Dzień 1
Pierwsze za co przepraszam, to za brak polskich znaków, ale niestety nie specjalnie mam możliwość ich ściągnięcia:) To mój pierwszy wpis, więc jak coś mam zmienić, dodać, odjąć, to piszcie w komentarzach i się dostosuję:) Zdjęcia wrzucę na dniach:)
Niedziela - dzień wyjazdu. Od 4 miesięcy przygotowywałem się, że 16 lipca chcę być już we Lwowie, więc aby być tam na czasu musiałem wyruszyć z Gdańska dzień wcześniej.
Pobudka o 9 rano, śniadanie z rodzinką i spisywanie wszystkich kontaktów oraz haseł, tak na wszelki wypadek. O 11 byłem już spakowany i jedyne co pozostało do załatwienia, o pojechać do sklepu po markery i baterie, których nie zdążyłem kupić dzień wcześniej. Dzięki uprzejmości Taty, stopa zacząłem łapać aż w miejscu gdzie kończy się Obwodnica Południowa. Znalazłem karton, pożegnałem się i zacząłem łapać. Pierwszy samochód już po 15 min. Czarne BMW. Pełen wątpliwości i lekko zdziwiony (takie auta z reguły nie zabierają autostopowiczów) wsiadam. Jak tylko otworzyłem drzwi poczułem główny powód dobrego serca kierowcy. W powietrzu unosiła się woń skisłej wódki z domieszką świeżo otwartego piwa i dymu papierosowego. Okazało się, że jeden z pasażerów był dzień wcześniej na weselu i musiał podskoczyć do Gdańska na egzamin, a jego kumpel go podwoził. W sumie to wesoło i w porządku, ale wysadzili mnie w dość średnim miejscu. Musiałem łapać praktycznie na autostradzie, co nie jest łatwe. Na szczęście po 25min zatrzymał się kolejny samochód. Mariusz z Mławy, zakochany w dziewczynie z Elbląga, były wojskowy, a obecnie zawodowy kierowca. Mega szczery i wesoły facet, którego drugą miłością była własnoręcznie złożona BMWica z 345 końmi pod maską. Wysadził mnie w Mławie, którą już kilkukrotnie odwiedzałem w przeszłości, ponieważ mieszka tam mój dobry kumpel ze studiów. Oczywiście zadzwoniłem do niego z pytaniem czy podjedzie na chwilę pogadać. Mało tego, że przyjechał to jeszcze wziął mnie do siebie do domu na imieniny taty. Po przyjechaniu okazało się, że Marcin jak to Marcin, słowa nie powiedział rodzinie, że mnie przywiezie, więc byłem dla nich sporym zaskoczeniem(Wszyscy twardo do końca utrzymywali, że była to miła niespodzianka). Zostałem przywitany iście po królewsku - udźcem i wódką, w takich ilościach, że byłem pod wrażeniem wytrzymałości mojego paska do spodni. Po któryms kieliszku z rzędu, Marcin rzucił hasło, że jedziemy spotkać się z Bartkiem, jego współlokatorem z Gdańska, z którym też już nie jedno przeszedłem. W międzyczasie okazało się, że Marcin załatwił mi transport do Warszawy z chłopakami, których poznałem rok wcześniej odwiedzając go. Wszyscy się spotkaliśmy, zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcie z rejestracjami "WML" w tle i ruszyłem do stolicy z Barym i Małym.

Przed Warszawą korki takie, jakby połowa miasta wracała z wczasów nad morzem. Tak czy inaczej dotarliśmy o 21, a Polskiego Busa do Reszowa miałem dopiero o 24, więc Bary zaproponował, że podjedziemy do niego, a następnie zabierze mnie na tzw. pokazowe drift`ownie. Randez-vous odbywało się na parkingu przy lotnisku Chopina. Wyglądało to jak zlot wszystkich warszawskich "blachar" i mnóstwa chłopaków z dosłownie wylizanymi autami, którzy oglądali popisy kozaków, których stać na kilkukrotną wymianę opon jednej nocy. Abstrahując od tandetnej otoczki "Need for Speed" połączonej z lekką nutą polskiego prowincjonalizmu, naprawdę było tam kilku chłopaków co równo palili gumę i pięknie ślizgali się na zakrętach.
Postaliśmy tam jakie 30 min i Bary zawióz mnie do centrum, skąd dostałem się na Wilanowską i wsiadłem do busa w kierunku Rzeszowa.
Dzień 2
Całą drogę przespałem. W Rzeszowie miałem godzinę czasu na przesiadkę w PKP, więc powtórzyłem sobie podstawy rosyjskiego. O 7.30 jestem już w Przemyślu, który sprawia dość przygnębiające wrażenie. Dworzec, który jest miejscem przez, które przewija się większość turystów jest ładny i zadbany, ale już jego okolice to brud, syf i ubóstwo. Znalazłem busa do Medyki, uiściłem opłatę wysokości 2zł za bilet i po godzinie, jak się zebrał komplet pasażerów, ruszyłem.
Pierwsze co mnie uderzyło, to mnóstwo "babuszek" z litrowymi butelkami wódki, którą przenosiły przez granicę na sprzedaż. Samą granicę przekroczyłem bez przeszkód i po 500m byłem na Ukrainie. Przeszedłem kolejne 500m, żeby odczepili się ode nie nagabujący taksówkarze i zacząłem łapać. Po 10 min zgarnął mnie Ukrainiec na polskich "blachach" Mega w porządku facet, z którym praktycznie całą drogę przedyskutowałem o różnicach między Polakami, a Ukraińcami, których według mediów jest sporo, a w rzeczywistości stanowią one po prostu nieodłączną część naszej historii, z którą musimy się pogodzić.

Wysadził mnie 40km przed Lwowem, gdzie stałem kolejne 10 min i zatrzymał się tzw. "głuchy transport", czyli niespecjalnie rozmowny jegomość, który podwozi z nieznanych mi przyczyn. Tak czy inaczej o 11.30 byłem w centrum.
Z Olechem, który był moim hostem w mieście umówiłem się na 18, więc miałem mnóstwo czasu na zwiedzanie. W pierwszej kolejności musiałem wykombinować miejsce dla mojego plecaka. Kilkogodzinna przechadzka, z 29kg na plecach nie należy do przyjemności. Udało mi się dogadać w informacji turystycznej i ruszyłem na miasto. W planie miałem zostać dwa dni, więc pierwszego postanowiłem zwiedzić starówkę i wszystkie jej przyległości.

Lwów, uważany jest za najpiękniejsze miasto Ukrainy. Mnie osobiście nie specjalnie urzekło. Owszem starówka piękna i zauważalna jest podobna architektura do tej w Krakowie, czy Sankt Petersburgu, ale wciąż mnóstwo budynków z odpadającym tynkiem, czy też śpiących po rogach bezdomnych. Osobiście odwiedziłem wszystkie kościoły, cerkwie i katedry na starówce. Dodatkowo zwiedziłem Muzeum Farmacji, w którym można zobaczyć jak wyglądały apteki blisko 300 lat temu. Sporo czasu spędziłem również odpoczywając na deptaku obok Opery, gdzie chyba wszyscy starsi z miasta grali w szachy i warcaby, a dookoła nich gromadziły się tłumy obserwatorów.

o 18 czekałem w umówionym miejscu na Olecha. Zaczęło się niezbyt ciekawie, bo spóźnił się 20 min. Początkowo było miło i w porządku. Zabrał mnie na herbatę do knajpy swojego kumpla, gdzie chwilę z nim pogadałem,a później przyszła jego dziewczyna. Od tej chwili mogę na palcach jednej ręki policzyć ile razy się do mnie odezwał. Czułem się jak niechciany przydupas.Mało tego. Popełniłem błąd i nie sprawdziłem zawczasu, gdzie dokładnie mieszka. Droga zajęła nam 20 min tramwajem, 30 min busem, a następnie 20 min na piechotę. Koniec świata i jeszcze dalej. Okazało się, że jego "dom" jest bardziej budynkiem w stanie surowym niż domem w pełnym tego słowa znaczeniu. W całości najbardziej urzekł mnie prysznic - czarny od włosów przylejonych do wszystkiego łącznie z grzybem. Poszedłem się przejść po okolicy, która okazała się najzwyklejszą w świecie wioską. Jedynym plusem było położenie, zaraz obok obwodnicy miasta. Po powrocie do "domu" podjąłem decyzję. Nie wracam do Lwowa, bo szkoda czasu na dojazdy, tylko jadę zobaczyć Ternopil.

Zszedłem jeszcze do kuchni z próbą zagajenia rozmowy, ale kilkukrotne próby spaliły na panewce, gdyż Olech był zajęty malowaniem modeli samolotów, a jego dziewczyna czytaniem książki. "Gość w dom, Bóg w dom". Stwierdziłem, że nic na siłę i idę spać do pokoju, który okazał się ciemnią do wywoływania zdjęć.

Dzień 5
O 7.00 obudziła mnie Oksana, która robiła sporo hałasu, krzątając się po domu. Stwierdziłem, że w sumie szkoda dnia i wstałem. Wychodzę z pokoju i oniemiałem. Naprzeciwko pokoju znajduje się kuchnia, a tam bystrym okiem porannego głodomora, ujrzałem wielką stertę świeżych naleśników z nutellą! Upewniłem się, że to nie sen i razem z Oksaną wzięliśmy się za jedzenie. Dzień nie mógł zacząć się lepiej.

Oksana wychodziła do pracy o 8.30, więc stwierdziłem, że wyjdę z nią i jak będzie wracać do domu, to da mi znać. Zaopatrzony w przewodnik ruszyłem w kierunku autobusu.
W ogóle komunikacja miejska na Ukrainie , to temat na książkę. W Kijowie jest metro, trolejbusy i tramwaje. I w sumie tylko one jeżdżą po stałej trasie. Kursy i trasy pozostałych pojazdów jakimi są autobusy i marszrutki, zależą od nastroju kierowców i obecnej sytuacji na drodze.

W Marszutkach obowiązuje prosty system płatności, polegający w głównej mierze na uczciwości i uprzejmości współpasażerów. Jeżeli wsiadasz z tyłu, a jest zbyt dużo ludzi, żeby się przepychać, to po prostu podajesz pieniądze osobie obok, mówiąc jej ile biletów potrzebujesz. I w ten sposób, od jednej osoby do kolejnej, pieniądze trafiają do kierowcy, a ten wydaje bilet i resztę, która po chwili do Ciebie wraca.
W autobusach jest nieco inaczej. Biletów nie kupujesz u kierowcy tylko u kontrolerów, którzy siedzą w większości autobusów. Z reguły są to tęgie kobity po 50 z gardłem nie do zdarcia, bo co przystanek wykrzykują - "Bilety u mnie do kupienia", "Proszę kupować bilety". 30 min na siedzeniu obok niej i naprawdę, w całej mojej dobroci, szlag mnie trafił.

Moim pierwszym przystankiem w trakcie zwiedzania była Katedra Włodzimierza. Jest to cerkiew, która uważana jest za najpiękniejszą w całym mieście. Nie będę się rozpisywał nad jej stylem i porównywał jej do innych, bo się na tym nie znam i prawda jest taka, że większość cerkwi (po za paroma wyjątkami) wygląda dla mnie tak samo. Katedra Włodzimierza właśnie do takich wyjątków się zalicza. To co uderza po wejściu do środka, to freski na ścianach. O ile w prawie każdej cerkwi postacie przedstawione na malowidłach naściennych, bardziej kojarzą mi się z emotkami w różnego typu komunikatorach, tak tutaj byłem w szoku. Każda postać miała unikatowe cechy, które wyróżniały ją spośród innych i na każdej malowały się jakieś emocje, które można było zauważyć dopiero po bliższym przyjrzeniu.

Następnie skierowałem się ul.Chmielnickiego (mówię Wam, nazwisko Chmielnicki i Szewczenko jest wszechobecne) w kierunku Złotych Wrót, czyli rekonstrukcji murów obronnych sprzed najazdu Mongołów. W sumie nic ciekawego, bo tylko kilka metrów w górę i na boki. No ale fotki warte.

Prosto od tej uroczej bramy skierowałem się do Sofijakij płoszy, czyli wielkiego pałacu, z którego widać 3 interesujące rzeczy. Pierwsza to oczywiście pomnik Bogdana Chmielnickiego. Dwie pozostałe to Sobór Sofijski i cerkiew św. Michała o Złotych Kopułach. Do pierwszej nie wszedłem, bo miałem pecha i trafiłem na dzień kiedy jest zamknięta. Druga natomiast robi wrażenie nie tyle wnętrzem, które specjalnie się nie różni od innych, co całkiem zgrabną konstrukcją i kolorami.


Po przejściu wszystkiego wzdłuż i wszerz podreptałem w kierunku Majdanu Niezależności. Wiele się o nim nasłuchałem podczas Pomarańczowej Rewolucji. Było to miejsce gdzie w kulminacyjnym momencie protestu zebrało się blisko milion osób, które sprzeciwiły się fałszowaniu wyników wyborów prezydenckich. O ile sam plac (ukr. majdan) mnie niczym nie powalił, bo to nic innego jak tylko deptak z neonami, setkami reklam do okoła i centrum handlowym pod ziemią, to droga do niego była usiana pięknymi budynkami. Większość z nich przypominała mi te, które widziałem w Sankt Petersburgu, ponieważ charakteryzowały się one bogatymi zdobieniami i pastelową kolorystyką.

W centralnym punkcie Majdanu Niezależności znajduje się pomnik Niepodległości, który został postawiony na upamiętnienie pierwszej dekady niezależności od Związku Radzieckiego. Jeden z miejscowych, do którego się dosiadłem, złośliwie zauważył, że z jego budową pospieszyli się przynajmniej o dwadzieścia lat.

Mniej więcej o 14, wraz z narastającym małym głodem, zorientowałem się, że miałem ze sobą jedynie 20 hrywien na cały dzień(ok.8zł) i nie mam karty. Jak to moja babcia zwykła mówić - szałaput. W trakcie podróży mam porozdzielaną gotówkę i karty w różnych częściach bagażu i tak się złożyło, że karty nie wypakowałem jeszcze.
Moim największym zmartwieniem był nie brak jedzenia (tu jak zwykle niezawodna okazała się bagietka z kiełbasą), ale brak wody. Chętnie bym się napił z kranu, ale świadomość, że 100km od Kijowa znajduje się świecący w nocy reaktor, znany bliżej jako Czarnobyl, skutecznie mnie do tego zniechęcił.
Spod Pomnika przeszedłem tam gdzie każdy szanujący się kibic powinien zawitać, czyli na stadion Olimpijski. Tak samo jak w Warszawie znajduje się on praktycznie w samym centrum, z tą różnicą, że go w ogóle nie widać. Dosłownie. Z każdej strony otoczony jest albo przez wieżowce, albo wzniesienia. W dodatku ani konstrukcja ani kolorystyka nie powala. Szaro i buro.

W Kijowie fascynująca jest ilość parków i placów zabaw. a dosłownie wszędzie, a najwięcej ich nad rzeką Dniepr, która dzieli miasto na dwie części. Po 7 godzinach chodzenia byłem już dość padnięty, więc postanowiłem, że udam się do najsłynniejszego z nich - Hidroparku. Oczywiście na piechotę, bo na autobusy nie miałem pieniędzy.
Po drodze zahaczyłem jeszcze o pałac prezydencki, przy którym znalazłem jeden z najpiękniejszych budynków jakie kiedykolwiek widziałem.Przewodnik niby reklamowany przez National Geografic, ale słowem o nim nie wspomina. Nie wiem co to jest, ani jak nazywa się ten styl, ale jaram się nieziemsko:

Okazało się, że droga do parku jest dłuższa niż myślałem. Oczywiście w moim "super" przewodniku nie ma skali, ale dość dziarskim tempem szedłem ponad godzinę. Po dotarciu do parku marzyłem tylko o dwóch rzeczach: kąpieli i opalaniu/drzemce. Oczywiście z tego pierwszego zrezygnowałem z tego samego powodu co nie piłem wody z kranu, ale drzemkę miałem pierwszorzędną.
o 19 napisała do mnie Okasana, że już jest w domu, więc zebrałem się i pachnący tak, jak się pachnie po 10h w pełnym słońcu, wróciłem do domu. I znowu niespodzianka mojego super hosta. Wchodzę, a tam kolacja i tyle soku z świeżych pomarańczy ile zechcę.

Żyć nie umierać!
Jutro czeka mnie zwiedzanie Ławry Kijowsko-Peczarskiej i wyjście na miasto ze znajomymi Oksany
Dzień 6
Znowu wstałem o 7.00 i znowu śniadanie. Tym razem kolorowe kanapki i herbata. Jako, że byłem nieco zmęczony wczorajszym zwiedzaniem, postanowiłem dzisiaj odwiedzić tylko Ławrę Kijowsko-Peczarską, czyli kijowski klasztor w jaskniach.
Oksana zapowiedziała, że wieczorem wychodzimy z jej znajomymi,więc dogadałem się z nią, że da mi klucze i wrócę nieco wcześniej, żeby się ogarnąć i podziałać trochę na Couchsurfingu - noclegi noclegi w Odessie i na Krymie same się nie załatwią.
Wyszliśmy z domu o 8.45 po czym wsiadłem w autobus jadący bezpośrednio do klasztoru. Bez przygód. Nuda.
Za wejście do klasztoru zapłaciłem 30zł, ale wg. przewodnika - warto. Jak tylko wszedłem zacząłem się oglądać za opcją zwiedzania "na pasożyta". Jest to nic innego jak podłączenie się do wycieczki z opłaconym przewodnikiem. Ku mojemu szczęściu znalazłem jedną gupę z angielskim przewodnikiem i zwiedziłem z nimi cały obszar klasztoru. Dodatkowym plusem był fakt, że normalnie za możliwość robienia zdjęć trzeba zapłacić, a moja grupa taką możliwość wykupiła.

Sam klasztor wygląda całkiem imponująco. Jest to olbrzymi kompleks cerkwi o białych murach z zielono-złotymi dachami i od stuleci jest centrum duchowym kraju, które co roku odwiedza kilkaset tysięcy pielgrzymów. Czemu jest to miejsce święte? Ano dlatego, że początkowo znajdowały się tam jaskinie pustelnicze, które wykuł św. Antoni w poszukiwaniu samotności i pustelniczego trybu życia. Jednak stopniowo, z roku na rok, jego wspólnota się rozrastała i tworzono kolejne tunele i kolejne groty. Obecnie w tych grotach pochowani święci. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że ciała tych świętych wystawione są w tunelach na widok pielgrzymów, a ich ciała, mimo, że nie zostały poddane mumnifikacji, są w idealnym stanie. Mało tego. Zgodnie z tym co powiedział grupie przewodnik, naukowo udowodniono, że w ciałach niektórych z nich wciąż bije wyczuwalny puls. W to już akurat nie uwierzyłem, ale ciała widziałem na własne oczy.

O klasztorze przeczytałem dzień wcześniej w przewodniku. Było tam napisane, że jeżeli chce się dostać do miejsc zastrzeżonych wyłącznie dla pielgrzymów, a co za tym idzie, o wiele bardziej atrakcyjnych, należy zaopatrzyć się w długie spodnie, koszulę z długim rękawem, świece, butelkę na świętą wodę i wizerunek Matki Boskiej w jakiejkolwiek postaci. Tak przygotowany ruszyłem w stronę jaskiń. W środku niestety nie można było robić zdjęć.
Wejście wyglądało niepozornie, ponieważ znajdowało się w małej kaplicy. Zejście do było dość strome, a moja anglojęzyczna grupa składała się z wyłącznie ludzi starszych zdrowo po 70, więc jako pasożyt, postanowiłem się odwdzięczyć i wraz z przewodnikiem pomagałem wszystkim schodzić.
Same korytarze mogły przyprawić o klaustrofobię i gęsią skórkę. Gdybym nie wziął świecy, to prawdopodobnie miałbym problemy z zauważeniem czegokolwiek. Korytarze były mniej więcej na 190cm wysokie i nie szersze niż 80-90cm. W miejscu gdzie dzieliły się one na część turystyczną i dla pielgrzymów, odłączyłem się od mojej grupy. Po krótkiej prezentacji swojej osoby, młodemu mnichowi, który robił za selekcjonera, wszedłem. Pierwsza grota, na którą się natknąłem nie była większa niż średniej wielkości sala lekcyjna.Wszędzie pod ścianami w małych niszach znajdowały się trumny, a na ścianach nad nimi freski sprzed kilkuset lat. Jeśli doda się do tego delikatne oświetlenie świec i kilkanaście osób, które kolejno całowały każdą trumnę mrucząc przy tym modlitwy, powstaje niesamowicie dziwna atmosfera. Nie jest to jednak nastrój z horroru, na co może wskazywać wizualizacja groty, ale atmosfera zadumy i żarliwej modlitwy ludzi, którzy wierzą.
Podszedłem kolejno do każdej z trumien i naprawdę. Cud czy nie cud, wiem co widziałem. Ciała ludzi w różnym wieku, niskiego wzrostu, wyglądających tak jakby spali, mimo, że większość z nich "drzemała" już od co najmniej kilkuset lat.
Udzieliła mi się atmosfera zadumy i udałem się w dalszą podróż pieczarami. Podczas gdy szedłem tunelami powoli było słychać coraz głośniejszy śpiew. W pierwszym momencie myślałem, że dotarłem już do wyścia, bo tunel od dłuższego czasu kierował się ku górze, ale byłem w błędzie.
Trafiłem do dużo większej groty niż poprzednie. Cała była wymalowana freskami, ozdobiona świecami i ikonami.Na jej środku znajdował się mały, prosty ołtarz, gdzie mnich odprawiał msze. Wszyscy ludzie w niej uczestniczący, mieli pozapalane małe świeczki i głośno śpiewali. Wyobraźcie sobie! Grota ozdobiona, freskami sprzed kilkuset lat, pozłacane ikony, i kilkdziesiat osób z małymi świeczkami, donośnie śpiewających pieśń w niskiej tonacji. Magia, a raczej żarliwa wiara.
Po wyjściu przycupnąłem sobie na ławce, żeby przetrawić, to co widziałem po czym ruszyłem w kierunku domu.

Po dotarciu do domu, zrobiłem jajecznicę, o której marzyłem od tygodnia, uaktualniłem bloga i nadrobiłem zaległości na Facebooku, a następnie przyciąłem komara na mniej więcej 2h.
Obudziła mnie Oksana, która zadzwoniła oznajmiając, że mam być gotowy za 15 min i idziemy na miasto.
Ogarnąłem się raz dwa i razem pojechaliśmy marszrutką do centrum, gdzie spotkaliśmy się z jej dwoma koleżankami. Dziewczyny wzięły mnie na spacer do ogrodu botanicznego, a stamtąd ruszyliśmy na popularny wśród kijowian taras widokowy , aby podziwiać zachód słońca.
Niestety, nieco się spóźniliśmy i widzieliśmy tylko jego końcówkę.

Z tarasu poszliśmy w stronę pijalni czekolady jedna z najbardziej reprezentacyjnych deptaków Kijowa, którego ozdobą była, znajdująca się na jego szczycie cerkiew.Cała ulica została odrestaurowana na Euro 2012, ale widać było spore niedociągnięcia w postaci zniszczonych budynków. na których umieszczono siatkę imitującą elewację i okana.

Po zaopatrzeniu się w czekolady zatrzymaliśmy się na piwo do jednej z pobliskich restauracji, gdzie spędziliśmy blisko godzinę, rozmawiając głównie o podróżowaniu i różnicach pomiędzy Polską a Ukrainą.

W sumie pewnie byśmy posiedzieli i do rana, ale Oksana była zmęczona, a że jest moim hostem, to wróciłem z nią do domu i poszliśmy spać.
Jutro się pakuję i ruszam na Odessę, a po drodze odwiedzę pewnie kilka mniejszych miejscowości.
Dzień 6
Znowu wstałem o 7.00 i znowu śniadanie. Tym razem kolorowe kanapki i herbata. Jako, że byłem nieco zmęczony wczorajszym zwiedzaniem, postanowiłem dzisiaj odwiedzić tylko Ławrę Kijowsko-Peczarską, czyli kijowski klasztor w jaskniach.
Oksana zapowiedziała, że wieczorem wychodzimy z jej znajomymi,więc dogadałem się z nią, że da mi klucze i wrócę nieco wcześniej, żeby się ogarnąć i podziałać trochę na Couchsurfingu - noclegi noclegi w Odessie i na Krymie same się nie załatwią.
Wyszliśmy z domu o 8.45 po czym wsiadłem w autobus jadący bezpośrednio do klasztoru. Bez przygód. Nuda.
Za wejście do klasztoru zapłaciłem 30zł, ale wg. przewodnika - warto. Jak tylko wszedłem zacząłem się oglądać za opcją zwiedzania "na pasożyta". Jest to nic innego jak podłączenie się do wycieczki z opłaconym przewodnikiem. Ku mojemu szczęściu znalazłem jedną gupę z angielskim przewodnikiem i zwiedziłem z nimi cały obszar klasztoru. Dodatkowym plusem był fakt, że normalnie za możliwość robienia zdjęć trzeba zapłacić, a moja grupa taką możliwość wykupiła.

Sam klasztor wygląda całkiem imponująco. Jest to olbrzymi kompleks cerkwi o białych murach z zielono-złotymi dachami i od stuleci jest centrum duchowym kraju, które co roku odwiedza kilkaset tysięcy pielgrzymów. Czemu jest to miejsce święte? Ano dlatego, że początkowo znajdowały się tam jaskinie pustelnicze, które wykuł św. Antoni w poszukiwaniu samotności i pustelniczego trybu życia. Jednak stopniowo, z roku na rok, jego wspólnota się rozrastała i tworzono kolejne tunele i kolejne groty. Obecnie w tych grotach pochowani święci. Nie było by w tym nic nadzwyczajnego gdyby nie fakt, że ciała tych świętych wystawione są w tunelach na widok pielgrzymów, a ich ciała, mimo, że nie zostały poddane mumnifikacji, są w idealnym stanie. Mało tego. Zgodnie z tym co powiedział grupie przewodnik, naukowo udowodniono, że w ciałach niektórych z nich wciąż bije wyczuwalny puls. W to już akurat nie uwierzyłem, ale ciała widziałem na własne oczy.

O klasztorze przeczytałem dzień wcześniej w przewodniku. Było tam napisane, że jeżeli chce się dostać do miejsc zastrzeżonych wyłącznie dla pielgrzymów, a co za tym idzie, o wiele bardziej atrakcyjnych, należy zaopatrzyć się w długie spodnie, koszulę z długim rękawem, świece, butelkę na świętą wodę i wizerunek Matki Boskiej w jakiejkolwiek postaci. Tak przygotowany ruszyłem w stronę jaskiń. W środku niestety nie można było robić zdjęć.
Wejście wyglądało niepozornie, ponieważ znajdowało się w małej kaplicy. Zejście do było dość strome, a moja anglojęzyczna grupa składała się z wyłącznie ludzi starszych zdrowo po 70, więc jako pasożyt, postanowiłem się odwdzięczyć i wraz z przewodnikiem pomagałem wszystkim schodzić.
Same korytarze mogły przyprawić o klaustrofobię i gęsią skórkę. Gdybym nie wziął świecy, to prawdopodobnie miałbym problemy z zauważeniem czegokolwiek. Korytarze były mniej więcej na 190cm wysokie i nie szersze niż 80-90cm. W miejscu gdzie dzieliły się one na część turystyczną i dla pielgrzymów, odłączyłem się od mojej grupy. Po krótkiej prezentacji swojej osoby, młodemu mnichowi, który robił za selekcjonera, wszedłem. Pierwsza grota, na którą się natknąłem nie była większa niż średniej wielkości sala lekcyjna.Wszędzie pod ścianami w małych niszach znajdowały się trumny, a na ścianach nad nimi freski sprzed kilkuset lat. Jeśli doda się do tego delikatne oświetlenie świec i kilkanaście osób, które kolejno całowały każdą trumnę mrucząc przy tym modlitwy, powstaje niesamowicie dziwna atmosfera. Nie jest to jednak nastrój z horroru, na co może wskazywać wizualizacja groty, ale atmosfera zadumy i żarliwej modlitwy ludzi, którzy wierzą.
Podszedłem kolejno do każdej z trumien i naprawdę. Cud czy nie cud, wiem co widziałem. Ciała ludzi w różnym wieku, niskiego wzrostu, wyglądających tak jakby spali, mimo, że większość z nich "drzemała" już od co najmniej kilkuset lat.
Udzieliła mi się atmosfera zadumy i udałem się w dalszą podróż pieczarami. Podczas gdy szedłem tunelami powoli było słychać coraz głośniejszy śpiew. W pierwszym momencie myślałem, że dotarłem już do wyścia, bo tunel od dłuższego czasu kierował się ku górze, ale byłem w błędzie.
Trafiłem do dużo większej groty niż poprzednie. Cała była wymalowana freskami, ozdobiona świecami i ikonami.Na jej środku znajdował się mały, prosty ołtarz, gdzie mnich odprawiał msze. Wszyscy ludzie w niej uczestniczący, mieli pozapalane małe świeczki i głośno śpiewali. Wyobraźcie sobie! Grota ozdobiona, freskami sprzed kilkuset lat, pozłacane ikony, i kilkdziesiat osób z małymi świeczkami, donośnie śpiewających pieśń w niskiej tonacji. Magia, a raczej żarliwa wiara.
Po wyjściu przycupnąłem sobie na ławce, żeby przetrawić, to co widziałem po czym ruszyłem w kierunku domu.

Po dotarciu do domu, zrobiłem jajecznicę, o której marzyłem od tygodnia, uaktualniłem bloga i nadrobiłem zaległości na Facebooku, a następnie przyciąłem komara na mniej więcej 2h.
Obudziła mnie Oksana, która zadzwoniła oznajmiając, że mam być gotowy za 15 min i idziemy na miasto.
Ogarnąłem się raz dwa i razem pojechaliśmy marszrutką do centrum, gdzie spotkaliśmy się z jej dwoma koleżankami. Dziewczyny wzięły mnie na spacer do ogrodu botanicznego, a stamtąd ruszyliśmy na popularny wśród kijowian taras widokowy , aby podziwiać zachód słońca.
Niestety, nieco się spóźniliśmy i widzieliśmy tylko jego końcówkę.

Z tarasu poszliśmy w stronę pijalni czekolady jedna z najbardziej reprezentacyjnych deptaków Kijowa, którego ozdobą była, znajdująca się na jego szczycie cerkiew.Cała ulica została odrestaurowana na Euro 2012, ale widać było spore niedociągnięcia w postaci zniszczonych budynków. na których umieszczono siatkę imitującą elewację i okana.

Po zaopatrzeniu się w czekolady zatrzymaliśmy się na piwo do jednej z pobliskich restauracji, gdzie spędziliśmy blisko godzinę, rozmawiając głównie o podróżowaniu i różnicach pomiędzy Polską a Ukrainą.

W sumie pewnie byśmy posiedzieli i do rana, ale Oksana była zmęczona, a że jest moim hostem, to wróciłem z nią do domu i poszliśmy spać.
Jutro się pakuję i ruszam na Odessę, a po drodze odwiedzę pewnie kilka mniejszych miejscowości.
Dzień 7
Wstałem o 8.30 żeby odwdzięczyć się Oksanie i zrobić jej śniadanie. Cały wczorajszy dzień planowałem, żeby zrobić coś wyszukanego. Koniec końców skończyło się na tostach. Zawsze coś. Przedpołudnie spędziłem na planowaniu trasy i pakowaniu, a o 12 ruszyliśmy na wylotówkę z miasta.
Niesamowity jest fakt, że wg. google maps, trasa na wylotówkę to mniej niż 8km, a dotarcie tam komunikacją miejską zajęło nam ponad godzinę. Pożegnałem się z moim wspaniałym hostem i ruszyłem w poszukiwaniu miejsca gdzie mogę zacząć łapać.
Pierwsze miejsce było okupowane przez parę polskich autostopowiczów - Paulę i Darka, z którymi przez chwilę pogadałem i ruszyłem dalej, żeby im nie przeszkadzać. Kawałek dalej znalazłem bardzo ładną zatoczkę, gdzie również natknąłem się na autostopowicza i na policję. Chwilę porozmawiałem ze wszystkimi, aż moje sokole oko dostrzegło TIRa na polskich numerach. Szybka akcja. Wbiegam przed szybę, desperacko wymachiwać kartonem z napisem Human. udało się. Kierowca mnie zauważył i przyjął pod swój dach. Okazał się nim Olgierd - kierowca z 20 letnim stażem. Po godzinnej podróży stwierdził, że ma dylemat. Musi zadzwonić przez Skypa do żony, ale musi również zdążyć na czas do Odessy. Grzecznie mnie poprosił, czy mógłbym poprowadzić przez chwilę ciężarówkę, a on w między czasie pogadałby z żoną. Zdębiałem po czym się zgodziłem, pod warunkiem, że jak coś to on się tłumaczy policji. Powiedział, że nie ma problemu, bo już raz to przerabiał i zabawa kosztowała go 30 dol. ale mam się nie bać, bo przez najbliższe 70km nie ma żadnych posterunków policji. Raz się żyje. Wsiadłem za kierownicę i jadę. Na początku trochę śmiechu, ale koniec końców prosta droga, więc moja rola ograniczała się do trzymania prosto kierownicy, podczas gdy Olgierd rozmawiał z rodzinką.

Wysadził mnie w Humaniu. W mieście, w którym wg. przewodnika znajduje się piękny park Sofijiwka, wybudowany ku chwale urody Zofii Potockiej. Budowa parku ma ciekawą historię rodem z telenoweli, związaną ze zdradą i miłością do grobowej deski, ale sam w sobie jakoś mnie nie powalił. Ot taki park trochę ładniejszy niż ten Oliwski czy Łazienki w Warszawie.

Jestem prawie pewny, że na moją ocenę wpływał fakt, że było gorąco i duszno. Jak przed burzą. Ledwo zostawiłem park za sobą, a niebo zasnuło się czarnymi chmurami. Kupiłem więc kolację - arbuza i poszedłem szukać dogodnego miejsca do spania gdzieś blisko trasy na Odessę.

Rozbiłem się obok "autostrady" zjadłem arbuza i się rozpadało. Potężna burza, która była sprawdzianem przed wiatrami na Elbrusie. Wiało tak, że namiot targało na wszystkie strony, a woda chlupotała na około. Po 30 min strachu wiedziałem, że namiot da radę i zasnąłem.
Dzień 8
Wstałem z samego rana, ale bez planu. Okazało się, że żadna z osób, które miały mnie przenocować w Odessie nie odpisuje, więc trochę bez sensu byłoby jechać do miasta, bez noclegu. Postanowiłem zdać się na los.
Po 20 min łapania stopa, zatrzymała się stara lada z napędem 4x4, bez jednego siedzenia. W środku poznałem Julę i Juri`ego Białorusinów, którzy jechali do ujścia Dniepru, popływać na kajakach i poodpoczywać. Zapytałem czy mogę jechać z nimi. Zgodzili się, więc miałem pomysł na cały dzień.

Jechaliśmy dość długo, bo fabryka dała zapakowanej ladzie niezbyt wiele pod maską i ani razu nie przekroczyliśmy 100km/h, więc do ujścia Dniestru, który okazał się być również parkiem narodowym, dotarliśmy o 16.00.
Znaleźliśmy pole namiotowe. Średnio chciałem na campingu, ale powiedzieli, że będą szczęśliwi jak zjem z nimi kolację, więc zapłacili za mój nocleg.
Rozbiłem się z namiotem i wziąłem za to co foczki lubią najbardziej, czyli opalanie. W pewnym momencie przyszedł Juri z pytaniem, czy chcę z nim popływać na kajakach. Zgodziłem się bez zastanowienia. I tym samym spędziliśmy ostatnie godziny dnia pływając na kajakach po rzece.

Wieczorem zaprosili mnie na degustację owoców. Arbuzy, śliwki, pomarańcze, brzoskwinie itd. Właśnie wtedy odkryłem owoc, który jem teraz prawie codziennie - dynię.
Większość z Was myśląc o dyni, zaraz sobie przypomni te, które są popularne na Halloween. Ale nie! Dynia, którą poznałem tutaj jest inna. Piękniejsza i smaczniejsza. I to co w niej jest najcudowniejszego, to fakt, że w przeciwieństwie do arbuza, który ma pestki rozsiane wszędzie, dynia ma je wszystkie w jednym miejscu.

Zachwycony odkryciem tego cudownego owocu poszedłem spać z pełnym brzuszkiem.




Komentarze (5)
Komentarze przeniesione z archiwum bloga.