poszlismy na bazar mijajac po drodze uniwersytet Teheranu, gdzie w 2009 r. odbywały się wielkie manifestacje, strajki i protesty przeciwko fałszowaniu wyborów prezydenckich.
I znowu, krótka lekcja historii.
W 2009 r. odbyły się wybory prezydenckie, które zostały wg opinii wiekszosći obserwatorów sfałszowane i wygrał je pan, którego pewnie kojarzycie z mediów, mówiący ciągle o programie nuklearnym i ataku na USA i Izrael. Powiem, krótko – w Iranie go nie cierpią. Ale władza nie należy tylko do niego. Oprócz niego krajem rządzi dożywotnio wybierany Ajatollah, który stoi na straży prawa i to on jest głową państwa i to mu podlegają siły zbroje. Go lubi więcej osob, bo jest on kimś w rodzaju papieża w Watykanie. Przykładem, wzorem i kimś kogo słuchają ludzie najbardziej wierzący i (jak to określił mój host) głupi i ślepi.
Tak czy inaczej w 2009 r. doszło do najwiekszych strajków od czasów rewolucji. Ludzie protestowali i walczyli na ulicach, a policja otwierała ogień do strajkujących i blokowała wszystkie możliwe kanały informacyjne (zero dostepu do Internetu, smsów, telefonów itp.)Po kilkunastu brutalnie rozpedzonych demonstracjach strajki zamarły. Warto wspomnieć, ze ilość uczestników tych prostestów była liczona w setkach tysięcy. Gwoździem do trumny „zielonej rewolucji” było poparcie jakiego udzielił prezydentowi ajatollah, uznając wybory.
Właśnie przy bramie uniwersytetu wyciągnałem aparat i zrobiłem zdjecie. To był błąd. Nie zauwazyłem policjanta, który do mnie podbiegł i krzycząc wyrwał aparat.Gdyby nie Ali, to prawdopodobnie był stracił nie tylko zdjecie, ale i cały sprzęt pod groźbą aresztu.
Dobrze nastraszony od tej pory za kazdym razem zanim zrobiłem zdjecie, to rozgladałem się na boki.
Gdy wróciliśmy do domu, to wziałem się za gotowanie. Marchewka, groszek, kurczak, ziemniaczki. 45 min i był obiad dla pięciu chłopa, bo Ali zaprosił swojego kumpla i jego bat też się pojawił z kolejnym. Było samcznie i wesoło. Oczywiście pytałem czy smakuje i wiadomo, że opowiedzieli twierdząco, ale 100% pewności mialemdopiero jak wyjeżdżałem, gdy nieśmiało poprosili mnie o przepis na marchewkę z groszkiem.

Resztę wieczoru spędziliśmy grając w gry planszowe, śpiewając i ucząc się składania origami.
Zastanawiałem się również co dalej. Mój host z Shiraz ciągle mi nie odpisywał, a Ali powiedział, ze wszystko co ciekawe w miescie, to zobaczylismy już dzisiaj, więc postanowiłem nastepnego dnia jechać dalej.
Było tak wesoło, że zasnęliśmy o 5 rano.
Dzien 36
Wstaliśmy dopiero o 12. Zanim zjedlismy sniadanie i się spakowałem, to zrobiła się 14.30. W końcu dodzwoniliśmy się do Sonii, która miała być moim hostem w Shiraz i ustalislimy, ze będzie w domu dopiero jutro wieczorem, więc miałem problem.
Ali nie mogł mnie przenocować dłużej, bo wracali jego rodzice. Postanowiłem złamac swoja zasadę i kupić bilet autobusowy do Shiraz. Autobus miał jechać cała noc, więc problem noclegu się rozwiazywał.
Mieliśmy troche czasu, więc postanowiliśmy pojśc na spacer do ogrodu. Lekki spacer - lekkie tematy, więc postanowiłem wypytać Alego o sprawy damsko-meskie, ale okazał się niezbyt ogarniety w tym temacie, więc jedyne co to pozostawało mi przygladać się młodym spotykającym się w parku.

Wieczorem pojechalismy z Alim na dworzec i po krótkich negocjacjach kupiłem bilet na autobus typu VIP za 4 dol. Gdy wsiadłem do srodka, to oniemiałem. Rozkładane siedzenia, full miejsca, pudełko z ciastkami i herbatą, wody w opór, kilmatyzacja i telewizory w nagłówkach, a wszystko to za 15zł!

Kolejna rzecz. Jestem blondynem, który pod wpływem słońca jeszcze wypłowiał, więc na ulicy zwracałem uwage, ale nikt mnie w Tehranie nie zaczepiał, a od autobusu zaczeło to się zmieniać.
Jako pierwszy zagadał mnie starszy jegomość będący nauczycielem na emeryturze. Zwykłe "Skąd jesteś?" przerodziło się w 3 godzinną rozmowę, którą zaczął tłumaczyć siedzącym naokoło ludziom. Tym samym po pewnym czasie miałem już pełny brzuszek i przewodnika po Shirazie, który powiedział, że jak dojedziemy do miasta, to mnie zaprasza do siebie na obiad i zawiezie mnie na zwiedzanie Persepolis

Dzień 37
W autobusie wyspałem się nieziemsko i obudziłem dosłownie przed samym miastem. Naser - nauczyciel, który wczoraj tłumaczył wszystkie moje opowieści, ponowił swoje zaproszenie. W sumie ucieszyłem się, bo nie miałem pojęcia co będę robił do wieczora, kiedy to miała wrócić Sonia.

Po wyjściu z autobusu wzięliśmy taksówkę i pojechaliśmy do jego domu. W drodze tak się zastanawiałem, jakby zareagowała moja rodzinka, gdyby np. tata zaprosił do domu na śniadanie, totalnie obcą osobę poznaną w autobusie. Strzelam, że mogłoby być niezręcznie i krępująco. Ale nie w Iranie.
Na wejsciu powitała mnie jego żona i dwie córki. Z początku nie wiedziałem jak się zachować, bo naczytałem się, ze kobietom nie można np. uścisnąć ręki na powitanie. GŁUPOTA! Można! Oczywiście na początku uprzejmie się ukłoniłem kładąc prawą rękę na sercu wypowiadajać irańskie pozdrowienie "Salam", ale już po chwili rozmowy zapytałem się czy to, rzeczywiście prawda, że uścisk dłoni jest zabroniony. Dziewczyny zaczeły się śmiać i powiedziały, że to głupi wymysł ich rządu, a nie ich zwyczaj. Zachęcony wstałem i uścisnąłem dłoń każdej z osobna.
Naser zaproponował, żebym wziął kąpiel, a później będzie śniadanie. Namawiać mnie nie trzeba było.

Podczas śniadania królowały sałatki z sałatą i standardowo jogurt i dżem oraz chleb. Ale się najadłem odkrywając po drodze jedną z najbardziej genialnych łyżeczek jakie w życiu widziałem.

Po śniadaniu zamiast pojechać do Persepolis czy na zwiedzanie, to zaczęliśmy rozmawiać, ale w gruncie rzeczy najbardziej ich interesowała Europa i świat zachodni. Co i jak tam jest? Czy naprawdę można bez problemu dostać paszport? Czy byłem w Paryżu? Pierwszy raz w życiu spotkałem ludzi tak głodnych i spragnionych wiedzy o świecie. I znowu 3 godziny opowiadania, przerywane pokazami ich zdjęć z wesel, wypraw w góry czy wakacji.

Po trzech godzinach nastała pora na lunch, czyli coś co dla mnie było po prostu normalnym obiadem, na który pani domu zaserwowała ryż z gotowanym kurczakiem, surówki, dziwną zieloną galaretkę i suszone śliwki ze śmietana.

Po obiedzie wszyscy jak jeden pan oznajmili mi, że teraz nastał ich czas na popołudniową drzemkę, więc zostałem sam na sam z komputerem i uzupełniłem wpis na blogu.
Gdy już wszyscy wstali postanowiliśmy się wybrać do Persepolis, które jest odległe od Shirazu o 70km. Po drodze musieliśmy wstąpić do lekarza Sahar, córki Nasera. Lekarz okazał się być chirurgiem plastycznym. Tym samym dowiedziałem się, że w Iranie panuje obsesja(nie przesadzam) na punkcie korekt nosa, ust i wstrzykiwania wszędzie gdzie się da botoksu. Sahar była już po korekcji nosa, wzroku i botoksie w ustach. Trochę mi się śmiać chciało, ale gdyby tak pomyśleć to nie jest to do końca głupie. Przecież podczas oceny kandydatki na żonę można oceniać praktycznie tylko twarz, więc wiele młodych dziewczyn robi wszystko, żeby wyglądać idealnie.

U chirurga straciliśmy blisko 30 min, bo musiał dokonać jakieś korekty i do Persepolis ruszyliśmy dopiero o 18. I to było za późno, bo na miejscu okazało się, że wpuszczają tylko do 19. No ale uparliśmy się, żeby wejść, więc próbowaliśmy wszystkich sposobów. Wpierw bezpośrednio do strażników, że przyjechałem z, uwaga, Lachistanu(bo tak nazywa się Polskę w Iranie) i jutro wylatuje itp. Nie dało rady, ale zainteresowali się ludzie dookoła. Po chwili miałem już w reku bilet i z dwóch osób, które przekonywały strażników, żeby mnie wpuścili zrobiło się 15. Jeden przez drugiego krzyczał, żeby zrobić wyjątek, ale policjanci byli nieugięci, Nie rozumiałem nic z tego co wszyscy krzyczą, ale po chwili dało się poczuć dość nerwową atmosferę, a jeden z policjantów uderzył pałką w kraty oddzielające nas od wejścia. Jeszcze parę okrzyków i towarzystwo się rozeszło. Poprosiłem, Nasera i Sahar, żeby wytułumaczyli mi co się stało. Okazało się, że na początku wszyscy prosili, żeby zrobić wyjątek dla turysty, ale policja nie chciała się zgodzić, więc zaczęły się pretensje typu "Przez takich jak Wy na świecie piszą, że jesteśmy dzikim krajem" itp. No i policjant się zirytował przywalił pałką w kraty i zagroził, żeby się rozejść, bo będą problemy.

Tym samym cmoknąłem klamkę, ale znowu sobie pomyślałem, że jak Bóg da to jeszcze to miasto zobaczę.I miałem rację, ale o tym w kolejnych wpisach.
Po powrocie do Shiraz zadzwoniliśmy do Sonii, która powiedziała, że będzie w mieście około 23. Mieliśmy, więc blisko 3 godziny czasu, więc Naser zapytał się mnie czy byłbym tak miły i zrobił dla nich polski obiad jaki zrobiłem w Tehranie. Uśmiałem się, ale stwierdziłem, że czemu nie? Pojechaliśmy na zakupy podczas, których odwiedziłem sklep mięsny. Niby nic, a jednak coś. Okazuje się, że w Iranie nie możesz kupić osobno np. piersi kurczaka, tylko musisz kupić całego. Ewentualnie pracownik sklepu może go pokroić w sposób jaki sobie tego zażyczysz.

I znowu gotowanie. Tym razem okazało się, że przyjdzie jeszcze teściowa Nasera i jego siostra, więc musiałem ugotować obiad dla 8 osób. Zaopatrzony w spodnie podarowane mi przez Sahar ruszyłem na podbój kuchni.
W międzyczasie okazało się, że Sonia też już jest w mieście, więc zaprosiliśmy ją i jej kolegę Kijana, żeby zjedli z nami. Pojawili się o 23 i wtedy zaczął się najśmieśniejszy okres mojego pobytu w Iranie. Dosłownie. Dzięki tej dwójce mega pozytywnie zakręconych ludzi, nie dość, że śmiałem się praktycznie non stop, to jeszcze zwiedziłem i przeżyłem naprawdę wiele.

Do domu Sonii dotarliśmy o 1 w nocy. Miałem nadzieje, że się wykąpie i pójdę spać, ale nie. Oprócz tego, że było śmiesznie, to mój host był osobą, która nie chodziła wcześnie spać i tym samym do końca mojego pobytu zasypiałem zawsze po 3.


Komentarze
Pod tym wpisem nie ma jeszcze komentarzy.
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.